Poradnik Maturalny: Oto, jak to zdać i móc spojrzeć sobie w twarz

By Alicja Kaczmarek - 9/03/2018

Czy mam kwalifikacje, aby napisać ten post? Byłam okej uczniem. Dużo olewałam i zostawiałam na ostatnią chwilę, dwa razy w miesiącu miałam załamanie nerwowe, ale zawsze wychodziłam na pasek i ostatecznie maturę zdałam na tyle w porządku, aby dostać się na wszystkie kierunki, na które się rejestrowałam (a było ich aż osiem na trzech różnych uczelniach: UW, UWr i UAM).

Zanim zaczniemy maturalną przygodę, zacznij od przeczytania tego (klik) tekstu, bo nie będę powtarzać większości rzeczy, które tam zawarłam, a i tak są istotne.

Nie napisałam matury najlepiej ze swoich znajomych, ale na tyle dobrze, że mogłabym względnie bez wstydu pokazać wam moje wyniki. Nie jest to jednak istotne bez kontekstu, jaki zaraz nakreślę. 

Pisałam maturę próbną z Operonem, które poszły mi tragicznie. Za chwilę przyznam się do moich oczekiwań, jak spaprałam próbną (choć jej wyniki mogę trochę fałszować, bo dokładnie nie pamiętam, a gdzieś je ciepłam), i jaki miałam wynik na prostszej i przychylniej ocenianej maturze. Po co? Wyjaśnię na dole.



Matematyka: 
Pisałam tylko podstawę.

W maju moje oczekiwania wynosiły minimum 70%, żeby spojrzeć sobie w oczy, a liczyłam na 90%.
W styczniu napisałam próbną na bodajże 34? 36%? Na drugiej próbnej w marcu miałam 56%.
Z matury miałam 80%, co nie było moim wymarzonym wynikiem, ale kamieniem z serca, kiedy odwaliłam histerię, będąc przekonaną, że nie mam nawet 60%, a po dwóch dniach będąc pewną, że nie zdałam.

Polski:
Pisałam i podstawę, i rozszerzenie.

Z polskim to była akurat zabawna sprawa, bo moje 56% z próbnej podstawy to był prawdopodobnie jeden z najwyższych wyników w klasie, jeśli nie w ogóle najwyższy, a miałam jednocześnie świadomość, że gdyby to był wynik matury, to chyba bym się nie wyczołgała z załamania nerwowego.
Z próbnego rozszerzenia miałam 40%, bo spaprałam je koncertowo i byłam w ogóle pewna, że będę mieć 0. Moje wypracowanie było okropne.
W maju napisałam odpowiednio podstawę i rozszerzenie na 84 i 93%. Nie były to moje idealne i wymarzone wyniki, ale wystarczająco blisko. Marzyło mi się jednak bliżej lub powyżej 95% z rozszerzenia. Ale nie narzekam. Temat był trudny. Podstawę miałam zupełnie gdzieś, bo do niczego nie była mi potrzebna.

Angielski:
Pisałam tylko rozszerzenie.

Z angielskim nie było miejsca na kompromisy. To był mój najważniejszy przedmiot, od którego zależało wszystko i który liczył się nieporównywalnie bardziej niż reszta razem wzięta. Takie sobie wybrałam studia, że taki był przelicznik. Nie miałam więc jakiegoś konkretnie sprecyzowanego oczekiwania, ale wiedziałam, że cokolwiek poniżej 90% będzie niewystarczające.
Na próbnym miałam 94%, a w maju okrągłe 100%.

Rosyjski:
Tylko podstawa.

Na rosyjski (tak jak i wos niżej) poszłam, bo potrzebowałam tych przedmiotów do moich drugich i trzecich wyborów. Rosyjski, odkąd odpadła moja wizja studiów za granicą, nigdy nie był moim priorytetem, ale liczyłam na dobry wynik. Nie było próbnej, a na maturze dostałam całkiem niezłe 94%, mimo literówki tak okropnej w kluczowym słowie w wypracowaniu, że wyszedł mi twór niepodobny do niczego.

WOS:
Rozszerzenie.

Na WOS poszłam, bo musiałam mieć niejęzykowe rozszerzenie na Uniwersytet Wrocławski, a czułam się z nim zawsze lepiej niż z historią. Nie uczyłam się do matury z wosu, nie powtarzałam do niej i nie zależało mi kompletnie na wysokim wyniku.
Na próbnej miałam bodajże 44 albo 46% i wymyśliłam sobie, że 50% na maturze będzie bardzo spoko, a cokolwiek powyżej to okazja do celebracji. Miałam 52%.

Ustne:
Polski, rosyjski, angielski (nieobowiązkowo)

Ustne to był mój koszmar. Jedyny, którego się nie bałam, to ten z angielskiego, którego nawet nie musiałam zdawać (ale chciałam, bo i tak się do niego musiałam przygotowywać na lekcjach).
Mieliśmy próbne ustne. Na angielskim miałam 28/30, na rosyjskim nie dostaliśmy ostatecznie wyników punktowych, ale "zdałabym bardzo dobrze", a na polskim miałam 15/40 i chcę to traumatyczne wydarzenie wymazać z pamięci.
Wszystkie trzy matury zdałam na 100% (choć rosyjski chyba cudem).



A więc będę mówić tylko o tych przedmiotach. Nie wiem, na ile one są wymienialne z innymi. Nie mam pojęcia o rozszerzonej matmie, ale za to mam tipy na polski czy angielski. Poskromimy razem ustne, przed którymi prawie wymiotowałam ze strachu, i to z perspektywy dobrej znajomości języka i raczej komunikatywnej w najlepszym stopniu. Dam złoty środek na zdanie matmy. I pomogę wybrać przedmioty, które w ogóle powinieneś wybrać. Nie pomogę z historią, geografią, biologią czy chemią, bo nie zdawałam żadnego takiego przedmiotu, a mój romans z notatkami z wosu trwał jedno popołudnie. Mogę za to podpowiedzieć, jak najbardziej wzmocnić swoje szanse na przyzwoite zdanie czegoś, czego nie mamy czasu się uczyć, i jak to jest z tymi czytaniami na polskim. Spróbujemy opanować stres i nauczymy się mówić o lekturach, nie wiedząc, co w ogóle mówimy, i zgarniać maks. punktów. Dowiecie się, jakie moim zdaniem lektury warto przeczytać, a z którymi można lawirować. Niech moje wyniki zainspirują cię, że będzie lepiej, tylko weź się do roboty, i nie marnuj czasu na pierdoły.

Oto, jak można przygotowywać się do matury od osoby, która jest dokładnie w tym samym położeniu, a nie od autora podręcznika, który maturę pisał, kiedy stawiało się za nią stopnie.

Uwaga: to tylko porady od kogoś, kto przez to przeszedł zaledwie rok temu, ale, choć pochodzi z rodziny nauczycieli, nauczycielem nie jest (i nie będzie). Jeśli coś zgrzyta z tym, co mówi wasz nauczyciel, to słuchajcie jego. Ja głównie przekażę wam moje obserwacje i to, co uznałam za najbardziej przydatne, a co usłyszałam od swoich nauczycieli. Jeśli moje wyniki nie są dla was zadowalające, to w ogóle mnie nie słuchajcie. Są tony takich poradników i na pewno coś wymyślicie sami. I pamiętajcie, że nie wszystkie metody działają dla wszystkich tak samo. Nie muszę mieć racji.


Jak wybrać, co pisać na maturze, i nie płakać łzami dezorientacji?


Wbrew pozorom nie ma wiele opcji. Np. język na poziomie podstawowym możesz pisać (i musisz) tylko jeden. Dobrze wybrane przedmioty nie będą wymagały zmiany w lutym, a to zawsze już mniej stresu z góry. Nie zaznaczaj wszystkiego z góry na dół i nie bądź jak ten koleś, co zapomniał, ze kiedyś zapisał się na geografię i przypomniał sobie dzień wcześniej, jak się zobaczył na liście.

Rozszerzenia są trudne, więc jeśli liczysz na napisanie ich naprawdę dobrze, ogranicz ich liczbę. Nie ma czegoś takiego, jak "geografia/wos/wiedza o tańcu są proste, można lać wodę cały czas". Nie można. Pooglądaj sobie arkusze. Ja np. byłam przekonana, że będę pisać historię, aż zobaczyłam arkusz i zrezygnowałam szybciej, niż się otwierał. Najlepsza decyzja mojego życia.

ja, otwierając arkusz maturalny z historii

Pod koniec drugiej klasy mniej-więcej wiedziałam, na jakie kierunki będę składać papiery, więc oglądałam wymagania na nie na różnych uczelniach (i gdzie w ogóle są te kierunki! ważna kwestia). 

Jeśli nie wiesz jeszcze, na co chcesz iść, najwyższa pora nakreślić plan mniej-więcej chociaż. Jeśli cię to przerasta, obiecuję przed lutym, kiedy się ostatecznie składa deklaracje maturalne, napisać też o tym post. Tymczasem skup się i wyeliminuj oczywistości, które cię nie satysfakcjonują. I pamiętaj: humanista nie musi iść na prawo, żeby mieć pracę.

Masz już wybrane kierunki, które ci mniej-więcej pasują, na uczelniach, które ci zdecydowanie pasują? Świetnie, teraz zapoznaj się z przelicznikiem i punktowanymi przedmiotami na tych kierunkach. Sprawdź zeszłoroczne progi i liczbę osób na miejsce. Wybierz kombinację przedmiotów, która da ci najlepszy wynik, i te, które napiszesz najlepiej, zostawiając sobie wąską furtkę bezpieczeństwa. Weź przedmiot ekstra, ale nie pięć. Nie masz możliwości przygotować się do tylu przedmiotów, bo nie ma na to czasu.

Pamiętaj też, że jeśli wybierasz się za granicę, bardzo możliwe, że wyliczą ci średnią ze wszystkich matur. Ograniczenie się wówczas leży w twoim najlepszym interesie.

Moja metoda wyglądała więc tak:


  • wybierając przedmioty, byłam pewna, że będę składać na arabistykę na UW i UAM, oraz na hebraistykę i indologię na UW i UWr; ostatecznie złożyłam też na filologię fińską i nowogrecką na UAM z jakiejś przyczyny, ale to drogi biznes i nie musicie tyle tych kierunków wybierać. (Rekrutacja w 2018 kosztowała mnie 80 zł od kierunku).
  • moim priorytetem był Uniwersytet Warszawski, który wymagał ode mnie rozszerzeń z polskiego i angielskiego, które automatycznie stały się moimi priorytetami. Angielski zamierzałam podać dwa razy, więc napisanie go dobrze było wartością nadrzędną.
  • wiedziałam, że nie wchodzi w grę rozszerzenie z matmy, więc zdanie jak najlepiej podstawy również wskoczyło na listę priorytetów.
  • do Poznania potrzebowałam drugiego języka, więc pisałam rosyjski, choć tylko na poziomie podstawowym.
  • do Wrocławia potrzebowałam rozszerzenia niejęzykowego, więc wybrałam WOS. Dodatkowe punkty zapewniała też łacina, ale o niej nie mam zielonego pojęcia.

I była to metoda dobra, bo dostałam się wszędzie, czasem jako pierwsza na liście (indologia), a czasem jako przedostatnia (fiński), ale się dostałam.


Przejdźmy więc do rzeczy istotnych...

Jak zdać maturę z matematyki?


Odpowiedź jest bardzo prosta: ćwiczyć. Prawdopodobnie nawet nie potrzebujesz korepetycji (ja brałam korepetycje, ponieważ przede wszystkim robiłam rzeczy trudniejsze niż na lekcjach, które celowały w 30%, a po drugie potrzebowałam bata nad głową, żeby się zmusić do pracy), jeśli twój nauczyciel jest ogarnięty. Najważniejsze to robić zadania tak długo, aż je zrobisz. Jak coś ci nie wychodzi, podejdź do swojego nauczyciela i nie poddawaj się.

Najważniejsze to się nie bać, bo wszystko jest do ujarzmienia.

Przyłóżcie się szczególnie do funkcji, równań i nierówności, trygonometrii (tak, to nadal funkcje, ale warto zaznaczyć osobno), prawdopodobieństwa, planimetrii. I oczywiście tego, z czym masz problemy, niechby to były logarytmy czy bryły.

Dowody są do ujarzmienia, ale nic na siłę. Jeśli czujesz, że wolisz popracować nad czymś innym, to jak najbardziej, bo bez dowodów da się zdać maturę. Tyle że większość dowodów algebraicznych jest bardzo prosta.

Zacznijcie już teraz. Nie ogarniecie wszystkiego w miesiąc. Naprawdę. Możecie sobie zrobić grafik, co kiedy robić, albo zacząć od zrobienia zeszłorocznej matury i zobaczyć, czego nie umiecie i lecieć  w ten sposób.

Zapytaj nauczyciela, jaki zbiór zadań poleca i gdzie znajdziecie dowody do ćwiczenia, bo to nie łatwo tak znaleźć.

Róbcie arkusze maturalne! Dużo arkuszy, jak tylko się da. Z maja, z czerwca, z sierpnia, próbne z Nowej Ery i Operonu. Próbną z CKE (jest cała jedna, z grudnia 2014). Tajemnicze arkusze z czerwca i sierpnia można znaleźć tutaj.

Ważne! Włącz sobie minutnik podczas robienia arkuszy. Moim największym wrogiem okazał się czas, którego zabrakło mi na nie tylko sprawdzenie wszystkiego, ale też zrobienie porządnie wszystkich zadań.

Wypracuj metodę, która najlepiej dla ciebie działa, bo nie trzeba robić zadań po kolei. Może wolisz zacząć od otwartych, albo robić jedno otwarte na pięć zamkniętych?

Robiąc oficjalne arkusze, dojdziesz też do wniosku, żeby nigdy, przenigdy nie zmieniać odpowiedzi, bo jest już ileś tam razy z rzędu ta sama litera. O ile pamiętam dobrze, któregoś roku D albo B było poprawną odpowiedzią aż cztery razy z rzędu. Więc to kompletnie o niczym nie świadczy.

Znaj swoje karty wzorów. To taka oszczędność czasu. Wydrukuj ją sobie i z niej korzystaj na co dzień.

Pamiętaj, że nie musisz wszystkiego rozumieć, żeby coś z tego ugrać. Może wystarczy podstawić pod wzór? Baw się, kombinuj, NIE PODDAWAJ SIĘ I NIE BÓJ SIĘ! Matma to wyzwanie, ale takie, że można je ujarzmić na wiele sposobów.

Matematyka zawsze powinna być waszym priorytetem. Niezależnie od tego, na jaki kierunek się wybieracie. Tak na zaś. Warto zdać ją dobrze.

Okej, to nie są konkretne składniki, jak to zdać? Przypominam, że skoczyłam z 34% do 80%. To jest dosłowny przepis. Nie ma dróg na skróty.

Przed samą maturą:

  • powtórz sobie dowody, które robiłaś/łeś. Ja skopałam zadanie, które zrobiłam dosłownie tydzień wcześniej.
  • proszę, znaj swoje trójkąty 30 60. Wiem, że wiesz. Ale znaj.
  • miej wszystkiego po dwa. True story: mnie ktoś zarąbał cyrkiel ze stolika przed samą maturą, bo był "ładny i różowy, a przecież i tak masz wszystkiego dwa". Wiem już kto, ale cyrkla i tak nie mam {*}.
  • a już na pewno weź dwa kalkulatory. Nie kuś losu.
  • weź długopis, którym łatwo i szybko zamalujesz kwadraty w karcie odpowiedzi, taki bardziej płynny. Pisać możesz (i powinieneś) innym.
  • nie zostawiaj pustych zadań. Może za samo dojście do tego, ile wynosi wysokość, wpadnie ci punkt? Nigdy nie wiesz.
  • oddychaj i nie daj się zwariować. Osobiście przez dobre 10 minut zapomniałam, jak się skraca ułamki. Nie bądź jak ja.
  • NIE ZAPOMNIJ O WODZIE.
  • nie zakładaj szpilek (stukają), nie szuraj krzesłem, daj pisać ludziom, którzy mają większe trudności od ciebie.
  • nie wychodź po 40 minutach. Sprawdź wszystko 50 razy, jeśli masz szansę. Dlaczego nie? To nie są zawody kto pierwszy, ten lepszy.

Jak zdać maturę z polskiego?


To już nie jest takie oczywiste, bo matura z polskiego jest głupia. Dosłownie. To niczego nie sprawdza, więc trzeba iść na skróty.

Powiem wam tak: zawsze kochałam lekcje polskiego, ale w liceum poddałam się już w pierwszej klasie, kiedy dostałam zero za to, że napisałam, że Tristan i Izolda nie umarli jednocześnie. Prawidłowa odpowiedź była taka, że tak, bo tak to się interpretuje. Tak, mi też jest przykro.

Więc moja główna rada, to nie dyskutuj z nauczycielem. Jak mówi, że tak jest, to niech tak będzie. Co to za różnica, grunt, żeby nam nie pojechali po punktach, bo rozumiemy, co czytamy. Po maturze już nam się może wszystko wydawać.

Dlatego tak ważne jest robienie tych głupich czytań ze zrozumieniem zawczasu. Żeby wstrzelić się w myślenie klucza. Pamiętaj, żeby odpowiadać dokładnie na pytanie i że nigdy nie ma dwóch takich samych odpowiedzi.

Powtórz sobie gramatykę i środki językowe. I, na Boga, nie zostawiaj pustych miejsc. Pisz bzdury, to nie tak, że potem musisz patrzeć na to jeszcze raz. Jeśli nic nie wiesz, pisz cokolwiek.

Pamiętaj, że rozszerzenie wszyscy piszą lepiej, bo nie ma tam czytania. 

A co do wypracowania... Ja osobiście nigdy nie pisałam interpretacji, bo to dla mnie zbyt śliski temat, ale jeśli ktoś czuje, że to mu daje więcej swobody (ma rację, interpretacji nie ocenia się tak surowo), to jak najbardziej. Wierzę, że to też jest do ujarzmienia, ja po prostu nigdy nie byłam w tym dobra.

Pamiętaj, że najbezpieczniej odnosić się po prostu do lektur (ze szkoły średniej!) lub, jeśli trzeba, filmów na ich podstawie. Nie macie prawa stracić za coś takiego punktów. Warto jednak zrobić sobie rozpiskę z obrazami, filmami, operami czy innymi "tekstami kultury", które prezentują typowe maturalne tematy. Do czego wam się będzie łatwiej odnieść w stresie.

Life hack: nie należy odnosić się do baśni typu Kopciuszek, bo za to można stracić punkty, ale... można odnieść się do baletu na podstawie tejże baśni, który ma taki sam tytuł i bardzo zbliżoną fabułę. Pamiętaj tylko o autorze.

Przeczytaj podane teksty dwa, cztery, dziesięć razy. Podkreślaj, co ci będzie potrzebne potem i wracaj co jakiś czas do tekstu. Nie zgub wątku i zawsze, zawsze, ZAWSZE pamiętaj, co masz udowodnić.

Pisząc rozszerzenie, pamiętaj, żeby zawrzeć wszystko, czego chce od nas polecenie: 1. sformułuj problem, 2. rozwiązanie przyjęte przez autora i twoje stanowisko, 3. odniesienie do podanego tekstu, 4. inne teksty kultury.

Pisząc, traktuj egzaminatora jak imbecyla i nie rób skrótów myślowych i nie zakładaj, że coś jest oczywistością. Pisz tak, jakby on nie znał tych książek i nie umiał czytać ze zrozumieniem podanych tekstów.

Czy potrzebna do matury jest wam teoria i te wszystkie formułki typu dekadentyzm?

Ja myślałam, że nie, a potem na rozszerzeniu dostaliśmy temat o roli filozofii w poezji, więc jednak się przydało.

I wreszcie, najważniejsze, czyli które lektury można olać??

Technicznie? Większość. Nie namawiam was do tego, bo to podnosi poziom stresu o milion procent, ale powiem wam, że tak naprawdę opłaca się przede wszystkim przeczytanie Lalki, szczególnie pierwszego tomu. Osobiście przeczytałam jakieś 200 stron Lalki i odniosłam się do czegoś z tych dwustu stron na wszystkich trzech egzaminach. Jak jesteś sprytny, to Lalkę podciągniesz pod każdy temat, bo tam jest wszystko. Trzeba tylko ją znać.

Nie wierzycie mi? Ja wypociłam półtorej strony o tym, że prezesowa płakała za wujem Wokulskiego na jakiejś tam imprezie (podałam dokładnie, co to było, ale teraz szczerze już nie wiem), bo akurat gdzieś dotąd doczytałam. Podciągnęłam to nawet jakoś pod tę filozofię (jak? nie wiem, nie pamiętam już nawet), a ostatecznie na ustnej dostałam temat o pomocy innym, więc tu już Lalka leży jak ulał.

W Lalce jest wszystko, bo to taki typ powieści. O to w niej chodzi. Czytajcie Lalkę.

Oto moja rozpiska na temat innych lektur (kolejność losowa, jak mi się przypominało o nich), pamiętajcie jednak, że jest subiektywna:

  • Księga Hioba - osobiście bym olała, bo jak znasz sens ogólny, to nie trzeba ci szczególików
  • Król Edyp - do olania (szczególnie, jeśli czytaliście Riordana w gimnazjum, haha), najciekawsza jest ta pieśń chóru o marności życia ludzkiego (Stasimon IV? zabijcie mnie, bo nie wiem, ale chyba tak)
  • Antygona - do olania kompletnie, nawet nie wiem, o co w tym chodzi
  • Świętoszek/Skąpiec - przydaje się, pod warunkiem, że dasz radę zapamiętać imiona (ja nie)
  • Dżuma - nie pamiętam kompletnie imion i przez osiemdziesiąt stron miotają się tam, jaka to jest choroba (hm?? no nie wiem może D Ż U M A), więc generalnie załapcie sens paraboliczny i nie trzeba tego męczyć (tym bardziej, że narratorem nie jest staruszek plujący na koty)
  • Boska komedia - nope, do wywalenia, nic ciekawego
  • Sokół - do przeczytania, jest krótkie i ciekawe, i jakby ci się trafiła nowela na ustnej, to jesteś w domu
  • Makbet - osobiście męczyłam tego Makbeta w każdej formie i dalej nie wiem kto jest kto, więc sama już to olałam, ale warto znać, bo wychodzą z tego ciekawe motywy, na ustnej szczególnie może się przydać. Chociaż tak po prawdzie, to jest fabularnie identyczne z Balladyną, tylko z facetem w centrum
  • Cierpienia młodego Wertera - po pierwsze to dobra książka, więc dla przyjemności można czytać, a po drugie do wszelkich miłości i pokrewnych jak znalazł, a nie ma tam dużo szczegółów, więc można przemęczyć (zestawcie to z sonetami Petrarki i Do trupa i Ludźmi bezdomnymi i 100% jak się patrzy)
  • Nie-Boska komedia - ja to przeczytałam, bo moja mama prawie przez to oblała i bałam się powtórki z historii, więc powiem, że jest bardzo spoko i czyta się szybko, szczególnie część rodzinną, która też się przydaje. Żeby znać obraz rewolucji stąd, nie trzeba tego znowu czytać.
  • Dziady - do przeczytania. A potem do wykucia znaczeń tych wszystkich pierdół.
  • Kordian - jeśli przeczytaliście Wertera i Dziady cz. III, to Kordiana można olać bez problemu.
  • Konrad Wallenrod - zapomniałam o nim i dopisuję to dwa dni później, to chyba mówi samo za siebie.
  • Pan Tadeusz - to już chyba musicie sami zdecydować. Problem jest taki, że nie ma dobrego streszczenia tego w internecie. Nie ma. A już na pewno nie ograniczajcie się w tym wypadku do Miecia. Still, czyta się to długo i to nie tak, że jakoś wiele z tego zapamiętasz (pozdrawiam siebie), więc musisz zdecydować, czy przerobiliście to na tyle dobrze, że możesz olać Pana Tadeusza. Pamiętaj tylko, że fizycznie niemożliwym jest czytać więcej niż księgę dziennie, więc zejdzie ci na to tak ze dwa tygodnie na luzie.
  • Lalka - must read, film się nie nadaje
  • Kamizelka - w sensie, to ma ile? osiem stron? weź to przeczytaj
  • Gloria victis - ^
  • Mendel Gdański - ^^
  • Nad Niemnem - o ile nie masz zapędów masochistycznych, olej to, i obejrzyj całkiem spoko film zamiast tego (szczególnie jeśli twoja mama, jak moja, ma fioła na punkcie pozytywizmu, wtedy od razu masz kompana)
  • Quo Vadis - film jest okej i wystarcza
  • Potop - okej, a więc... polecam obejrzeć całą Trylogię. Wiem, że to 12 godzin i Potop jest z tego wszystkiego najgorszy (chyba że jesteś słaby i oglądasz skróconą wersję), ale nie daj Boże, żeby ci wypadło coś z Trylogii na ustnej, a ty nie wiesz, kto do czego (szczególnie jeśli twój tata, jak mój, ma fioła na punkcie Sienkiewicza, wtedy od razu masz kompana). Nie oszukujmy się, nie przeczytasz tego w roku szkolnym, a warto znać. Filmy są bardzo okej.
  • Zbrodnia i kara - to nie tak, że trzeba to czytać, żeby wiedzieć, o co biega, ale to jest bardzo w porządku
  • Ludzie bezdomni - z Żeromskim jest tak, że jest bardzo prosty i omówienie generalnie wystarcza, ale jest też przyjemny do czytania, więc czemu nie
  • Wesele - przeczytałam to. I nie róbcie tego. To nie ma sensu. Bo i tak nie ma znaczenia, co tam jest napisane, grunt, żebyście mówili to, co trzeba. Czasem coś innego niż jest napisane. Wesele szczególnie na to cierpi.
  • Chłopi - yhm, Chłopi są wbrew pozorom okej, ale są też bardzo grubi i najbardziej nadają się do językowych tematów i do kierowania się emocjami i tego typu bzdetów.
  • Ferdydurke - jest ktoś, kto kiedykolwiek odniósł się do tego?
  • Proces - ciężko mi powiedzieć, bo zdecydowanie tego nie czytałam i tego nie znam i w życiu z tego powodu bym się do tego nie odniosła.
  • Granica - streszczenie wystarcza
  • Cudzoziemka - też
  • Sklepy cynamonowe - krótkie, nie zaszkodzi przeczytać
  • Szewcy - należy to olać, wyprzeć z pamięci i spalić w ogniu piekielnym. Zła książka.
  • Przedwiośnie - patrz: Ludzie bezdomni
  • Pożegnanie z Marią - przeczytaj, naprawdę warto
  • Jądro ciemności - nie trzeba jakoś szczególnie, ale jak najbardziej można czytać, byle nowsze tłumaczenie (bez kitu, szukajcie tego nowego, podziękujecie mi potem)
  • Inny świat - my przerabialiśmy tylko fragmenty i wystarczało
  • Zdążyć przed Panem Bogiem - przeczytaj, bo jest ciekawe i warto
  • Tango - przeczytaj, bo to jedyna "groteskowa" książka, która jest w porządku i da się na nią patrzeć
Tylko, jeśli czegoś nie czytasz, naucz się notatek niemal na pamięć. Żeby nie wpaść. Nie zgaduj i pisz tylko to, co wiesz. Jak nie wiesz, kto coś powiedział Judymowi, to powiedz, że mu powiedziano i krzyżuj palce. Jak nie znasz nazwy miejscowości, to to omiń. Nie lej wody. Wybieraj to, o czym na pewno wiesz, co pisać, nawet jeśli nie dlatego że to przeczytałaś/łeś. Ucz się wymowy utworów i myśli przewodnich i zawsze imion i nazwisk bohaterów. Bez tego ani rusz. Warto też znaleźć sobie jakiś szczególik, którym przykryjemy naszą ogólna nieznajomość tematu.

Czytaj wszystkie wiersze, a nawet więcej. Części nasza klasa uczyła się nawet na pamięć i wydaje mi się, że to nie jest głupie, więc jak chcesz, to tych musieliśmy się wyuczyć:
  • Exegi monumentum
  • Bogurodzica
  • Hymn o miłości
  • Hymn do miłości ojczyzny
  • Krótkość żywota
  • Inwokacja (i to aż do "Brama na wciąż otwarta przechodniom ogłasza, że gościnna i wszystkich w gościnę zaprasza")
  • Moja piosnka II
  • Koniec wieku XIX
I osobiście, dla siebie, nauczyłam się też Ody do młodości i trzech Trenów. Przydało się bardzo to wszystko na rozszerzeniu.

Tuż przed maturą:
  • pamiętaj, że oba polskie są jednego dnia, więc będzie cię boleć ręka. Trzymaj w torbie plaster (ja nim obkleiłam palec, który zawsze boli mnie od długopisu, bo mam tę wstrętną "gulkę"), weź wygodny długopis, nie metalowe gówno.
  • pisz wyraźnie i dużymi literami, pomoże w tym długopis, który wymusza duże litery (ja pożyczyłam Parkera od mojego brata, bo był wygodny oraz kazał mi pisać dużymi literami, szczególnie dlatego że go nie znałam)
  • weź naręcze tych głupich długopisów. BO DLACZEGO NIE? inny do zadań, inny do wypracowania, inny do brudnopisu i jeszcze osiem zapasowych. Wolno ci.
  • przeczytaj krótkie streszczenia twoim zdaniem najważniejszych lektur, żeby przypomnieć sobie te przeklęte imiona, oraz opracowania najważniejszych wierszy.
  • WODA, WODA, WODA.
  • nie panikuj i uważnie czytaj wszystkie teksty, wiele razy.
  • jesteś w rozpaczy, to nawet utnij sobie drzemkę, jak mój kolega. Podziałało. Rób, czego potrzebujesz, dopóki nie zakłócasz pracy innym.
  • pisz wszystko, co wiesz, aż ci się skończy miejsce.
  • podkreślaj rzeczy, które wykorzystasz.
  • zrób plan wypracowania w brudnopisie i zawsze myśl jakieś trzy zdania do przodu, żeby uniknąć powtórzeń.
  • sprawdzaj każdy akapit po napisaniu i wracaj do tematu - czy na pewno od niego nie odbiegasz.
  • jak musisz, to skreśl całą pracę, ale NAPISZ JĄ OD NOWA. NIGDY, PRZENIGDY NIE REZYGNUJ Z WYPRACOWANIA.
  • nie pomyl autora, pls.

JAK ZDAĆ MATURĘ Z JĘZYKA (ANGIELSKIEGO)?

Okej, słuchajcie tego. Matura z języka (obcego nowożytnego)... to..... najprostsza matura.

Mam na to dowód, albowiem: 
matura z języka jest ograniczona do tylko kilku typów zadań, jakie mogą się pojawić. Nie wymyślą niczego z kosmosu. 

Najprościej to po prostu uczyć się słówek i gramatyki z lekcji i zdacie. Naprawdę. Tam nie ma żadnej filozofii, trzeba trenować, aż się będzie ogarniało. I nie, nie możesz pomijać żadnych słówek, ponieważ nie ma jakiegoś zamkniętego zbioru słów, które mogą paść na maturze. Posłużę się tu dwoma przykładami:


  • na próbnej z angielskiego w zadaniu na słowotwórstwo pytano o life expectancy. I co z tego, że znałam life span, które to, oczywiście, znaczy praktycznie to samo, ale nie ma związku ze słowem expect, z którego należało utworzyć expectancy
  • na prawdziwej maturze z rosyjskiego rozumiałam absolutnie każde słowo w tekście, każde słowo w pytaniach, ale... nie wszystkie odpowiedzi. I co najlepsze, rozumiałam oczywiście te, które były na pewno niepoprawne.

Rób arkusze na starą i nową formułę, obcuj z językiem, i rób zadania domowe. Słuchaj piosenek, oglądaj filmy, seriale i youtuberów (bez polskich napisów!!), trzaskaj zadania i ucz się słówek, bo, jak wiemy, wymagana zawsze jest dokładność.

I, o matko, ucz się phrasal verbs i idiomów, bo to jest coś, czego nie da się obejść. Zapytają cię o taki i jesteś w bagnie, o ile go znasz.

Jeśli chodzi o angielski, to wybór książek, repetytoriów i podręczników jest ogromny, wiec każdy typ zadania możecie sobie ogarnąć pierdyliard razy i jeszcze pięć. Grunt to nie ograniczać się do jednej książki, bo traficie na autora, który pała miłością do parafraz, ale nie umie robić zadań na słowotwórstwo i będzie wam to właśnie kuleć.

Jeśli chodzi o teksty na maturze to są to zarówno teksty fabularne, jak i informacyjne czy lekko techniczne (na mojej maturze padły ogniwa litowo-jonowe). Jeśli wiesz, że to z czytaniem będzie u ciebie problem: czytaj. Oczywiście teksty z podręczników i matur, ale też znajdź sobie jakiś serwis z wiadomościami czy zbiór opowiadań, które pomogą ci wychwytywać często pojawiające się określenia.

Jeśli problemem jest słuchanie, słuchaj. Przede wszystkim nagrania oficjalne, bo mamy tak przede wszystkim kobietę i mężczyznę, co ułatwia identyfikację postaci, a poza tym oni mówią w taki charakterystyczny, nienaturalny sposób i im lepiej osłuchasz się z tymi głosami, tym lepiej będziesz je rozumieć. Przy słuchaniu pojawia się też taki problem, że często problemem nie jest samo zrozumienie tekstu, ale przeczytanie odpowiedzi. Nie tylko dlatego że są specjalnie skonstruowane tak, żeby nie było łatwo, ale też dlatego że jest na to za mało czasu. Dlatego tak ważne jest ćwiczenie z oficjalnymi nagraniami (które są na YouTube), których nie pauzujemy. Nie ma opcji, że wszystko zdążysz przeczytać. Nie da się. Dlatego podkreślaj, wypisuj słowa kluczowe z tego, co usłyszysz czy po prostu czytaj na zapas, kiedy już wiesz, że poprzednie zadanie masz na 100% dobrze: whatever, byle zadziałało. I najważniejsze: pamiętaj, że pytania są w takiej kolejności, w jakiej usłyszysz odpowiedzi. Wiem, że to oczywiste, ale warte przypomnienia.

Wreszcie przeklęte pisanie, którego największym ograniczeniem jest oczywiście ustalona liczba słów. Mam kilka porad, ale pewnie dostaniecie ich też mnóstwo od nauczycieli:


  • nie zapomnij zakreślić tematu 
  • pamiętaj, o jaką formę cię proszą. Jeśli to artykuł - musi być tytuł, jeśli to recenzja - skrót fabuły i 5 elementów do oceny, jeśli rozprawka - odpowiednia liczba (2-3) argumentów za i/lub przeciw
  • listy to zawsze najprostsze formy, bo najluźniej się je ocenia
  • bardzo ważne: pisz dokładnie o tym, o co cię proszą. Jeśli masz poprosić, użyj słowa proszę, jeśli podziękować - dziękuję, jeśli coś cię zaskoczyło - napisz, że było zaskoczeniem, itd. Żeby nigdy, przenigdy nie było wątpliwości, że wypełniasz polecenie
  • nie pisz nie na temat. Czytaj polecenie po każdym zdaniu, jeśli musisz, i wszystkie dygresje, które nie mają znaczenia, wykreślaj.
  • osobiście polecam pisać dwa rozwinięte argumenty niż trzy po łebkach. Tak jest łatwiej upchać lepsze słownictwo czy gramatykę
  • nie pisz very i really i important, po prostu nie
  • ucz się na pamięć ładnych zwrotów początkowych i kończących, BO DLACZEGO NIE
  • pamiętaj, żeby nie tylko odnosić się do tego, o czym musisz napisać, ale żeby zawsze to odpowiednio rozwinąć
  • pamiętaj, że to nie mają być twoje prawdziwe argumenty i twoje zdanie, i przekonania. To ma być poprawna, spełniają wymogi praca. Tyle.
  • nie pisz dwa razy tego samego argumentu, tylko trochę inaczej. Wysil się.
  • w podsumowaniu nie wypisuj rzeczy, których nie ma w argumentach: to nie jest miejsce na nowe treści, tylko na podsumowanie
  • niech każde zdanie się liczy. Jeśli nie ma w nim istotnego słownictwa czy zaawansowanej gramatyki, to albo je wywal, albo popraw - szkoda tracić słowa.
  • pamiętaj, że twoje zdania mają płynnie przechodzić jedno w drugie, wiec twoim najlepszym przyjacielem będą "linking words"
  • wreszcie: jeśli musisz opowiedzieć historię i nie masz na nią pomysłu, to rozwiązania są dwa: albo niech ktoś złamie nogę (albo narobi paniki, że złamał nogę, ale jednak nie, co prowadzi do "zabawnego zdarzenia"), albo zerżnij (SUBTELNIE) z jakiejś piosenki. Byle nikt się nie połapał i niech to nadal brzmi jak proza.

Jak oszukać samego siebie, że jesteś przygotowany na ten jeden przedmiot, którego nie chcesz zdawać?


Ach, WOS. Tylu godzin z tobą nie spędziłam!

Opowiem wam o mojej taktyce w kwestii tego badziewia i może coś zaadaptujecie na swoją geografię czy coś. Ostrzegam, że może nie zadziałać.


  • Przede wszystkim, uczyłam się na sprawdziany z WOS-u. Tylko, ale nadal.
  • Dzień przed maturą przeczytałam zeszyt z trzech lat. Niczego się nie uczyłam, po prostu go przeczytałam.
  • Robiłam większość zadań domowych, co ogólnie opłaciło się bardziej niż ta nauka na sprawdziany. Nawet jeśli robiłam je po czasie.
  • Znałam typy zadań i wiedziałam, jak do nich podchodzić.
  • Nie zostawiłam ani jednego zadania pustego. Nawet jeśli napisałam największą bzdurę, nie miało to znaczenia. Wszystko zapisałam.
  • Trzeba używać trochę logiki. Jak masz dwa zadania z tekstem konstytucji, które nie leżą obok siebie, to na sto procent nie jest to konstytucja tego samego kraju.
  • Znałam maturalne klasyki, czyli nie można mnie było zagiąć na typach norm.
  • Czytałam teksty do porzygu. Nawet jeśli nic kompletnie nie rozumiałam, to w odpowiedzi parafrazowałam tekst, cokolwiek. Wiedziałam, że to najpewniej błędna odpowiedź, ale sam fakt, że się starałam, dawał mi pewien komfort psychiczny.
  • Przede wszystkim wiedziałam od początku, z jakim nastawieniem idę na ten egzamin i bardzo pomógł mi kompletny brak presji.
  • Pamiętaj, że czasem możesz wykazać się czymś innym niż klepanie formułek. Jeśli pytanie nie brzmi "jaki to typ zbiorowości" tylko "czy to taki a taki typ zbiorowości", to nie musisz określać typu, tylko udowodnić, że to ten czy nie ten. I tyle. Często wystarczy do tego szczęście.
  • I wreszcie, coś do prywatnego przemyślenia, czyli dwa podejścia do wypracowania. Były trudne, wręcz bardzo. Ja (52%) pisałam o referendach, o których, oczywiście, praktycznie nie mam pojęcia, ale skupiałam się na tym, co wiem, czyli o przykładach z życia i rzeczywistych przykładach użycia tej formy sprawowania władzy. Z kolei mój kolega (80%) pisał o Szwajcarii i przyjął taktykę odwrotną: zmyślał. Np. że Szwajcaria nie ma prezydenta. Po prostu strzał. Nie mam pojęcia, na czym wyjdziecie lepiej. 
  • Na koniec: trzymaj kciuki, po prostu. Może nie będzie tak źle ;).

Jak poskromić ustne matury i nie zejść ze strachu tuż przed drzwiami?


Jeśli przeczytaliście części o polskim i języku obcym, to to wszystko ma swoje zastosowanie także tutaj. Inne rzeczy, przydatne tylko w kwestii ustnej z polskiego:

  • korzystaj z kalkulatora maturalnego. Sprawdza się i stres spada o milion procent. Nawet jeśli, jak ja, masz maturę pierwszego dnia.
  • pamiętaj o wstępie i zakończeniu (podsumowaniu) swojej wypowiedzi
  • masz kartkę i długopis, więc zapisuj, co potrzebujesz i o czym zamierzasz mówić
  • podkreślaj! podziel sobie tekst na etapy, które musisz omówić, może nawet coś zacytuj? (byle nie za wiele)
  • przede wszystkim: nie panikuj i mów, mów, mów! Cokolwiek! Przeanalizuj każde zdanie w tekście i wyciśnij z niego ostatnią kroplę krwi. To samo do obrazów i plakatów.
  • Graj skojarzeniami. Lawa? Bum, Dziady. Dzieciństwo? Schulz. Ironia? Szymborska. I tak dalej. Szybko łącz kropki, bo czasu jest niewiele.
  • dlatego możesz też przygotować sobie tabelę z motywami, które są popularne na maturze, i wypisz rzeczy nie takie, do których możesz się odnieść, ale do których potrafisz się odnieść i mówić o nich przez kilka minut (Lalka jest tutaj taka przydatna, bo jest uniwersalna), i nie zapomnisz autora
  • Odpowiadaj pełnymi zdaniami na pytania i rozwijaj swoją wypowiedź.
  • Jeśli boisz się zadań językowych (słusznie!), znajdźcie sobie jakiś zbiór zadań na maturę ustną (możecie spytać swojego nauczyciela, a ja dostałam swój zbiór od... bibliotekarki) i opracujcie je wspólnie, np. na przemian, a potem kolejna osoba dopowiada. Można to nawet zrobić na mieście czy w szkolnej bibliotece/piwnicy.
  • Zawsze miej opracowane stylizacje językowe, gwary i ewolucję języka.
  • pamiętaj, że egzaminują cię nauczyciele z twojej szkoły i szkoły najczęściej zaprzyjaźnionej, więc oczywiście nie mogą oszukiwać, ale zawsze będą cię ciągnąć, bo wszystkim zależy, żeby wszyscy zdali. Nie ma sensu pluć do własnych statystyk.
  • i, ostatnie, miałam miejsce na liście po przerwie i choć było późno, bardzo polecam to miejsce, bo nie było nikogo przede mną i miałam ciszę, kiedy się przygotowywałam. Jeśli zdarzy wam się, że będziecie mieć nad tym jakąś kontrolę, polecam tego typu miejsca.

A jeśli chodzi o języki:

  • mów na temat, trzymaj się kurczowo każdej chmurki, a jeśli dyskusja odbiega od tematu, jakoś zawróć ją w naturalny sposób
  • nie pozwól nauczycielowi mówić za ciebie o rzeczach, które właśnie w twojej gestii leżą (chmurki), nie przytakuj biernie, przerwij, wtrąć, że właśnie na ten temat masz jakiś pytania czy pomysły, słowem: nie daj się wywieźć w pole, nawet jeśli nauczyciel robi to w dobrej wierze
  • przy opisywaniu obrazków nie mów In the picture I can see, to brzmi strasznie koślawo, nienaturalnie i WSZYSCY tak mówią. Prosty sposób na zamienienie tego to "There's". I tyle. (Podobna sytuacja z If I were to choose, nie róbcie tak).
  • Spekuluj. Opowiedz, co widzisz i DLACZEGO jest tak, jak to przedstawiono na obrazku - zrób to, zanim cię o to zapytają
  • pamiętaj, że zawsze możesz się poprawić
  • jeśli nauczyciel pyta, czy to tyle, to znaczy, że to nie jest tyle - kontynuuj
  • niezależnie od tego czy wiesz, co mówić, czy nie masz pojęcia, jakie jest pytanie, mów tak długo, aż ci przerwą. Zawsze. 
  • spekulowanie to nie tylko najlepszy moment na jakąś fajną gramatykę, ale też słownictwo: nie można spekulować nieprawidłowo, więc co najlepszego potrafisz z tego wyciągnąć, tego użyj
  • spróbuj wtrącić jakiś żart, od razu pozostawisz lepsze wrażenie
  • jeśli zdajesz język inny niż angielski/niemiecki, jest wysokie prawdopodobieństwo, że możesz odbiegać od tematu tak długo, jak mówisz płynnie, więc lej wodę, jeśli nie umiesz nic powiedzieć na temat
  • oczywiście na angielskim/niemieckim też lepiej popłynąć niż milczeć, ale najlepiej pływać na temat
  • rozwijaj, nie tylko odnoś się. Rzuć trzema pomysłami na każdy temat i daj egzaminatorowi coś, na co może zareagować
  • nie daj się ciągnąć za język, MÓW
  • podczas opowiadania, rzuć czasem zaprzeszłym. Jak? Opowiedz, jak się gdzieś szykowałaś/łeś czy do czegoś przygotowywałeś/łaś.
  • Szczerze, te historyjki nie muszą mieć wiele sensu. Opowiedziałam ich tony na przeróżne tematy i prawie zawsze ktoś łamał nogę
  • jeśli skończył się czas, a ty jesteś w środku historyjki, zakończ ją jednym zdaniem, np. "no i wszyscy zrywaliśmy boki"
  • podczas wybierania, dokładnie podaj powód, dla którego wybierasz ten obrazek i dlaczego odrzucasz pozostałe, najlepiej podając powodu dla obydwu
  • jeśli nie wiesz, jak zacząć, odnieś pytanie do swojego życia. "Jaka jest najgorsza możliwa praca?" "Cóż, osobiście jeszcze nie miałam okazji pracować, ale wykonuję wiele obowiązków w domu i bardzo tego nie lubię, więc..." - daje ci to czas do namysłu, ale nie zapomnij przejść do konkretu.

A poza tym, to zupełnie nie ma, czym się stresować, bo matura to, oczywiście, bzdura. Wszyscy będą wychodzić ze skóry, żeby poszło wam jak najlepiej, więc po prostu wykorzystujcie to i słuchajcie wskazówek w szkole i na pewno będzie bardzo dobrze! Nie da się być dobrym uczniem i zawalić wszystkie matury. Nie ma takiej siły, które wydrenuje z ciebie WSZYSTKO. Jasne, pewna niedyspozycja, stres, to wszystko zadziała negatywnie, ale jeśli czujesz, że stracisz kontrolę nad głową na maturze, to... naucz się peselu. Naprawdę. Zaczyna się od wpisania peselu i choć masz go na naklejce, oraz na dowodzie, świadomość, że wiesz, odnawia poczucie kontroli nad umysłem. A potem łatwo go sprawdzisz i poczujesz, że jednak pamiętasz. I wszystko na pewno będzie dobrze.



___________________
Zdjęcie: kaboompics


  • Share:

You Might Also Like

13 komentarze

  1. Bardzo podziwiam, że miałaś wolę pisać te porady (aczkolwiek bardzo przydatne, podpisuję się). Ja na razie nie chcę nawet wspominać matur, choć w większości poszły mi naprawdę dobrze. Jak ja się cieszę, że to już za mną! Co prawda teraz będzie trzeba ogarnąć, co w ogóle dalej robić z życiem, ale...
    W ogóle, to czy dobrze zrozumiałam, że wybierasz się ostatecznie na UW?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja miałam takie nastawienie, że teraz pamiętam to wszystko najlepiej, więc napiszę to raz i nigdy więcej nie wrócę do tematu mojej matury. Wszystko jest jak na talerzu :P.
      Tak! Załapałam się na arabistykę na UW.

      Usuń
    2. No to może nawet się kiedyś miniemy :D

      Usuń
    3. Jakby się tak zdarzyło, to na luzie podbijaj! Jaki kierunek?

      Usuń
    4. Jakimś cudem dostałam się na MISH, więc w zasadzie to muszę jeszcze wymyślić co dokładnie będę tam robić xD

      Usuń
    5. Oooo, chciałam iść na MISH, ale mi jednak przeszło. Cóż, jakby ci gdzieś się rzuciła w oczy moja generyczna twarz, to podejdź! Ja cię nie poznam, niestety, ale zapraszam :).

      Usuń
  2. Anna (ta od martwej Nory)4 września 2018 17:06

    Nie wiem dlaczego przeczytałam tego posta w całości, bo maturę zdawałam rok temu, ale hej! to po prostu świadczy o twoim talencie pisarskim!
    Matura to bzdura, ale ciągle pamiętam każdy swój wynik procentowy, chociaż wyników tych miałam 10, a osiem z nich nie było mi absolutnie do niczego potrzebnych. Także to, że się je zapomina po tygodniu to chyba mit, haha.
    Aha i odwołałam się do Ferdydurke na rozszerzeniu z polskiego! Więc ktoś jednak się do tego odwołuje i nawet wynik wtedy był zadowalający jak na to, że polski nigdy nie był moim priorytetem, a mój nauczyciel nawet nie wiedział o tym, że piszę :D
    Plus przeczytałam każdą lekturę zdaną na lekcję (chociaż żadnej w terminie), a nie przeczytałam połowy z wymienionych przez ciebie, one wszystkie były obowiązkowe? Chyba na rozszerzeniach ścisłych o to nie dbają haha.
    A z kolei na rozszerzeniu z matematyki nikt, absolutnie nikt nie wyszedł prze czasem. A PISAŁAM W SALI Z WYDŁUŻONYM O PÓŁ GODZINY CZASEM. I po zobaczeniu wyniku trochę mi się przykro zrobiło, chociaż wiedziałam, że nie zasługuję na nic wyższego, biorąc pod uwagę moje nieistniejące przygotowania. A potem i tak się okazało, że jestem w 90 centylu, z czego nauka jest taka, żeby wynikiem z rozszerzenia matematyki przejmować nie należy się ani trochę, bo to nie ty jesteś głupi, tylko arkusze trudne.
    Pozdrawiam i gratuluję dostania się na wybrany kierunek! Mam nadzieję, że opowiesz o nim coś więcej w nachodzących postach.
    Anna x

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Stęskniłam się za twoimi komentarzami!
      <33
      Ja, pisząc ten post, już nie pamiętałam polskich, więc chyba zależy :D. Musiałam w każdym razie sprawdzić.
      Rany, to co to był za temat, że Ferdydurke tam pasowało? Albo inaczej: co za temat, że Ferdydurke jest bezpiecznym wyborem? Bardzo śliska lektura IMO.
      Oczywiście, że nie. Bardzo niewiele lektur jest obowiązkowych, nawet Kordian technicznie nie jest wymagany. Wymieniłam te, które pamiętałam ze swoich lekcji + Cudzoziemka, której nie zdążyliśmy ogarnąć w ogóle, ale przerobiłam ją sobie we własnym zakresie.
      Cóż, ja pisałam na auli z mat-fizami, więc po 40 minutach, jak zaczęło się szuranie krzesłami, to już się nie skończyło.
      Dzięki! Jak już coś będę wiedzieć i będę mieć jakieś przemyślenia, to na pewno coś napiszę, ale na razie wiem tylko, że kontakt z kimkolwiek z Uniwersytetu jest bardzo utrudniony, a strona kierunku nie działa od dwóch miesięcy :P.

      Usuń
    2. W takim razie muszę wrócić do częstszego komentowania <3
      Nie pamiętam dokładnego tematu, ale coś o tym, że groteska musi mieć kontekst, żeby być dobrze zrozumiana. Tekst, w oparciu o który mieliśmy wysnuć tezę, był tak niezrozumiały, że widziałam ludzi płaczących na sali. I chciałabym w tym momencie żartować, ale tak było. (Drugą lekturą użytą przeze mnie w eseju był Kordian, bo ktoś nieznający kontekstu utworu, mógłby wziąć latanie na chmurce za element groteskowy - ciągle nie wiem, za co dostałam te 90%, bo przyznam szczerze, że po skreśleniu całej strony A4 stwierdziłam, że moim celem nie będzie pisanie dla punktów, tylko dla dobrej zabawy).
      Znaczy u mnie na podstawie też ludzie pokończyli zanim ja się zdążyłam podpisać, co zestresowało mnie tak, że przyspieszyłam i przez to źle przeczytałam polecenie (pomyliła mi się oś OX z OY) i myślała, że obetną mi za to całe 5pkt, które można było za to zadanie otrzymać, ale na szczęście zabrali tylko dwa. Chociaż przez chwilę miałam nadzieję, że będę mogła się pochwalić jakąś jedną stówką oprócz podstawowego angielskiego.
      A, a propo stówek - w mojej grupie na ustnym polskim była jedna, a na angielskim żadnej. Bo w "dobrych" liceach wiedzą, że nie muszą ciągnąć na 30%, a poszczególne punkty na nic im się nie zdają i wręcz chlubią się surową oceną. Jak np. w przypadku chłopaka, który dostał się na Harvard, a miał dokładnie 30% z ustnego polskiego..
      To ja czekam <3
      W ogóle organizacja na uczelniach to jest jakiś żart, więc rozumiem :(

      Usuń
    3. O tak, zapraszam serdecznie, uwielbiam twoje komentarze!
      Technicznie też chodziłam do "dobrego" liceum. Nie wiem do końca, do czego tu pijesz :P, ale mi chodziło tylko o to, że trzeba naprawdę dosłownie nic nie mówić, żeby nie zdać, bo nikomu nie opłaca się uwalać własnych uczniów na maturze, która do niczego się nie liczy i niczego nie sprawdza, i przez ślepy los (bo takim jest losowanie tematu) musieliby mieć poprawkę. Dlatego też nie ma co się spinać o ten wynik, bo nawet jak to będzie 30% to... co z tego? Absolutnie nic.

      Usuń
    4. Napisał długą odpowiedź i mi się usunęła, kocham mój internet.
      Ale generalnie, nie chciałam, żeby ta moja uwaga zabrzmiała tak jak zabrzmiała, chodziło mi tylko o wyrażenie frustracji, którą czuję na myśl o nauczycielach, którzy mi mówili "no może gdzie indziej to by było wystarczająco, ale nie tutaj", jakbym miała im dziękować za to, że mnie surowo oceniają. No i zgadzam się z tobą i dlatego przed ustnymi stresowałam się tylko dlatego, że nie lubię mówić jak wszyscy na mnie patrzą (na szczęście na ustnej z polskiego byłam ostatnia, więc musiałam mieć do
      czynienia tylko z egzaminatorami, w tym z nauczycielką, której kiedyś powiedziałam na zastępstwie, że nie będę zapisywać mojej odpowiedzi, na próbną maturę ustną, bo to jest matura USTNA i mogę jak coś zapisywać sobie coś hasłowo, za co dostałam uwagę), ale wynikiem się nie stresowałam. Natomiast moja przyjaciółka płakała, bo miała 60% (powód był absolutnie idiotyczny) i wiedziała, że nigdzie jej się to nie liczy, ale jej rodzice i tak byli źli.
      Dlatego ta moja uwaga, była tylko wyrażeniem złości, a nie próbą umniejszania czyichś wyników, czy usprawiedliwiania czyichś niepowodzeń ;)
      Eniłej, idę komentować nowy post skoro już tutaj jestem.

      Usuń
  3. Gadają o tej maturze przez trzy lata, a ja tydzień po ich zakończeniu nic z nich nie pamiętałam. Wszystkie przytoczone tu wyniki przepisałam z kartki (akurat były na wierzchu), bo po paru dniach wyparowały mi z głowy.
    A ja nie przeczytałam Lalki i nie miałam pojęcia o co w niej chodzi, więc pisałam interpretację (81%):P.
    Na ustnej z polskiego panie egzaminatorki wprost powiedziały mi że według tabeli powinnam mieć 100% ale Muminki (miałam temat o rodzinie) to nie jest poważna książka i obcięły mi parę punktów :C. No dramat. Byłam cholernie zła za ten subiektywizm i obrażenie książek mojego życia, ale ze wynik nie był mi absolutnie nigdzie potrzebny postanowiłam odpuścić. Ech.
    Ja się strasznie bałam matmy, bo jestem z niej słaba i ledwo zdawałam, chociaż byłam tylko podstawą, ale skończyłam z bardzo satysfakcjonującym mnie wynikiem 70%. Jeśli kogoś naszło pytanie co noga z matmy osoba robi na Politechnice, to ja też nie wiem niestety. No ale może będzie fajnie.
    Twój WOS to moja chemia :V.
    Czy obydwoje twoi rodzice uczą historii?
    Fajnie, że się podostawałaś! Ja składałam tylko na ochronę środowiska, ale za to na trzy uczelnie (PW, UW, SGGW). Dostałam się wszędzie, i wybór gdzie złożyć papiery był bardzo trudny. Będziesz mieszkać w akademiku?
    A z newsów ode mnie to zbiłam sobie dziś telefon, ale za to pochwalę się, że pracuję od niedawna jako asystentka stomatologiczna :) Umieram że stresu ale hej, czuję się duża i fajna, mam stałą pracę, #dorosłość.
    Pozdrawiam serdecznie wszystkich świeżo upieczonych studentów a przyszłym maturzystom życzę powodzenia :).
    PS. Systemy rejestracji na studia są wybitnie nie przejrzyste, a system zapisywania się na zajęcia na PW to jakiś żart :<

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak jest, ale jak się jest przed maturą, to się na to patrzy zupełnie inaczej :).
      Nie, moja mama uczy w klasach 1-3, a mój tata pracuje w kopalni. Za to mój chrzestny jest nauczycielem, i jego brat, i jego żona też była kiedyś nauczycielką, i moja chrzestna jest nauczycielką.
      Nie, wynajmuję pokój w mieszkaniu :).
      Najs! Gratulacje, pani dorosła :D.
      PS: Podbijam, maturzysta płakał, jak się rejestrował. I na UW też, gdybym nie dodała się do grupki na fb, to nie wiedziałabym, że w ogóle mam się na cokolwiek zapisać, bo STRONA NAM NIE DZIAŁA i nie ma z nikim kontaktu, więc wesoło.

      Usuń

Szanujmy się nawzajem.