Witam na Deszczach!


To ja!

Pisarka-amatorka, blogerka, mądrala, marzycielka. Jestem Alicja. Może się poznamy?


Czego szukasz?

Więcej mnie

  • zbyt bajkowo
  • Blog z opowiadaniami, gdzie znajdziecie teksty własne oraz fan fiction (Harry Potter, Percy Jackson, Disney i inne). Serdesznie zapraszam :).
  • Chasing Barbie
  • Blog, na którym dzielę się moją nową pasją - lalkami. Nowe, stare, piękne i brzydkie, na chwilę i na całe życie - wszystkie przeżyją tu swoje 5 minut.

Zostańmy w kontakcie!


Subskrybuj, lajkuj, followuj!



piątek, 29 września 2017

Jak przeżyć liceum i nie zwariować

A więc, jesteś już prawie miesiąc w nowej szkole i zaczynasz tracić zmysły, a jedyne, na co masz ochotę, to siąść i płakać. Cóż, lepiej weź się w garść, bo jeszcze daleka droga przed tobą.

Na szczęście, jak zwykle zresztą, masz mnie, a ja mam dla ciebie dobre rady. I to całkowicie na serio.

Prawdopodobnie nie spodziewacie się tu faktycznych RAD, ale ja naprawdę zamierzam dobrze radzić. Osobiście myślę, że perspektywa osoby, która jeszcze jest przed tą nieszczęsną maturą jest trochę bardziej adekwatna niż perspektywa osoby po maturze. Bo naprawdę wszyscy wiedzą, że "po maturze cały ten egzamin zupełnie traci wartość, a stres wydaje się bezsensowny", ale to niczego nie zmienia - i tak się stresujemy i nie śpimy po nocach. Więc trochę moich doświadczeń, które pomagają mi nie odejść od zmysłów. Jak coś wam się podoba, to bierzcie i jedzcie, ale nie wszystko musi wam pasować, jak zwykle.


1. Korzystaj z godzin aktywności swojego mózgu.
Nie mówię, że poza tymi godzinami aktywności nie powinniście nic robić, ale jeśli macie marnować czas na Youtubie to wtedy, kiedy i tak niewiele się nauczycie, a w czasie godzin aktywności zróbcie wszystko to, co najgorsze. Nie martwcie się, jeśli wasze godziny wam nie pasują, po prostu bierzcie to, co macie, nie ma innych opcji. Ja też wolałabym robić wszystko przed 17 i mieć spokój, ale nie wszyscy tak mogą.
To odnosi się też do sławnego zarywania nocy - niektórzy nie śpią do czwartej i zakuwają, inni o czwartej wstają, a jeszcze inni nie nadają się ani do jednego, ani do drugiego. Oczywiście, najlepiej w ogóle nie zarywać nocy, ale pewnie któregoś dnia się o to pokusisz - klucz to znajomość siebie. Ja się do zarywania nie nadaję i np. szybciej nauczę się na przerwach w szkole niż o pierwszej w nocy. Chociaż przyznaję, że raz wstałam o 5 i robiłam zadania na angielski. Raz jeden jedyny.

2. Nie marnuj czasu w szkole.
Jeśli dojeżdżasz i jesteś szybciej, to głupio marnować ten czas na głupoty, zrób zadania czy jeszcze się poucz. Nie powinnam do tego namawiać, ale tak samo wykorzystaj bezużyteczne lekcje, o ile oczywiście nauczyciel przymknie na to oko. Nie chcesz się narazić, ale jeśli na przyrce, religii, PP czy jeszcze czymś innym tylko patrzysz w ścianę, głupio to marnować.

3. Zrób dobre pierwsze wrażenie.
To jest największa zasada dobrego ucznia. Dobrym uczniom zawsze więcej uchodzi na sucho. A wiesz, jak najłatwiej zostać dobrym uczniem? Zrobić dobre pierwsze wrażenie. Zobaczysz, że to ci się opłaci.
I nie chodzi wcale o podlizywanie się, po prostu o staranie się. Wklejanie kserówek, zapisywanie wszystkiego, co trzeba, mówienie Dzień dobry, regularne uczenie się i robienie zadań domowych. Przynajmniej przez pierwszy miesiąc nie powinna ci się zdarzyć żadna wpadka, a potem na tej dobrej opinii możesz śmigać przez trzy lata. Bez kitu, robię to od podstawówki.

4. Nie musisz odzywać się w klasie.
Naprawdę. Jeśli czujesz, że cię to przerasta,  nie odzywaj się bez pytania. Przeżyjesz bez tych głupich plusów za aktywność, a na maturze i tak cię nikt o to, ile razy rzucałaś/łeś się do odpowiedzi na lekcji historii nie zapyta.

5. Znajdź coś, co cię relaksuje.
I mam tu na myśli coś totalnie nietwórczego, okropna strata czasu, ale cię wycisza i nie jest to przeglądanie fajesbuka i głupie filmiki na YouTubie, bo te raczej nie wyciszają.
Ja ostatnio hoduję wirtualne jednorożce i działa.
Nie żartuję.
To co prawda nie są moje jednorożce, ale BooCV to ostatnio szczyt mojej kreatywności i chciałam się podzielić.
(PS: mam to konto z siedem lat, więc tak, 3/4 wirtualnych koników ma imiona i przyrostki, których należałoby się wstydzić, ale pfff)

6. Wybierz swoje priorytety.
Niekoniecznie od razu związane z kierunkiem, jaki masz zamiar studiować, bo może jeszcze nie masz pojęcia. Po prostu chodzi o to, że czasem fizycznie będzie trzeba coś olać albo do czegoś przyłożyć mniejszą wagę. Wybierz swój priorytet. Podpowiedź: niezależnie od profilu, planów i zdolności, wybierz matematykę.
W ogóle warto już od pierwszej klasy oglądać wymagania na jakieś potencjalnie interesujące cię kierunki. Tak tylko dla stworzenia pewnego obrazu.

7. Nie bój się odpuścić.
Jeśli nie czujesz się na siłach, weź dzień wolny. Jeśli nie dajesz rady, zawal jeden sprawdzian. Świat się nie skończy, a tobie będzie lepiej. To ważne, aby zawsze znać swoje możliwości.

8. Olej czerwony pasek.
Od początku w ogóle edukacji trzeba było te paski olewać, ale uwierz mi - to nigdy nie jest Jeszcze jeden rok. U mnie to jest Jeszcze ten jeden raz już od sześciu lat. Gdybym odpuściła kiedyś wcześniej, teraz nie robiłoby mi żadnej różnicy czy mam, czy nie mam. A teraz to - ODPUŚCIĆ TEN JEDEN, OSTATNI RAZ? I wierzcie, chciałabym. Ale OSTATNI RAZ?!
Więc zrób sobie przysługę i nie spinaj się z paskiem, który w pewnym momencie nie jest wyróżnieniem, a narzędziem opresji. Liczy się i tak tylko matura.

9. Wiedz, czego od ciebie wymagają.
Jak napisać wypracowanie na egzaminie z danego przedmiotu, czego od ciebie wymagają w danym typie zadania, jak co jest punktowane. Ostatecznie trzeba umieć ten cholerny egzamin zaliczyć.
Znaj kartę wzorów i kontroluj, czego w niej nie ma (błędów bezwzględnych/względnych, trójkąty 30 60 i wielu innych rzeczy), więc nie trać czasu na uczenie się na pamięć tego, co masz podane na tacy. Kup sobie taki kalkulator, który możesz wnieść na maturę i korzystaj z niego. Jeśli będzie dobry, wytrzyma i zabierzesz go jeszcze na egzamin. Nie ma sensu korzystać z bardziej rozbudowanych, bo potem poczujesz się bez pewnych opcji jak bez ręki, ani z mniej rozbudowanych, bo marnujesz czas na robienie pewnych rzeczy na piechotę. Ja mam jakiś do księgowości, bo dość ciężko w gruncie rzeczy taki kalkulator upolować, więc rozejrzyj się odpowiednio wcześnie.
Dowiedz się, na ile musisz porozwijać zagadnienia w zadaniach na ustnej z języka. Jedno zdanie nie przechodzi.
W ogóle ostatnio nasza anglistka powiedziała nam, że za sformułowanie "sth has advantages and disadvantages" w rozprawce jest wręcz ODEJMOWANY jeden punkt. Podobno tłumaczeniem jest "banalność formy" i w gruncie rzeczy pewnie niewiele osób o tym wie. Więc warto mieć w rękawie jakąś ciekawszą formułką, bo głupio tracić punkt na takiej niewiedzy.
W ogóle w kwestii angielskiego czy innych języków to warto mieć w rękawie takie rzeczy, jak sztuka Szekspira, jakiś ciekawy naukowiec, krótki przepis, w którym jest jakieś ciekawe słownictwo i wynalazek, a poza tym tuż przed maturą warto przejrzeć ostatnie katastrofy naturalne. Znaczy podobno, tak mi mówią, ja jeszcze przed maturą. Tak czy siak uczenie się formuł i dialogów na pamięć to nie oszustwo, tak się uczy języka.
Ach, a na polski, jeśli chcesz wykorzystać film, to należałoby znać reżysera. Dlatego ja wszędzie wpycham Gwiezdne wojny, bo nie znam reżyserów. Warto o tym pamiętać, bo nie zawsze tekst kultury jest dowolny.

10. Czytaj lektury.
W gimnazjum przeczytałam wszystkie lektury poza Krzyżakami, a liceum to jedna wielka klęska za klęską. I żałuję. Czytajcie lektury, życie wtedy jest prostsze i o wiele mniej stresujące.

11. Nie bój się rozbudowanych działań na matmie.
W 99% przypadków (mam na myśli oczywiście podstawę, liczę, że matfizy żadnych równań się nie boją) jest taki duży, bo ma cię nastraszyć, a w rzeczywistości pięknie się skraca. Jeśli się bać, to króciutkich, bo tam zawsze trzeba wszystko na piechotę.
A najlepiej w ogóle się nie bój, maturę i tak da się zdać na podstawianiu do wzorów z karty (tylko trzeba umieć to robić, a potem wyliczyć). Matma jest jak najbardziej do ujarzmienia, tylko trzeba walczyć, jak to powtarza moja korepetytorka (mówi też ale siara i wstyd, Ala, wstyd). Poza tym przydaje się spokój, uporządkowane działania i metodyczność.

12. Nie wstydź się bycia człowiekiem.
Wiecie, co mi się przydarzyło na chemii kiedyś? Na kartkówce z kwasów coś mi się zaćmiło i w każdym jednym wzorze zamieniłam miejscami H i C. Naprawdę. Oczywiście wpadłam w panikę na początku, ale od razu po dzwonku podeszłam do nauczycielki i powiedziałam, co się stało i poprosiłam o możliwość poprawy. Kartkówkę napisałam jeszcze raz i nie dostałam oceny za tę pierwszą.
Albo zaproponuj, że być może konieczność zaliczenia czegoś można sobie wymienić na coś innego, jakąś dodatkową pracę. Oczywiście to zadziała raczej w niematuralnych przedmiotach, ale jeśli się nie wyrabiasz - możesz spytać. Ja tak zrobiłam z informatyką w pierwszej klasie, a nauczycielka nawet odetchnęła z ulgą. Zaliczanie informatyki to dramat organizacyjny. Ostatnio też ktoś rzucił propozycją, żebyśmy recytowali wiersz zamiast pisać sprawdzian z rosyjskiego. Przeszło. (Ja i tak muszę pisać sprawdzian, a teraz doszedł mi wiersz, więc żadna łaska, ale pewnie ktoś się ucieszył).
Nauczyciele to też ludzie i nie wszyscy czyhają na twój błąd. O ile oczywiście nie będziesz tego nadużywać, bardzo możliwe, że zrozumieją, jeśli będziesz mieć słabszy dzień. Musisz tylko się przełamać i porozmawiać, wytłumaczyć się. Czy to niesprawiedliwe? Dla wielu pewnie tak, ale korzystanie z czyjegoś zrozumienia nie powinno być czymś złym. Nikt nikomu nie broni przecież prosić.

13. Pakuj się wieczorem.
Naprawdę, ja dopiero w tym roku zaczęłam się pakować wieczorem, ale to rzeczywiście ułatwia życie. Niesamowite.

14. Wybieraj tematy, na które masz coś do powiedzenia.
Wbrew pozorom trudny, ale fascynujący temat, jest prostszy do zrealizowania niż pozornie prosty, o którym nie wiadomo co mówić. Dlatego przy najważniejszych wynalazkach daję sobie spokój z kołami i żarówkami, a mówię o monokrysztale, a na projekt z geografii wybrałam wygląd fashion dolls w zależności od regionu, do którego są kierowane. Teraz również wybrałam na historię projekt, który mnie interesuje i nie mogę doczekać się, kiedy będę mogła do niego przysiąść. Serio, czerp z takich zadań jak najwięcej przyjemności, nie ma sensu dokładać sobie bólu.

15. Nie mów "nie wiem".
Nic tak nie drażni nauczycieli. Czasem lepiej strzelić gafę czy nie mówić nic niż powiedzieć "nie wiem" i to jeszcze tym okropnym, olewatorskim tonem. Właśnie na takiego olewacza portretuje cię to stwierdzenie. Niestety, ale naprawdę tak jest.

16. Poprawiaj oceny odpowiednio wcześniej.
Nie licz, że ktokolwiek się uśmiechnie, jeśli przyjdziesz z poprawą na dwa dni przed wystawieniem ocen. Zacznij zerkać na oceny co najmniej w maju i nie tyle poprawiaj stare, ile dbaj o nowe, żeby były co najmniej takie, jaką chcesz na koniec. Być może nie będzie trzeba niczego poprawiać.
Poza tym warto zainteresować się jakimiś prezentacjami i pracami pisemnymi na dodatkową ocenę, żeby wyrównać wpadkę. Ale ponownie - nie w czerwcu!

17. Szanuj innych ludzi.
Po prostu. Kolegów i koleżanki z klasy, spoza klasy, nauczycieli i pracowników szkoły. Koledzy wysyłają ci notatki i mówią, co będzie na sprawdzianie, nauczyciele odpytują przy tablicy i często idą na rękę. Pracownicy szkoły pomagają szukać zgubionych rzeczy, podpowiadają, którą wersję lektury warto wypożyczyć i potem rozwiewają twoje wątpliwości w kwestii deklaracji maturalnej. Nie ma sensu robić sobie dookoła wrogów i kłócić się o wszystkie pierdoły. Czasem warto zacisnąć zęby. A zawsze warto kontrolować swój ton i słownictwo. Krzykiem niczego się nie załatwi, nigdy i nigdzie. Niestety, ale w szkole to ty jesteś na niższej pozycji, więc zawsze proś. I spełniaj prośby. To potem wraca i się przydaje, bo pamiętaj, że w szkole tak naprawdę najważniejsze są opinia i obraz, jaki zbudujesz na temat swojej osoby.

18. Używaj kolorowych pisaków.
Wiem, że się nie chce, ale to naprawdę pomaga w szybkiej powtórce. Od razu wiadomo, gdzie zwrócić wzrok. A jeśli jesteś wzrokowcem, to już w ogóle nie ma o czym mówić, kolorowe pisaki to twoi najlepsi przyjaciele.
Poza tym wklejaj kserówki. Przez cały rok. To naprawdę potem wraca i się przydaje.

19. Kup linijkę, która mieści ci się w piórniku.
Po prostu, żadnej filozofii. Warto mieć linijkę zawsze przy sobie, bo nie wiadomo, kiedy będzie potrzebna, a nie będziesz jej mieć, jeśli nie zmieści się w piórniku, nie łudź się. Podobnie z kalkulatorem, ale tu już są ważniejsze kwestie niż kompatybilność.

20. Dbaj o zaostrzony ołówek.
Ołówek przydaje się zawsze, ale któregoś dnia przychodzi rysować wykres, a tu zoink, masz ogryzek a nie ołówek. Z zaostrzonym pracuje się milion razy lepiej. Ja mam teraz super elektryczną temperówkę i wszystko mam zawsze zaostrzone, bo korzystanie z niej to czysta przyjemność. Polecam.

21. Nie kupuj podręczników z wyprzedzeniem.
Połowa i tak ci nie będzie potrzebna, językowe zamówisz w szkole, a w ogóle to drugie części potrzebne są na za kilka miesięcy. Wstrzymaj się z kupnem ten pierwszy tydzień szkoły, nikt cię za to nie ukaże, a nie wydasz pieniędzy w błoto.
Drugie części kup z wyprzedzeniem jednak, bo za ich brak jednak ktoś się może zdenerwować. Ale niekoniecznie we wrześniu. Wrzesień i tak niesie wystarczająco dużo wydatków, a książki są horrendalnie wręcz drogie.

22. Korzystaj z możliwości, jakie daje ci szkoła.
Dodatkowe zajęcia? Za darmo? Widzicie, jak głupio brzmi niekorzystanie z nich. Tak właśnie wylądowałam na maturze z rosyjskiego. Po prostu - dwie godziny w tygodniu dodatkowych lekcji w trzyosobowej grupce. Za darmo. A języki to jedna z moich pasji, więc poleciałam bardzo chętnie na ten układ, mimo że nie miałam pojęcia, czy będę potrzebować tej matury czy nie.
Tak samo wszelkie wyrównawcze i inne pogotowia - jeśli potrzebujesz, to dlaczego je omijasz?
Warto korzystać z zastępstw i wymieniania wychowawczej czy innego durnego zapychacza czasu na coś, co naprawdę może się przydać. Robicie to tylko dla siebie i to wam powinno zależeć. Matmy na podstawie jest tyle, co kot napłakał, a raczej tyle, co wfu, każde zastępstwo i inną możliwość naprawdę warto brać z otwartymi ramionami.
Poza tym, jeśli masz ochotę, zaangażuj się we wszelką aktywność pozalekcyjną. Jeśli nie zadbasz o to w pierwszej klasie, to nigdy nie zadbasz. Nie czekaj aż "poznasz szkołę". Po prostu korzystaj, jeśli masz ochotę. Łap okazje.

23. Jeśli możesz - rysuj linie falowane.
Nie powiedziałam krzywe, właśnie dlatego że chodzi mi o wszystkie sytuacje poza matematyką. Tabelki? Osie? Inne rzeczy, które wymagają linii prostych? Linijka nie mieści się w piórniku, więc jej nie masz, a twoja ręka ma, ale trzęsawki? Czujesz krople potu na czole? Nie martw się.
Nie rysuj prostej linii, tylko właśnie falowaną. Tak nie widać, że jest krzywa, a do tego ładnie wygląda i wszystko jest schludne.

24. Prowadź ładny zeszyt.
Naklejki, pisaki, ładne okładki, czego ci trzeba, żeby przyjemnie korzystało ci się z twojego zeszytu. Ja mam w tym roku naklejki z kotkami i pieskami w rakietach. Nie żartuję. Są śliczne.
Ładny zeszyt to naprawdę połowa sukcesu w nauce. No, 1/4.

25. Zaopatrz się w planer.
Taki planer, jaki ci jest potrzebny, zwykły kalendarz, planer z krwi i kości wielkości podręcznika czy, mój patent z gimnazjum, zeszyt z tabelką z przedmiotami, gdzie zapisujesz wszystkie zadania domowe i daty kartkówek itd., a jak zrobisz, wykreślasz. To był jeden z moich najlepszych pomysłów w życiu i serdecznie polecam.

26. Naucz się planu albo wydrukuj go 10 razy.
Ja się nie uczę planu. Mam lepsze rzeczy do zapamiętania, ale mam jeden w notatkach w telefonie, jeden obok biurka, jeden w planerze i jeszcze czyste w szufladzie, jakby trzeba było mieć więcej. Posiadanie planu pod ręką naprawdę sprawia, że funkcjonowanie w szkole jest prostsze i to żadna filozofia.
Zadbaj też o to, żeby plan był ładny. Głupio mieć plan, na którego widok się krzywisz z jakiegoś innego powodu niż liczba lekcji.

27. Korzystaj z pomocy naukowych.
Skrypty, opracowania i, na Boga, SŁOWNIKI. Nie wiem, jak można uczyć się języka bez fizycznego słownika, tylko z translatorem Google. Tanie słowniki kupuję zazwyczaj w namiotach na targach książki, płacę grosze, a PRZYDAJĄ SIĘ. Poza tym w cenie są wszelkie opracowania lektur ze streszczeniami i warto mieć więcej niż jedno. I może jeszcze repetytoria, gdzie zadania są rozwiązane, a nie tylko podane suche odpowiedzi.
Jeśli masz za dużo pieniędzy i piszesz rozszerzenie z języka, niegłupim zakupem będzie słownik angielsko-angielski czy jaki tam język. Dlaczego? To prosta sprawa: języki nie działają w przełożeniu jeden do jednego. Dlatego w szkole językowej podadzą ci do ręki nie słownik francusko-polski, tylko francusko-francuski. A jeśli nie, to zmień szkołę językową.


Wow, wyszło więcej, niż planowałam. To tyle na dzisiaj. Część to banały, część mam nadzieję, że nie. Dajcie znać, czy coś wam się spodobało i dorzucajcie swoje pomysły. A ja, jeśli uzbieram odpowiednio dużo nowych złotych myśli, zrobię drugą część.



16 komentarzy:

  1. Ja osobiście polecam siedzenie w pierwszej ławce przed nauczycielem, serio. Nie umiem tego ładnie ująć w słowa, ale poczucie dostawania większej ilości uwagi motywuje do pracy, przynajmniej mnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja zawsze staram się siedzieć w drugiej :).
      Ale to kwestia na tyle indywidualna, że nie wiem, czy jakiekolwiek radzenie ma większy sens. Niektórzy lepiej czują się niewidzialni.

      Usuń
  2. Co do punktu 11. ― jejku, jak się zgadzam. Te długie działania zawsze były dla mnie prostsze - chyba dlatego że zawsze wtedy bardziej uważałam. Te krótkie olewałam i traciłam po kilka punktów na złych potęgach (cztery do potęgi drugiej i trzy za banalny sprawdzian mi się śni do tej pory po nocach). Odtąd te proste sprawdzam na kalkulatorze ― tak, liczę na kalkulatorze ile jest sześć razy siedem, ale równania z bezwzględnymi robię w pamięci #rozszerzonamatma.

    Ciekawi mnie, jaki masz projekt na historię ― ja przez całe życie robiłam o jednym i tym samym ― Habsburgach w XIX wieku i po kilku latach umiem wyrecytować ich wszystkich z datami urodzin i śmierci XD.

    Dobre relacje z woźnym mogą uratować życie ― zwłaszcza jak się jest zapominalską bubą jak ja.

    A co do linijek polecam takie, które są wyginające ― przynajmniej jest pewność, że je się nie złamie. Serio, warto wydać pięć złotych za jednym razem, by nie wydawać średnio raz w miesiącu złotówki za nową linijkę (albo tylko ja łamałam linijki często).

    O ja zawsze kupowałam drugie części już we wrześniu ― z dość prozaicznej przyczyny. W pewnym momencie w księgarniach kończą się książki, podręczniki. I zamawianie ich przez internet to często kilkukrotny koszt, jaki ponosi się we wrześniu. Zwłaszcza że wrzesień to straszny okres wyprzedaży w matrasach, empikach etc.

    Pamiętam, jak mi na początku liceum powiedziano, że w gimnazjum to gdy nie było matmy to się wszyscy cieszyli, a w liceum jest odwrotnie. Każdy płacze. I to straszna prawda, matmę trzeba doceniać bardzo ― osobiście sądzę, że polski bez lekcji jakoś da się ogarnąć, matmę ktoś jednak chyba musi wytłumaczyć :/

    O jejku, jaki fajny post. Zawsze nienawidziłam mojej szkoły, ale uczyć się lubiłam i uwazałam, że to piekielnie przydatne. Bardzo podobał mi się post, przypomniały aż mi się te wszystkie zenujące sytuacje ze szkoły <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie znam dalej tabliczki mnożenia, więc sześć razy siedem na kalkulatorze to żaden wstyd :P.

      To projekt, który ma mi dać sześć na koniec roki, więc robię strój historyczny w skali (znaczy się, lalkę z epoki, ale tak tego nie nazwę oficjalnie). Proponowałam jakiegoś szlachcica, a nauczyciel wybrał gejszę, no cóż. Ale spoko, jak gejsze, to nawet o mejkap się pokuszę.

      Nigdy nie złamałam linijki, ale mam absurdalnie krótki piórnik, więc pierwszą lepszą, która była wystarczająco krótka, wzięłam z pocałowaniem ręki. I do tego trafiła się niebieska!

      Ja zazwyczaj chodzę do księgarni specjalizujących się z podręcznikach i nie mam problemu. Problem jest raczej we wrześniu, kiedy wszyscy się rzucają i brakuje. Zabrakło mi tak ostatnio drugiej części z historii, ale nie narzekam, bo wydałabym prawie 70 złotych za dwie cienkie książeczki. Tragedia.

      Niektóre humany unikają matmy, jakby miało im to w czymś pomóc. No cóż. Wiesz co, z polskim jest ten problem, że opracowania i skrypty często są najeżone interpretacjami, które nie byłyby koniecznie uznane na maturze. Tak to jest z tym polskim, niestety, trochę komedia z tego egzaminu się robi.

      Cieszę się bardzo, że się podobało!

      Usuń
  3. Komentarz trochę nie po kolei :")

    Co do Talesa to zapewniam, że w tablicach jak najbardziej jest, a trójkąty 30-60-90-45 mój nauczyciel matematyki nazwał "gimnazjalną protezą trygonometrii" :D Ale w ogóle z tym punktem się zgadzam, nie ma sensu kuć na pamięć wszystkich twierdzeń i tożsamości, bo jest o wiele większe prawdopodobieństwo, że się pomylimy w stresie, pisząc z pamięci, niż przepisując z tablic. Ale jeśli ktoś ufa swoim umiejętnościom, to zapamiętanie niektórych rzeczy jednak przyspieszy obliczenia (np. wzory skróconego mnożenia).

    Ja też nie umiem odpuścić paska. Na początku 1 LO stwierdziłam, że pewnie nie będę go mieć bo to liceum, po czym nagle stwierdziłam że w sumie to chyba mam szanse, to czemu się nie postarać! No i teraz zostały mi ostatnie 2 świadectwa, i tak samo - głupio odpuścić tak na koniec :")

    Co do tego że nie musimy się odzywać, to akurat zależy od nauczyciela, bo np. moja nauczycielka polskiego w zeszłym roku (teraz już mnie, na szczęście, nie uczy) wystawiała na podstawie plusów oceny. Na zasadzie - 0 plusów = niedostateczny, 5 plusów = celujący. I niby to jedna 1 z polskiego, ale jednak jakoś tak nieprzyjemnie.

    Z czytaniem lektur nigdy problemu nie miałam, w dodatku żadna mnie jakoś szczególnie nie zanudziła. Nawet Krzyżacy mi się podobali :D Ale ja jestem ekstremalnym przypadkiem, większość książek, jakie czytałam w dzieciństwie, została wydana sporo przed moimi narodzinami, więc może jakoś przywykłam.

    Podpisuję się rękami i nogami pod matematyką. Jeśli myślisz, że ogarniasz wszystko na pierwszy sprawdzian, bo przeczytałeś podręcznik, to NIE. To tak nie działa (niestety).

    W ogóle świetny post, zbiera w sumie wszystko co ważne w jednym miejscu :D Do większości z tego w jakiśtam sposób się stosuję. Jeszcze nie zarwałam nocki, a cały miesiąc 2 klasy już za mną :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niech nazywa, jak chce, ale się przydaje i usprawnia rozwiązywanie zadań, szczególnie na podstawie, więc...? Raczej nie chodzi o to, żeby się popisać skillami z trygonometrii, tylko o to, żeby podać dobry wynik i dojść do niego najprostszą drogą. No ale to tylko moje podejście. Tales jest, przepraszam, to moja nieuwaga.
      Z wzorami to w ogóle jest tak, że jak się nie nauczysz, to ich w zadaniu nie zauważysz tak czy siak.
      Nie mówiłam, że nie przeczytałam Krzyżaków, bo mi się nie podobali czy zanudzili, w końcu przeczytałam Pana Tadeusza. Nie przeczytałam Krzyżaków, bo się nie wyrobiłam.

      Dziękuję :).

      Usuń
    2. W sumie tak. Ja po prostu te trójkąty już na tyle mocno pamiętam z gimnazjum, że nie czuję potrzeby posiadania ich w karcie wzorów. Ale to już zależy oczywiście od osoby.
      No i racja, zdecydowanie usprawnia rozwiązywanie zadań ^^

      A, to przepraszam za błędne założenie. Po prostu Krzyżacy zawsze są wymieniani jako "Ta Okropna Lektura Która Powinna Zniknąć ze Spisu Lektur". :)

      Usuń
  4. Powiem Ci, że z lekturami mam tak samo. W gimnazjum przeczytałam dosłownie wszystkie a odkąd jestem w liceum to to jest jakaś porażka. A to nudne, a to za mało czasu, a do maturki mało czasu i teraz strasznie żałuję że ich nie czytałam - teraz już tego nie nadrobię :/
    Zupełnie się z Tobą zgadzam jeśli chodzi o notatki - zdecydowanie łatwiej mi się uczyć historii gdzie zeszyt jest kolorowy, informacje podkreślone itp niż polskiego do kategorii zeszyt jest po to żeby był (serio, chyba żaden mój zeszyt nie jest tak niezadbany, nie to, żebym miała ich jakoś dużo ;) )
    Serdecznie pozdrawiam z ponad "Procesu"

    OdpowiedzUsuń
  5. Jakby post mi dedykowany :')
    Właśnie zaczęłam pierwszą klasę liceum i wiele rzeczy stosuję, a wiele z rad wydaje się bardzo przydatnych.
    Od gimnazjum korzystam z kalendarza, który zawsze zabieram do szkoły i nie wyobrażam sobie teraz bez niego funkcjonowania, bo to jedno miejsce, gdzie mam wszystkie terminy kartkówek, klasówek, prezentacji i innych tego typu rzeczy. Super sprawa. Nad tablicą zawsze wieszam też ,,rozkład na kolejny tydzień", który tworzę w piątek. Wszystkie nadchodzące ,,atrakcje" w postaci sprawdzianów czy projektów, wszystkie zadane rzeczy. I odhaczam z listy.
    Piękne zeszyty! Tak, tak, tak!
    Matko, ja uwielbiam piękne zeszyty. I na zewnątrz (to moja ogromna słabość, serio. Wydaję fortunę na śliczne notatniki, mam ich całą szafkę i się nimi zachwycam. Ale są tego warte), i wewnątrz. Nie zawsze udaje mi się prowadzić schludne notatki, tym bardziej, gdy trzeba szybko zapisać informacje i jest dużo skreśleń, ale staram się, bo lubię mieć zadbane zeszyty. No i kolory. Dużo kolorów. Zakreślacze, flamastry i cienkoposy to moi najlepsi przyjaciele w roku szkolnym.
    Przed prawie każdym sprawdzianem robię sobie duże, bardzo kolorowe notatki. Uczę się zapisując. Gromadzę informacje w jednym miejscu, wszystkie najważniejsze. Czasem nawet tworzę mini komiksy z patyczakami, bo nie chce mi się szczegółowo pisać, a podpisanie małego traktatu wersalskiego przez wszystkich, poza Niemcami, całkiem nieźle kwituje xD i parę patyczaków reprezentujących państwa. Już nawet w trakcie samego zapisywania zapamiętuję. Więc fajna sprawa, serio. Tym bardziej, że zdecydowanie jestem wzrokowcem. Nie dla każdego to działa, dla mnie jak najbardziej tak.
    Ja akurat kserówek nie wklejam, tylko chowam do segregatora :) A te, które są potrzebne na bieżące lekcje noszę w lekko postrzępionej teczce, która zawsze jest w plecaku. Lekka i nic się nie gnie.
    Nie mam linijki w piórniku. W sumie pewnie by się przydała.
    Ja akurat lektury czytam i czytałam zawsze, chyba nie ma takiej, której bym nie skończyła. Tym bardziej, że w gimnazjum na przykład trafiały mi się świetne (,,Władca much", ,,Buszujący w zbożu", ,,Folwark zwierzęcy", ach ♥) i w ogóle jestem głodna nowych czytelniczych doznań. A już w październiku będzie ,,Mistrz i Małgorzata" ♥
    Priorytety rzeczywiście są ważne. Wiem na przykład, że już skupiam się na polskim, historii, angielskim, mam też zamiar przykładać się do łaciny i filozofii chyba jako jedna z nielicznych (to jest takie ciekawe!). No i matmie, oczywiście, tym bardziej, że jakimś cudem wylądowałam w jednej z bardziej zaawansowanych grup (mamy w grupach podzielonych wedle zaawansowania właśnie). Co ja tam robię, help.
    Z tych niehumanistycznych postanowiłam przykładać się najbardziej na geografii, którą mam przez rok tylko, a którą akurat całkiem lubię (ciekawi mnie świat i nie narzekam na uczenie się mapy świata, chcę wiedzieć, co gdzie jest). Właśnie mam w planach poprzeglądać sobie strony kierunków, które ewentualnie by mnie interesowały, żeby chociaż orientacyjnie ogarnąć, które przedmioty najbardziej mi się przydadzą.
    Nie wszystko da się ogarnąć, czasem trzeba sobie odpuścić czy coś zawalić. Muszę to sobie powtarzać, bo mam skłonności do perfekcjonizmu. Nie potrafię odpuścić paska. Nie potrafię, bo zżera mnie ambicja. Staram się, nie umiem robić rzeczy byle jak. Korzystam garściami z zajęć, bo poszłam do fajnej szkoły (na razie przynajmniej jest spoko), zajęcia często są inspirujące, tylko korzystać. Nie umiem być olewcza. Jednak czasem nie da się inaczej, bo inaczej człowiek się wykończy i trzeba coś odpuścić. Powtarzam to sobie, żeby znowu nie wpaść w wir nadambicji i perfekcjonizmu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W tym roku nie zapisałam się na żadne zajęcia dodatkowe i aż mi dziwnie. Myślałam o kółku filozoficznym, w końcu nie poszłam. Mam po prostu tyle godzin (każdego dnia siedzę do czwartej, raz w tygodniu do wpół do piątej) i tyle roboty, że ledwo wyrabiam się już teraz. A jeszcze chcę rozwijać swoje pasje, częściej pisać, dużo czytać i zapisać się na jakieś zajęcia ruchowe, bo mój kręgosłup cierpi, a kondycja jest bardzo taka sobie.
      W październiku za to będę oprowadzać po mojej szkole i opowiadać obcym ludziom o jej historii. Budynek jest zabytkowy i przed nami było tu bardzo dużo funkcji i instytucji :) Fajnie, ciekawie. Planowane są też wyjścia do kina, teatru, jakieś wyjazdy i już zacieram rączki. Bo szkoła to nie tylko lekcje, to również właśnie tego typu rzeczy.
      Mam papierowe słowniki, właściwie z nich nie korzystam. Z powodzeniem za to używam internetowych, bo w internetach to nie tylko translatory, ale też wartościowe strony. Diki jest spoko, bardzo dużo słów, również takich slangowych, fikuśnych, przestarzałych i specjalistycznych. Pons oczywiście. Angielsko-angielskie też się niesamowicie przydają, a strona Word Hippo to ogromna skarbnica synonimów.
      Podpisuję się wszystkimi rękami i nogami pod wybieraniem tego, co nas interesuje. Na chemii mogliśmy wybierać dowolne tematy na prezentacje, byle dotyczyły czegoś związanego z przedmiotem i nauczycielka wręcz zachęcała nas do ,,humanistycznych" zagadnień i wybierania czegoś zgodnego z zainteresowaniami. Robię prezentację o historii mody i tkanin w XIX wieku od strony chemicznej i już się na nią cieszę. Z kolei w ostatniej pracy z polskiego na temat ,,Potęgi smaku" przywołałam film ,,Grand Budapest Hotel", który uwielbiam (widziałaś może?).
      Rady bardzo spoko, nie wszystkie może do mnie przemawiają, ale większość serio w punkt bardzo :)
      Pozdrawiam ciepło!
      P.

      PS: Musiałam podzielić komentarz na dwie części, bo jakiś długi wyszedł :'D

      Usuń
    2. Oczywiście, że znam diki, ale miałam tu na myśli głównie te drugie języki, poza angielskim, bo słowników angielskiego jest w brud, ale z innymi często może być problem, szczególnie jeśli nie ma dobrego odpowiednika danego słowa po angielsku, a raczej na pewno jest w tym języku docelowym. Z rosyjskim mam to co chwilę.

      Powodzenia w licealnej karierze :)

      Usuń
  6. 2. W pierwszej klasie WOS, EDB i PP były lekcjami, na których bezkarnie przeglądałam repetytorium do geografii, by czegoś tam się nauczyć na olimpiadę. Teraz prym wiedzie nauka na polskim, bo nauczycielka i tak wie, że jednocześnie ją słucham i jakąś tam wiedzę przyswajam.
    5. Ostatnio znowu zaczęłam grać w Howrse. Na szczęście moje stare konto nadal istnieje i w dalszym ciągu dobrze prosperuje. Poczucie, że mogę zarabiać miliony na sprzedaży owsa i zawodach, trochę wynagradza fakt, ze tylu pieniędzy nie będę mieć nigdy w życiu. Niby od 7 lat gram w tę grę, ale po raz pierwszy się tak zagapiłam, ze sprowadziłam bardzo dobrego wałacha do stanu śmierci. Jak dobrze, że miałam Puszkę Pandory, aby go ożywić.
    8. W podstawówce brak czerwonego paska był jak utrata życia, w gimnazjum wyluzowałam w tej kwestii, a w pierwszej klasie liceum zdałam się na los (a on okazał się dla mnie łaskawy). Świetnie jest tak żyć bez uczucia parcia, ze świadomością, że w tym roku i tak mi się nie uda, że matura jest ważniejsza niż to, czy z angielskiego miałam pięć lub cztery. I tak nie cierpię uwag, jakie czasami wygłasza mi rodzina względem mojego "spadku formy".
    13. To mi wychodziło w klasach 1-3 podstawówki, kiedy to mama czuwała nad moim plecakiem. Teraz ta sztuka mi się nie udaje, więc zazwyczaj zapominam długopisów/linijek/kalkulatora/ołówka.
    9. Pamiętam, jak ostatnio na korkach z angielskiego z korepetytorka prowadziłam rozmowę maturalną na temat szkoły. Coś tam dukałam, dopóki nie zadała pytania o to, czy obecna szkoła jest gorsza od tej z dawnych lat. Dopiero wtedy coś się we mnie odblokowało i zaczęłam gadać o jakiejś nauczycielce, na temat której kiedyś czytałam artykuł. Warto wychodzić poza to, co jest "minimum", i odkrywać pewne aspekty społeczne.
    25. Świetna rzecz. Szkoda, że podpatrzyłam to dopiero u znajomej w gimnazjum, ale lepiej późno niż wcale. W końcu nie zapominam o kartkówkach, pracach i tym podobnych rzeczach.
    27. Wielki słownik z angielskiego znalazłam na bibliotecznej półce "Uwolnij książkę!" (warto ja przeglądać, bo czasami można odnaleźć na niej prawdziwe perełki). Opracowania lektur dostałam po kimś. Mój nauczyciel angielskiego nieznane nam słowa zawsze tłumaczy nam po angielsku i to jest naprawdę świetne!

    Pozdrawiam
    melancholia borsuka

    OdpowiedzUsuń
  7. Bardzo zacny post :D
    Czy Ty, Alicjo, również nie masz dnia bez słowa "matura"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, ale to raczej ja nim rzucam na prawo i lewo :P. A jak ktoś wspomina, to zakrywam uszy, taka ze mnie hipokrytka.

      Usuń
  8. Dobry wieczór.
    Ja dopiero zaczęłam moje licealne życie zwane "najlepszym okresem w waszym życiu" (a ponoć studia są najlepsze). Aktualnie jestem bardzo zagubiona i zła, że wybrałam sobie tak trudną klasę w wymagającym liceum. Ponoć wystarczy się przyzwyczaić.
    Wezmę sobie twoje rady do serca, aby nie zwariować.
    Maturka ciężka sprawa.

    Buziaki 💋

    OdpowiedzUsuń

Proszę o zachowanie kultury słowa i nieprzeklinanie w komentarzach, a także szanowanie innego człowieka i mojej pracy - każdy przejaw hejtu czy opryskliwości będzie usuwany.
Proszę również, żebyś nie spamował i nie podpisywał się linkiem do swojego bloga. I tak nie zajrzę, chyba że odczuję potrzebę dowiedzenia się czegoś o Tobie. Ale wtedy sama znajdę link ;).
Z góry dziękuję :).