5 kultowych animacji, których nie lubię

By Alicja Kaczmarek - 8/15/2019

Są takie animacje, które wypada lubić. Po prostu. Wszyscy je lubią i tobie też wypada je lubić, nawet jeśli ze strony technicznej bardzo daleko im do ideału. W końcu twoje pokolenie z nimi dorastało!  Co jest z tobą nie tak?!

W słowach wielkiego Thana: Some dark shit.

Jest więc sporo takich animacji, które zyskały powszechną sympatię i enigmatyczny status kultowości, a do których nie wracam z przyjemnością. Oto najważniejsze z nich (minus te, na które chcę poświęcić osobne wpisy, bo wymaga tego ode mnie sumienie).

Król Lew


Zaczniemy z grubej rury. Nie lubię Króla lwa. Nie dorastałam z nim, nie spędziłam z nim dzieciństwa, a gdy go wreszcie nadrobiłam - już jako nastolatka - zupełnie nie miałam pojęcia, co ludzie w tym widzą. Mój problem z Królem lwem jest bardzo prosty - jest za krótki. Za dużo się w nim dzieje, jest wypchany po brzegi i w gruncie rzeczy z Timonem i Pumbą spędzamy jakieś dwie minuty. I jeszcze jedno - tak, powiem to - nie lubię piosenek. Jedyne utwory, które faktycznie ze mną zostały to Be Prepared i może Circle of Life. Koniec.

Och, i najgorsze. Król lew mnie w ogóle nie śmieszy. A jak słucham Hakuna Matata, to dostaję spazmów. Nie mam pojęcia, czemu tych wszystkich dorosłych ludzi tak bardzo bawi żart o tym, że guziec ma gazy. Żart rozciągnięty na jakieś dwie minuty. Lepiej od razu sobie strzelić w łeb.

Wiem, że się powtarzam, ale czasem trzeba!

Tarzan


Mój problem z Tarzanem jest taki sam - ja z reguły nie lubię filmów, które usiłują mi streścić całe życie bohatera, i jak w Królu lwie ma to swoje podłoże w kręgu życia, tak Tarzan jest po prostu przeładowany i nie lubię jego tempa.

Muzyki też nie lubię, ale ja nigdy nie byłam wielką fanką Phila Collinsa. (Two Worlds to tragiczna piosenka, tak btw, nie zmienię zdania).

Mój największy problem z Tarzanem jest taki, że nic ze mną nie zostaje po seansie, ani krztyny przemyślenia i ani odrobiny emocji. Tarzan po prostu jest, a w dodatku jego byt jest... dość osobliwy. Czy to jest normalna historia? Nie bardzo. Finałowa scena zawsze wydaje mi się strasznie paskudna, ale może jestem za bardzo przywiązana do cywilizacji. Problem tkwi też w tym, że Tarzan, jako postać, nie ma swojego wątku. Jego nauka ludzkich zwyczajów zajmuje jedną piosenkę, więc postacią, która przechodzi tutaj przemianę, jest Jane. Jasne, Tarzan szuka swojego miejsca w świecie, ale moim zdaniem zakończenie jest po prostu strasznie, tragicznie niewiarygodne. Wątek Jane jest chyba pisany na kolanie. To są absolutnie dwie różne postaci, a środek, który ma je łączyć, nie bardzo mnie kupuje.

No ale czego się nie robi, żeby zaliczyć jakiegoś małpiszona, co nie.

Coco


Jak widzę te powszechne zachwyty wobec Coco to dostaję spazmów. To nie jest przesada. Jeszcze nie znalazłam osoby, która podzielałaby moje zdanie, ale nadal mam nadzieję. Może wśród was ktoś się znajdzie... Uwaga, troszkę spoileruję, o ile można zaspoilerować najbardziej przewidywalny film stulecia.

Uważam, że Coco jest źle napisany i sztucznie rozciągnięty, byle tylko dobić do tych 90 minut. Będę tej opinii bronić jak niepodległości. To jest taki przestarzały rodzaj animacji przygodowej, gdzie rzuca się bohaterom nikogo nieinteresujące kłody pod nogi, byle tylko ich odrzucić jak najdalej od celu, że aż się chce krzyczeć. To nie jest dobrze napisana przygoda, a po wycięciu ogromnych segmentów ze środka, tak naprawdę sama istota filmu na niczym by nie traciła - dziękuję za zmarnowanie czasu.

Wszystkie plot twisty są tragicznie przewidywalne. Ale co mnie najbardziej, najbardziej drażni, to powszechnie uwielbienie dla zakończenia. Może nie mam serca, ale wywracałam na nim oczami. Miałam ochotę złapać Miguela za ramiona, potrząsnąć nim i krzyczeć "no śpiewaj wreszcie!". Ta scena mogłaby być dwa razy krótsza, ale nie jest, bo służy tylko temu, żeby bestialsko i sztucznie wyciskać z nas łzy.

Ja ryczę na każdym filmie. Od Zemsy Sithów po Kubusia i Hefalumpy, każdy gniot wyciska ze mnie łzy. Nawet Marsz pingwinów opuściłam zapłakana, po prostu wszystko. Poza Coco. Podobno najbardziej wzruszający film Pixara. Dla mnie najbardziej bezduszny, symbol rzucającej cień wielkiej korporacji, która nam monopolizuję rozrywkę.

No i tak. Nie lubię Coco.

Herkules


Ten film robi ze mnie idiotę. Podziurawiony, niewiedzący, co do cholery chce powiedzieć i do tego kreska jest tak brzydka!

Dlaczego, dlaczego to w ogóle powstało?

Znaczy, wiem. Fascynuje mnie, że za nowości ten film się nie sprzedał, a teraz wszyscy tak go kochają. To jest dziwne.

Mimo że bardzo lubię większość piosenek, żadna z postaci nie wzbudza żadnych moich uczuć, nawet nie jestem w stanie polubić uwielbianego Hadesa. Być może w innym filmie.

Ale moja płachta na byka, to ta walka finałowa, która ma problem z nastrojem, z porządkiem scen, z logiką i w ogóle ma same problemy. Szkoda tylko Megary, bo to dobra postać, która zasługuje na dużo lepszy film.

Dumbo


Oj, jak ja nie trawię tego filmu. I to nie w taki sposób, jak Pinokia czy Księgi Dżungli, nie. Ja Dumbo nie trawię, bo nie ma sensu.

Jak można robić film o latającym słoniu, który kończy się w momencie, kiedy słoń uczy się latać? Gdzie tu sens, gdzie logika i gdzie latający słoń?

To jest trochę poza moim pojmowaniem i zupełnie nie łykam, że to nie jest film o latającym słoniu, tylko o prześladowaniu i tak dalej. No nie wiem. Jumbo wraca do cyrku, przecież, czy to taki dobry morał? No i, trzymajcie mnie, ale jak Boga kocham - co stoi na przeszkodzie, żeby był to film o rodzinie, prześladowaniu i do tego o latającym słoniu?

A tak jest o niczym i mam na niego alergię. Przynajmniej mamy Baby Mine.


  • Share:

You Might Also Like

1 komentarze

  1. A ja lubię króla lwa, ale bardziej 2 niż 1, #niepopularnaopinia.
    Tarzan jest całkiem uroczy, ale faktycznie nie zapada w pamięć.
    Co do Coco, to film podobał mi się i wycisnął ze mnie łzy podczas seansu w kinie, ale jak oglądałam go po raz drugi z chłopakiem w domu to strogo mnie rozczarował. Nudny, przydługi i jakiś taki niepotrzebny.
    BOZE, ZGADZAM SIĘ Z OPNIĄ O HERKULESIE W 100%. Jest beznadziejny, bohaterowie nie dają się lubić, fabuła nudzi,a piosenki są meh. W dodatku kreska jest ohydna. Team wersja Herkulesa dodawana do jakiś płatków czy coś, kompletnie nonameowa. Ostatnio obejrzałam sobie po 15 latach i piosenki nadal mi się podobały, i mimo prostej jak drut fabuły na prawdę dało się to oglądać z przyejmnością. Mój brat, który bardzo łatwo się nudzi i nie ma do tej wersji, w przeciwieństwie do mnie, żadnej nostalgii, oglądał z zainteresowaniem od początku do końca.
    A Dumbo nie oglądałam i wcale mnie nie ciągnie.
    Czekam na parę słów o Pinokiu, bo ja serdecznie nie znoszę tej historii i chętnie poznam twoje zdanie.

    OdpowiedzUsuń

Szanujmy się nawzajem.