Wszystko, o czym wam w tym roku nie napisałam... [1]

By Alicja Kaczmarek - 12/27/2018


Uwaga, oto prawie (nie pamiętam, o czym nie pamiętam) kompletna lista wszystkich rzeczy, o których chciałam coś napisać, ale tego nie napisałam, bo miałam problem z pisaniem na blogu.

Kolejność absolutnie, zupełnie, kompletnie losowa, niepodyktowana totalnie niczym.

Super istotna sprawa, czyli miejmy to z głowy.

Duma i uprzedzenie


Przeczytałam Dumę i uprzedzenie! W  k o ń c u. Była to naprawdę spoko lektura (wszyscy hobbystyczni literaturoznawcy właśnie dostali zawału), przyznam, że faktycznie ciężko się oderwać, aczkolwiek do końcu życia będę opowiadać żarty o scenie, kiedy Elizabeth przybywa na włości Darcy'ego, widzi, że ma dużą i fajną chatę, i nagle ma ochotę go poślubić. Klasyk. Teraz czas na obejrzenie każdej możliwej ekranizacji, zaczynając od tej z zombie, bo jestem takim przewrotnym charakterem (i kocham Lily James).

Romanse kiedyś były takie proste. Pogadasz z gościem trzy razy, a wszyscy już obstawiają, że za dwa tygodnie się będzie oświadczał. Pisanie romansów było jeszcze prostsze.

W każdym razie moja ulubiona postać to pan Bennett. Niestety, tak się widzę już za nie tak długo.

Co Jane Austen powinnam przeczytać teraz?


Różaniec


Spektakularna, niesamowita, wgniatająca mózg lektura, czerpiąca całymi garściami z najlepszych (Zajdla), która zadziwia i zostawia z kacem. Przyznam otwarcie, że przez pierwszą część ciężko było się przemęczyć, ale było bardzo warto. Kosik doskonale potrafi zbudować powieść, nie zarzucając czytelnika niepotrzebnymi śmieciami po drodze. Marzyłoby mi się, żeby pisał częściej powieści dla dorosłych. Albo chociaż, żeby Felix, Net i Nika odzyskało swój dawny urok. No ale jeszcze nie przeczytałam najnowszej części (i nie wiem, kiedy to zrobię, mimo że ją posiadam), więc jestem pełna optymizmu.

W każdym razie: absolutna konieczność dla wszystkich fanów gatunku i doskonała pozycja dla wszystkich sceptyków. Dziękuję Bogu za inteligentne sci-fi. Najlepszy gatunek czegokolwiek.


Miecz Lata


Ta książka leżała u mnie na półce od czasu swojej premiery na Targach Książki w Krakowie w 2015 roku. Niestety, nie umiałam się za nią zabrać, bo nadal mam bardzo przykre wspomnienia po Krwi Olimpu (dlaczego, Riordan, dlaczego??), ale w przypływie nostalgii, zabrałam ją ze sobą na lato, bo swego czasu przecież Percy Jackson był najlepszym, co mnie spotkało w życiu.

No i pytanie po lekturze: czy mogę się pogodzić z tym przeogromnym uniwersum, które porzuciłam, o, tak dawno temu? Percy i pochodne nawet przecież straciło swoją dedykowaną półkę, jak za dużo książek wyszło i niepełność kolekcji zaczęła mnie drażnić. Nie wiem, czy skończę trylogię Magnusa, bo mam lepsze rzeczy do czytania, ale przyznam się szczerze: bawiłam się nieźle. Oczywiście, wtórność Riordanowskich przygodówek pozostaje niezmienna, ale jeśli potrafi to rozegrać w sposób przyzwoity, jak tu (a nie okropny, straszliwy, beznadziejny, jak w Krwi Olimpu), to jak najbardziej można sobie zrobić powrót raz na cztery lata, prawda? Niestety, nie sądzę, abym mogła jeszcze kiedyś czytać Riordana w łazience po nocach (głównie dlatego że już jestem stara i mama mnie nie goni do spania, byłoby to trudne ze względu na ponad 400 km odległości), ale miło było znów być Tam, czyli w moim drugim najbezpieczniejszym uniwersum (tuż po Harrym Potterze). A faktem pozostaje, że Percy Jackson=sentyment. Tak więc było nieźle. Całkiem dobra odpowiedź na płonącą tragedię, jakim było wiadomo co.

Nie wiem, czy będę czytać Magnusa. Ale kupiłam Apolla (bo była okazja) i bardzo zamierzam sfinalizować swoją kolekcję Berłem Serapisa. Cóż poradzę. Sentyment to potężna siła.

I mam taki cieniutki promyczek nadziei, że jednak jest tylko lepiej później. I jeszcze kiedyś będę na bieżąco...


Tajemna historia


A z Jedną z najważniejszych powieści XX wieku mam już spory problem. Nie dlatego że jest zbyt głęboka albo za mało głęboka - nie interesuje mnie to zupełnie, szczerze mówiąc, i cała ta dyskusja jest kompletnie zbędna. Albo ci się podobało, albo ci się nie podobało. Tyle.

Dla mnie ta książka jest przede wszystkim zbyt długa. Jest bardzo wiele bardzo długich wątków, które ostatecznie nie są potrzebne, aby opowiedzieć, co mamy do powiedzenia. Cały wstęp przed dołączeniem do grupy uczącej się greki - zdecydowanie za długie i tylko oddala nas od, nie ukrywajmy, faktycznego początku historii. A zajmuje jakieś sto stron albo przynajmniej tak się to czuje. Kolejny długi fragment, który w sumie nie ma znaczenia - zima Richarda z dziurą w dachu. Jezu, jakie to było długie i nudne. Naprawdę, nie trzeba nam było aż takich szczegółów. To nie ma znaczenia.

Tajemna historia ma w ogóle mnóstwo takich malutkich scen, które niewiele znaczą. Nawet w kwestii budowy postaci mówią nam bardzo niewiele. Niezliczone ilości scen rozmów w samochodzie, praktycznie molestowanie Richarda przez Francisa (rozumiemy, jest gejem, wystarczy), cała ta dramatyczna lekcja o pięknie brzydoty (no dziena, takie to odkrywcze, że wszystkie nastolatki w internecie mają niemal niezdrową fiksację na temat turpizmu). Nie pamiętam więcej, bo czytałam to w maju. Pamiętam za to, że nie ma ani jednej sceny, kiedy Bunny recytuje słabą poezję. Ani jednej. Za to w scenie jego pogrzebu Richard mówi nam, że rzeczony trup "często recytował słabą poezję". Dlaczego tego po prostu nie widzimy? To było takie trudne do umieszczenie gdzieś po drodze? No kaman.

I szczerze mówiąc, opis trochę mnie wprowadził w błąd, bo ten jak-on-się-nazywał ich nauczyciel jawi się z tyłu okładki jako niemal ten ziomek ze Stowarzyszenia umarłych poetów, tymczasem ma jakieś pięć scen i daje nogę, jak tylko sprawy zaczynają się robić brzydkie.

Tak więc, jeśli chodzi o samą historie, to jest ogólnie dobra książka. Z niesamowitym klimatem, ciekawymi postaciami (nigdy nie zapomnę tej sceny z policjantem, w której nie ma nic podejrzanego, ale pomyślałam sobie "oglądam za dużo anime albo incest"... i miałam rację. To było ukoronowanie mojej kariery jako mangozjeba), dobrym plot twistem i mrocznym zakończeniem. Po prostu od strony technicznej mnie, krótko mówiąc, doprowadzała chwilami do szału.


The Dragon Prince


Aaron Ehasz (ten gość z każdej planszy kończącej Legendę Aanga) robił ten serial, oczywiście, że to obejrzałam.

Całe naraz.

Boże, to było takie odświeżające, obejrzeć kreskówkę, w której nie ma ani jednego fillera. Ani jednego! Jeśli fabuła zwalnia, to tylko po to, żeby pokazać nam bliżej postaci. Coś pięknego. A odcinki trwają przecież chyba 35 minut czy coś koło tego. Jak sobie to oglądacie jednocześnie z Sailor Moon (jak ja), to niesamowite doznanie.

Jedyne, czego nie rozumiem, to dlaczego ten sezon jest taki krótki. Przecież tak naprawdę historia zaczyna się dopiero w ostatnim odcinku. No ale niech będzie. Postaci są przecież świetne, historia wciągająca, świat przedstawiony świetny. Mamy zdecydowanie za mało smoków w popkulturze. Wymieńcie coś o klasycznych, high-fantasy smokach poza Eragonem i Jak wytresować smoka. Ciężko, oj, ciężko.

Jeśli chodzi o animację... Cóż, nie rozumie, dlaczego ona jest 3D, skoro stosuje się tricki i hacki z animacji 2D, postaci są zaprojektowane typowo pod 2D i do tego wyglądałaby po postu bardziej majestatycznie w 2D. Można by sobie poszaleć. 2D pozwala na więcej detali, zmianę kostiumów i w ogóle jest tańsze przy tego typu produkcji. Jeśli twoje postaci i tak mają nie mrugać i tracić płynność ruchów, to po prostu zrób je w 2D. To się źle ogląda. Można się przyzwyczaić. Ale wygląda źle.

Liczę na to, że drugi sezon będzie mieć większy budżet i ten aspekt techniczny zostanie poprawiony.

Czy polecam? Raczej tak. Zobaczymy, co z tego wyrośnie, ale jeśli macie ochotę na bezkompromisową przygodę na wysokich obrotach i bez chwili wytchnienia - nie ma aktualnie lepszego kandydata.

I liczę, że może być w sumie tylko lepiej.


Queer Eye


Wszyscy już dawno zdążyli się pozachwycać nowym Queer Eye, więc nie będę się tutaj za bardzo rozwodzić nad niczym szczególnie, bo inni zrobili to lepiej, poza tym że to jest doskonały program, który daje trochę miłości mężczyznom i zrywa z toksyczną męskością, wrzucając piątkę cudownych gejów w środek południowych Stanów. Doskonały program, naprawdę. Płacze się na nim nieprzyzwoicie często, jest bardzo ciepły, bardzo inclusive, jak to się mówi w internecie, a przy tym daje naprawdę dobre rady. Nie są to metamorfozy dla telewizji, bo nigdy nie są jakieś szczególnie radykalne. Osoba podająca się przemianie zawsze ma się czuć komfortowo ze sobą. To jest coś cudownego.

Jedyne moje zastrzeżenia to odcinek ze Skylarem. Tutaj chłopaki jednak nie do końca radzili sobie z ogarnięciem, dlaczego Skylar wygląda i żyje, tak jak wygląda i żyje. Szczególnie skracanie brody to był strzał w kolano. Jedno słowo: dysforia.

Poza tym: cudo i każdy z was powinien to jak najszybciej obejrzeć, zanim dostaniemy trzeci sezon (Boże, ile jeszcze będę czekać).


Brooklyn 99


Wreszcie nadrobiłam to arcydzieło.

Najlepszy serial ever. Nie ma w nim ani jednego słabego odcinka, ani jednej słabej postaci, ani jednego denerwującego wątku. Chyba nawet żadnego słabego żartu. Ewenement.

A do tego jest tak pięknie woke.

Nawet nie chce mi się rozpisywać, bo nie mam na co narzekać. Jeśli jeszcze nie oglądałeś, to wyłącz tego dennego bloga i idź oglądać.

A nie, sorry. Jake jest fanem Taylor Swift. Na to mogę narzekać. Okropny wybór.


Death Note


Miałam ogromną przyjemność obejrzeć po raz kolejny Death Note. Moja pamięć zaczęła zawodzić, więc całą drugą połowę oglądałam praktycznie po raz pierwszy.

I o kurczę, podtrzymuję nadal, że to arcydzieło. Szczególnie pod względem prowadzenia akcji. Jeden odcinek przecież składa się praktycznie wyłącznie z Raito (sorry, ale nie mogę mówić Light, jakoś mi to nie przechodzi przez gardło) idącego za kobietą chodnikiem i gorączkowo szukającego w głowie sposobu na powstrzymanie jej przed dojściem na posterunek. I to chyba najbardziej ekscytujący odcinek w historii telewizji!

Death Note bierze swoje dwadzieścia minut i wyciska z nich każdą sekundę.

Jeśli są jeszcze jacyś ludzie, którzy nigdy nie zaznajomili się z tym anime, to mają poważne braki w popkulturze.

Na koniec przynoszę wam jeszcze prawdę objawioną: dlaczego po wiadomo-jakim-wydarzeniu wydaje nam się (złudnie), że poziom spada?

Bo skala działań Kiry robi się zbyt duża i nasza perspektywa musi się przestawić z rozgrywki między umysłami na zupełnie nową rzeczywistość. Ot.


Auta 3


W końcu zapoznałam się z pieczęcią trylogii Auta naszego ulubionego i ostatnio mocno przereklamowanego studia Pixar. Cóż mam na ten temat do powiedzenia?

Film zupełnie nie zaskakuje, nie ma w sumie nic świeżego do opowiedzenia, nie jest na żadnej płaszczyźnie wybitny. Jest poprawny.

Ale przynajmniej nigdy nie udaje, w przeciwieństwie do, moim zdaniem, największej porażki Pixara, czyli Dobrego dinozaura.

Auta nigdy nie udawały, że są czymś więcej niż zabawą, trochę guilty pleasure, skokiem w bok od "ambitnych projektów". I nikt nigdy nie oczekiwał tego od nich. Miało być fajnie i było fajnie. Można się było pośmiać, można było się wzruszyć, kiedy trzeba było, było naprawdę okej. Czasem lepiej, czasem gorzej. Ogólnie okej. Oglądałam duuużo gorsze filmy w życiu.

Auta zawsze były fair wobec swojego odbiorcy i za to je lubię. Są filmy, które nie były fair (Dobry dinozaur) albo filmy, które miały pomysł na jedną scenę, a wszystkim tak odbiło na ich punkcie, że jak powiesz, że ci się nie podobało, to jesteś bez serca i się nie znasz (Coco).

Ale odbiegam od tematu. Ten film? Ten film był okej. Rozpłakałam się na koniec, dostałam, czego oczekiwałam, nie wynudziłam się. Wiesz, co dostaniesz i to dostajesz. Szczera wymiana.



Pozwoliłam sobie podzielić ten post na dwa, ponieważ mam w szkicach kilka innych postów-potworów, które chciałabym wrzucić niedługo i ich nie dzielić, więc wybaczcie, że dzielę ten. Uznałam, że to by było za dużo po prostu. Za kilka dni jeszcze ponad dziesięć rzeczy, o których się krócej lub dłużej rozpiszę. Ale na pewno jeszcze w tym roku :).

  • Share:

You Might Also Like

7 komentarze