Nigdy nie będę żyć z pisania, czyli minął rok

By Alicja Kaczmarek - 1/31/2018

Uwielbiam rocznice, pierwsza i ostatnie razy i wszystkie tego typu pierdoły.

A dzisiaj zbieramy się w uświęcony dzien będący pierwszą rocznicą Lamentu oceanu.

Zamiast robić kolejny płaczliwy post, których napisałam już setki, napiszę coś, co jestem winna wszystkim tym, którzy od x lat na każde święta życzą mi zostania pisarką.

Czyli dlaczego nigdy, przenigdy nie potrafiłabym życ z pisania?

Powiem wam, czego najbardziej nie znoszę. Stresu. A stres i ja to niestety nierozerwalne połączenie, nie umiem sie nie stresować. Stresuje mnie co prawda wszystko, ale najbardziej terminy i zobowiązania, i obowiązki.

I gdybym miała pisać według terminów? Byc może pod dyktando wydawcy? Pod dyktando trendów?

Bo życie z pisania jest trudne. Nie wyzyje sie z książki rocznie. Trzeba by je wypluwać z siebie jak maszyna. A ja nie jestem w stanie tak żyć. A poza tym na bank wiązałoby się to ze spadkiem jakości, a po prostu tego bym nie chciała.

Ja bardzo lubię ludzi, którzy żyją z tego, co kochają. Ale można kochać wiele rzeczy i to, co jest naszym najważniejszym hobby nie musi być koniecznie monetyzowane. Czasem sama radość z czegoś jest po protu wystarczająca. Nie każde hobby musi zamieniać się w pracę. Dlatego myślę, że tak dużo nastolatków ma problem ze zdecydowaniem, czym chciałoby się zajmować. Jak jeździsz na nartach, to nie musisz nagle być mistrzem świata, żeby robić to, co lubisz.

Jak lubisz pisać, to życie z tego nie musi być twoim największym marzeniem. Nie jest moim. Chcę pisać bez presji, bez terminów, bez szefów. Chcę wydawać, ale nie chcę, żeby od sprzedaży było uzależnione moje życie. Bo to by wypaczyło całe moje podejście do pisania.

I szczerze mówiąc, to wszystko dotarło do mnie zupełnie niedawno. I jakby zeszło ze mnie wtedy bardzo dużo powietrza. Mogę pisać, co chcę. Kiedy chcę. Jak chcę. Swoją przyszłość opieram o zupełnie inny zestaw umiejętności, choć tak samo nierozerwalnie związany ze słowem.

Jednak nie da się od tego uciec chyba :).


A więc minął długi i ciężki rok, odkąd powiedział do widzenia mojemu najważniejszemu dziecku. od tego czasu nie zrobiłam zbyt wiele, szczerze mówiąc (ale hej, jeszcze cztery miesiące i odżyję, słowo), ale ciągle myślę o tym, co mogę napisać dalej, co zrobić, w kogo tchnąć życie. Mam wiele pomysłów. Wiele doświadczam, obserwują i chcę to wykorzystać w moich pracach. I któraś w końcu pójdzie do druku i pewnie będę wtedy płakać.

Dzisiaj nie płaczę, dzisiaj jestem zmęczona i myślę o tonie rzeczy do zrobienia. Ale to nic. Bo napisanie tego krótkiego i prostego posta dało mi dużo radości i to jest najważniejsze. Tak jak dużo radości (i złości) dało mi pisanie syrenek. Mimo że za oba nikt mi nie płaci.

Powiem wam ekskluzywnie, że przez cały rok palcem nie tknęłam Lamentu. Leży wydrukowany na wieży i czeka, aż zbiorę sie w sobie na tyle, aby go przeczytać i wyciągnąć naukę z własnych błędów po czasie. A potem prawdopodobnie wezmę się za moje kolejne duże dziecko.

Tylko bardzo mnie drażni, kiedy nie mam od początku tytułu... za to prolog napisany z pięć lat temu? Dalej jedna z najlepszych rzeczy, które zrobiłam.

Trzymajcie kciuki, jak to mawiał generał Shang: jeszcze daleka droga przed nami.
Ale jak to mawiał Herkules: droga mi niestraszna!

A na koniec, najlepszy fragment tego postu, czyli pierwszy tekst, jaki samodzielnie napisałam na komputerze milion lat temu (zanim poszłam do szkoły). Enjoycie, bo zabawa jest przednia. Przy innej okazji pokażę wam moje opko o pegazach pisane różowym comic sansem.


  • Share:

You Might Also Like

6 komentarze