Ahoj, stolico!

By Alicja Kaczmarek - 5/27/2017

Ten post miał być milion lat temu, ale wiecznie coś, ech. 

W tym momencie nie mogę się doczekać Kartki z pamiętnika, bo mam mnóstwo do opowiedzenia, ale pewnie jak już do niej usiądę, to nie będę nic pamiętać.

No nieważne.

Ostatnio byłam w Warszawie, w sumie nawet nie wiem po co, bo ani Targi nie były jakieś wspaniale zachęcające, ani nic innego nie miałam tam do roboty, ale zawsze miło się wyrwać z rutyny.

A propos Warszawskich (i w sumie nie tylko) Targów Książki, to marzy mi się, żeby zaczęło się tam dziać coś nowego, jakieś urozmaicenie. W tym roku nawet płyta stadionu była pusta. Pusta! Kompletnie n-i-c. A można by to zagospodarować i zrobić tam chociaż głupią strefę autografów, bo jak ktoś możliwie najbardziej logistycznie postawił obok siebie Mroza i Bondę i wystawił do podpisywania o tej samej godzinie (wszyscy rozchwytywani autorzy są w tym samym czasie i tak, ech), to nie dało się przejść. Dosłownie. Jakiś koleś dmuchał mi w szyję przez dobre pół minuty, zanim udało mi się uciec z tego ambarasu. Okropność (szeroka strefa osobista here).

A nie, sorki, jednak coś było na płycie. To:
Nie widzicie? No tu:
Żarty na bok, bo popękamy ze śmiechu.

Ale fakt faktem, że chyba tną na Narodowym koszty. Dwa lata temu dostałam piękną plakietkę, w zeszłym roku identyfikator z wsadzoną kartką papieru, a w tym roku kazano i popylać z samą kartką. Nie narzekam, ale szkoda, bo ta plakietka była piękna (ale może to przez ten nieustający brak smyczy do nich).

Moje łupy z tego roku raczej skromne, ale pokażę, co mam nie pokazać. (Na focie tylko książki fabularne).
Z czego tak: Bandiego kupiłam za bezcen, a na książkę ostrzyłam sobie zęby (pewnie będzie jakaś recka), Lolitę już kiedyś próbowałam czytać, ale od trzech lat jestem w połowie - problemem może być fakt, że nie miałam na papierze, a czytnik nie do końca mój. Poza tym ta książka trochę mnie obrzydza. Ale to wydanie jest takie śliczne, że nie mogłam się oprzeć. W antykwariacie poza terenem targów znalazłam moją ulubioną część Pamiętnika księżniczki w oryginale i nie uchowało się moje sześć bidnych złotych. Ciekawa rzecz, zauważyłam, że jestem w stanie poznać tę część po dowolnym fragmencie. Zdecydowanie nie powód do dumy, tym bardziej jeśli po zobaczeniu "Thanksgiving" na pierwszej scenie, poczułam się zdecydowanie podekscytowana, bo OMG TO TA CZĘŚĆ!!11". Kim ja w ogóle jestem.
Kolejne trzy Christie, kiedyś to skompletuję, mówię wam. Kasacja i Zaginięcie z serii o Chyłce, ale aktualnie nie mam miejsca na kolejne tomy, więc chyba się zatrzymam. Wreszcie Sherlock Holmes z antykwariatu (tym razem na terenie targów), a w środku trzy powieści o Sherlocku (Studium, Znak, Pies) i wspaniałe i klimatyczne ilustracje, coś wspaniałego.

Na koniec gratka: książkę Przemysława Borkowskiego kupiłam tylko dlatego że w czasie podpisywania zaoferowano nam stosowną zniżkę, a ja miałam ambicję podejść do autora, do którego nie było kolejki. Wzięłam, usiadłam, pogadałam, podpisane mam.
I powiem wam, że to była przemiła rozmowa! Niesamowicie sympatyczny człowiek, przeczytanie tej książki to teraz mój priorytet, a potem pewnie także wezmę się za poprzednie pozycje autora (zrobił tak skuteczną antyreklamę poprzednim książkom, że no musiałoby być tragicznie, żebym po tym odpuściła). No i obiecałam, że wrócę po następny autograf. Słowa dotrzymam.

Tak więc, jak gdzieś podpisującego pana Przemysława Borkowskiego miniecie, to zachęcam do wyłuskania pieniądza i pogadania. Super sympatycznie, naprawdę!

Co się poza tym działo? Nic szczególnego, szczerze mówiąc, tylko Jego Memiczność wpadł z wizytą. A poza tym jeden koleś kupił dwie palety książek Agaty Christie w tych namiocikach przed wejściem.
Ochrona roku.

Poza tym dopisane zostały dwa nowe miejsca w stolicy, w których można i nawet należy jeść, polecam serdecznie: Barn Burger i Curry House.
Oprócz wspomnianego wyżej antykwariatu Grochowskiego (polecam), wpadliśmy do muzeum domków dla lalek i było SUPER! Naprawdę! Mogłoby być co prawda nieco większe, ale nie narzekam, bo to prawdziwa uczta dla oczu. Przy okazji załapaliśmy się na wystawę lalek etnicznych, a tak się okazało, że pewna osóbka pisała na ten temat w zeszłym roku pracę na geografię (i dostałam 4+?? mimo że bezkonkurencyjnie najbardziej się przyłożyłam, ech), więc byłam wniebowzięta. Sfotografowałam absolutnie każdą witrynę, a to mi się rzadko zdarza. Znalazło się nawet miejsce dla dwóch Petr w salonie fryzjerskim, co niesamowicie połechtało moje ego, bo zgadnijcie, kto ma Petrę w swojej skromnej i minimalistycznej kolekcji? Tyle że moja nie jest fryzjerką, aktualnie robi za księżniczkę.

Ogólnie muzeum ma fantastyczną otoczkę, np. wchodzi się do niego przez drzwi od szafy. Wspaniałe. To jest totalnie coś dla mnie.

I są tam domki, o jakich mogło wam się nie śnić. Mój faworyt to scena pogrzebu zakonnicy:
Ogólnie domki zaprezentowane w muzeum to we wspaniałej większości domki luksusowe, ręcznie wykonane, dzieła sztuki, niesamowicie realistyczne i pełne detali. Dzisiejsze domki wyglądają jak niedorobiony żart przy nich.

Scenerie są przeróżne, sklepy, warsztaty, szkoły, zwyczajne domki, mieszkają w nich lalki, misie, szczury. Naprawdę polecam, nawet jak ktoś nie ma zielonego pojęcia o lalkach i w ogóle to nie jego bajka. A może nawet szczególnie wtedy.

Nie będę was zarzucać zdjęciami, więc wybrałam całe dwa (i jedno lalek), ale to nie jakieś moje ulubione, ciężko wybrać jeden domek, no i chciałam zostawić dla was najlepsze. Postawiłam na jeden z większych (ale zdecydowanie nie największy) i Pokój pisarza, bo mnie niesamowicie rozbawił, szczególnie ta butelka na podłodze.


I to tyle na dziś. Mam nadzieję, że mimo wszystko was nie zanudziłam.
Wracam... *werble* jutro! Ha! Tego się nie spodziewaliście!

  • Share:

You Might Also Like

10 komentarze