Kartka z pamiętnika: mam dziwne hobby...

By Alicja Kaczmarek - 4/30/2017

Hej ho, hej ho! Witam w ostatnim poście kwietnia (mentalnie dalej jestem w marcu). Maj zastał nas totalnie nieprzygotowanych, a szczególnie kochanych maturzystów.

Nie będę was denerwować, ale trzymam za was kciuki i będzie dobrze!

Tak więc mamy za sobą pierwszy miesiąc zmniejszonej aktywności na blogu i powiem wam, że nawet nie jest mi przykro. To jest, myślę, że trochę wytchnienia dobrze mi zrobi i nabiorę perspektywy - możecie mi wierzyć, że na bloga wrócę z normalną częstotliwością, kwestia tylko kiedy. Doceniam szalenie wasze wsparcie i że na bloga zaglądacie i niektórym nawet chce się komentować. To ogromnie wiele dla mnie znaczy, więc wirtualnie ściskam każdego z was!

Pozwólcie, że opowiem wam, co się działo przez ten miesiąc, bo przecież po to są te posty.

Szkołę pominę milczeniem, ech.

Za to dzisiaj kończę Teenage Dream, więc spodziewajcie się w nadchodzącym tygodniu WRESZCIE nowości na zbyt bajkowo! Akurat przed moją wycieczką szkolną, na którą jadę w sobotę, więc od szóstego mnie nie ma, jakby co.

Oprócz tego namiętnie wyszukuję filmiki z Britney Spears śpiewającą swoim normalnym głosem, a nie tym, co znamy ze studyjnych nagrań i jestem zakochana.


Ogólnie szlag mnie trafia, jak ludzie bezrefleksyjnie powtarzają jak mantrę, że Britney nie umie śpiewać. Totalna bzdura. Ostatnio aż musiałam odfollowować profil na Instagramie, bo właśnie taką opinię wygłosił. Było mi przykro, ale trzeba być konsekwentnym, a co! Znaczy dobra: teraz już nie umie śpiewać, ale dlaczego do tego doszło? Strasznie to wszystko smutne, naprawdę.

Zostając przy Britney, to okej muzyka to jedno, ale biorąc pod uwagę jej życiorys, wypowiedzi i osobowość, jaką pokazuje, to moja ulubiona celebrytka czy jak to tam nazwać. Naprawdę. W większości przypadków lubię muzykę, ale naumyślnie unikam wiadomości o postępowaniu celebrytów, żeby nie mieć wyrzutów sumienia, jeśli chodzi o słuchanie czegoś, a Britney udało się sprawić, że polubiłam jej muzykę dzięki niej samej. Nie zrozumcie mnie źle: nie jestem fanką ani psychofanką i nie śledzę każdej jej wypowiedzi z przebiegu całej jej kariery, ale ogólne wrażenie wywołała na mnie ekstremalnie miłe.

(PS: Tak samo zrobiło One Direction, ale to temat na osobny post, który napiszę po pokazaniu wam Teenage Dream, ale nie, nie jest dajrekszonerką, easy).

Co jeszcze robiłam? Well...

To (słabe zdjęcie, sorry)
Już prawie skończyłam i czekam na głowę od wspaniałej KajuArt i Lorelei jest gotowa. W skład wchodzi: ciało Made to Move, inna głowa po repaincie (na zdjęciu brak ;)), gorset, szal, spódnica, buty i toczek żałobny. Cały proces powstawania przedstawię w stosownym poście na Chasing Barbie, ale od razu mówię, że każdy centymetr tego stroju jest handmade (buty tylko przemalowane, ale reszta to praca moich absolutnie nieutalentowanych manualnie rąk - ale zdjęcia chowają mankamenty!).
Wiążą się z tą lalką historie poszukiwania drutu... i brokatu... ale to też temat na inny dzień. Na razie jestem z siebie niesamowicie dumna i nie mogę się doczekać, aż złożę ją w całość i obfocę i będę się zachwycać swoją własną pracą. Mam tylko nadzieję, że nic mi tego ciała nie pofarbuje na czarno - nie powinno, ale cholera wie te plastiki. Może jeszcze kiedyś zechce mi się ją rozebrać i byłoby kiepsko, jakby pod spodem wszystko było w ciapki.

Całość jest absolutnie nieściągalna (gorset można ściągnąć, ale założyć to gówno potem z powrotem, przez tę spódnicę, to niezły kosmos), więc jak któraś wstążka trzymająca panier druciany klosz pod spódnicą postanowi sobie nie wytrzymać i pęknąć, to będzie wesoło.

Lalka jest niesiedząca, ale fajnie klęczy (na drugim zdjęciu) i nawet może samodzielnie stać, nie mam pojęcia jakim cudem, chociaż łatwo się przewraca. Potrzebny mi taki stojak trzymający za nogi, bo takiego w talii nie ustawię z tą spódnicą.

Bez jaj, ale to najlepsze, co zrobiłam w życiu. Całość zajęła mi doby miesiąc, bo mam tez inne zajęcia i różne rzeczy schną kilka dni, ale jak już dorwałam drut z odzysku, to spódnicę zrobiłam rekordowo w dwa dni (tyle że poszłam spać o pierwszej i wstałam o ósmej i zaczęłam szyć przed śniadaniem). Jak kładłam się wczoraj spać, to nie mogąc oderwać wzroku, po zgaszeniu światła wgapiałam się w zdjęcie. Naprawdę, do takiego stopnia samouwielbienia dotarłam. Może wreszcie się na jakiś meet przejdę, jak już mam się z czym pokazać (tylko jak to zabrać ze sobą!)

Ale wiecie co? Życie jest piękne, gdy ma się hobby i życie jest piękne, gdy można się rozwijać i życie jest piękne, gdy coś nam wychodzi. W życiu chyba nic mnie tak nie rozwinęło jak lalki. Polecam tego allegrowicza.


A kulturalnie?

Piosenką miesiąca zostaje na sto procent Ever since New York, mimo że jeszcze nikt się nie pokwapił, żeby wydać wersję studyjną. Sign of the Times też jest wspaniałe, ale to właśnie Nowy Jork skradł moje serce tym razem. Tak czy siak - solowy Harry wymiótł scenę i wpasował się idealnie w moje gusta, więc nie będę grać snoba. Zamówiłam album w wersji deluxe, a usłyszałam dwie piosenki.



Jeśli chodzi książki to udało mi się wreszcie coś przeczytać i nawet czytam teraz dość często, rezultatem czego ciągnę dalej Narnię. Właśnie jestem na wykończeniu trzeciego tomu. Ale nie wybiorę książki miesiąca, bo nic mnie nie zmiotło z nóg wystarczająco (chociaż moja recenzja Inwigilacji była na tyle zachęcająca, że mój brat jest już na czwartym tomie, a ja dalej nie tknęłam pierwszego). Chociaż prawdą jest też to, że nie pamiętam, kiedy ostatnio jakaś książka zmiotła mnie z nóg.

Obejrzałam całe dwa filmy, z czego jeden to This is Us, więc pominę tę kategorię. Seriale? Riverdale przestało powalać dobre kilka odcinków temu. Nic nowego nie zaczęłam, czekam, aż to się skończy i jestem pewna, że obiecałam komuś, że coś obejrzę, ale już nie pamiętam. Miałam oglądać kreskówki, ale skończyło się na oglądaniu Króla szamanów po raz trzymilionowy. Niczego nie żałuję.

Może kulturalnie nie stoję na jakimś wielkim poziomie w tym miesiącu, ale hej - zrobiłam dwie wielkie rzeczy i generalnie kwiecień zaliczam do udanych. Piszę ten post absolutnie w pozytywnym tonie, a to chyba nie jest zbyt częste.

Z ciekawostek: pierwszy raz od... zawsze nie zgadłam nieinstrumentalnej piosenki Disneya z filmu w pełni animowanego w quizie na YouTube. Odebrałam to jako policzek, kubeł zimnej wody, osobistą zniewagę i rzuconą rękawicę. Istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że w przyszłym miesiącu będe tu pisać tylko o Disneyu - prawda jest taka, że skupiłam się na poznawaniu różnych wersji językowych, a zaniedbałam polski grunt... Shame on me.

Odkryłam ostatnio dziwne źródło optymizmu w moich życiu, ale to też temat na inny post. Wiedzcie, że mam dobry humor. Niekoniecznie będzie to owocować w większą liczbę postów - ale na pewno będzie odczuwalne w tych kilku, które jednak piszę. I powiem wam szczerze, że hibernacja blożka wcale nie przekłada się na zwiększenie moich wyników w szkole, ale wiem już, co chcę robić w życiu (nie powiem), więc i tak to jakiś sukces.

Rosyjskie słówko miesiąca:
продавщица [pradAwścica] - sprzedawczyni
Czyż to nie jest piękny język? To brzmi jak choroba, kocham.

Btw., ostatnio dużo uwagi poświęcam językom, więc pojawią się posty na ten temat, jeśli wyrażacie taką wolę. Mam kilka fajnych sztuczek na naukę nieprzyjemnych rzeczy, jeśli chodzi o języki obce :).

Chyba tyle na dziś, dzięki, że jesteście!

kaboompics

  • Share:

You Might Also Like

17 komentarze