BLOGMAS: DZIEŃ 8. Moje ukochane kolędy

By Alicja Kaczmarek - 12/08/2016

Dobrze nam zrobi mała zmiana klimatu - coś poważniejszego dzisiaj.

To jeszcze nie czas na kolędowanie (zawsze staram się w czasie adwentu wstrzymać jak najdłużej! wtedy lepiej smakują), ale przyznam się od razu, że po prostu nie mam czasu na nic bardziej angażującego dzisiaj, a kolędy uwielbiam i zrobienie prostej listy to nieduży wysiłek.

Po pierwsze - lubię się w Boże Narodzenie przede wszystkim cieszyć, bo to święto radosne. Dlatego wystarczy mi, żeby kolęda była wystarczająco skoczna i już ją lubię. Jest jednak kilka, które są wyjątkowo bliskie mojemu sercu i dzisiaj wam je pokażę, mimo że może nie ma ich za dużo.

Pozwólcie, że nie będę umieszczać żadnych wersji śpiewanych tych kolęd, bo co tu dużo mówić - ja ich po prostu nie lubię. Dla mnie kolędy są do zaakceptowania tylko śpiewane z rodziną/przyjaciółmi, ewentualnie w kościele, ale gwiazdy wyjące z głośników (albo Arka Noego czy cokolwiek, nieważne) to totalnie nie moja bajka. No i nie chcę się narażać na przedwczesne śpiewanie! Dobrze mi idzie wstrzymywanie się.

No dobra, to nie przedłużam!

Anioł pasterzom mówił
Szczerze wyznam, że jeszcze kilka lat temu nie znosiłam tej kolędy. Naprawdę, to była jedna z tych niewielu (razem z Cichą nocą, Oj maluśki i Lulajże, Jezuniu, ale jednak Cicha noc wygrywa tu wszystko - no chyba że po niemiecku), których zwyczajnie nie lubiłam.
Nie mam pojęcia, co się zmieniło, że nagle moje serce zapałało do niej miłością, ale tak się stało. Może nie śpiewam jej za bardzo sama dla siebie, ale jak organista zaintonuje, to nie mam hamulców, co nie do końca podoba się babciom dookoła, ale hej - nikt im monopolu na śpiewanie nie dał!
[Tu wstaw historię, którą zanudzam wszystkich, o tym, jak ksiądz na rekolekcjach w piątej klasie podstawówki powiedział, że jak ktoś nie śpiewa w kościele, to znaczy, że opętał go szatan i od tamtej pory śpiewam w kościele]

Gdy się Chrystus rodzi
Co roku zapominam, jak się nazywała i muszę szukać. Serio.
Mam z tą kolędą związane jedno bardzo interesujące wspomnienie, w którym występują takie słowa klucze: spotkanie rodzinne, Boże Narodzenie, karaoke z kolędami. Reszty domyślcie się sami. Ale było wesoło!
To jedna z bardzo niewielu kolęd, których potrafię słuchać w wersjach śpiewanych przez celebrytów (nie ma to jak Krzysztof Krawczyk! właściwie słyszę go teraz w głowie), co też czyni ją specjalną.

Dzisiaj w Betlejem
To jedna z dwóch kolęd, które śpiewam sobie w lipcu, kiedy już nie potrafię wstrzymać się ze śpiewaniem do grudnia. Jest po prostu skoczna, energetyczna i radosna, idelanie oddaje - w moim mniemaniu - świątecznego ducha (wiecie, gdzie jeszcze są świąteczne duchy? post o Opowieści wigilijnej będzie totalnie wykopany w kosmos, już zapowiadam, przygotowuję się do niego od miesiąca!), tę radość. Wesołą nowinę!
No i to jedna z tych, które wystarczy zaintonować i wszyscy podchwycą! I jest nawet prawdopodobieństwo, że znajdzie się ta jedna osoba, która zna więcej niż dwie zwrotki!

Tryumfy króla niebieskiego
Wersja Arki Noego brzmi bardzo reggae. 
Nie śpiewam tej kolędy nigdy, nawet nie znam tekstu, ale wersja Arki Noego jest moim wspomnieniem z dzieciństwa, nawet jeśli zajeżdża reggae i zawsze się uśmiecham, kiedy słyszę Tryumfy króla niebieskiego.
Tylko tyle, przykro mi.

Wśród nocnej ciszy
Kurczę, kto tego nie lubi! W odróżnieniu do Dzisiaj w Betlejem ta nie jest aż tak skoczna czy energiczna, ale niesie taką samą radość i nawet mocniejszego ducha świąt (bo poza radością to jest też czas refleksji w końcu - jak to mówią, jaka Wigilia, taki cały rok; notabene bujda, ale co tam!).
Kojarzy mi się ta kolęda z tymi momentami, kiedy trzeba było odstawić zabawki i wybrać się na pasterkę, mimo że się tak bardzo nie chciało, ale hej - jak to śpiewali, to już było lepiej!
A teraz już chętniej chodzę na pasterki, ale to może dlatego że już nie dostaję zabawek.

Gdy śliczna Panna
Tutaj seria trzech nieco bardziej melancholijnych kolęd, które są mi bliskie mimo ogólnemu upodobaniu do kolęd wesołych i radosnych. Gdy śliczna panna to może jeszcze nie szczyt kolędowego smęcenia, ale już blisko, przy czym ze wszystkich powolniejszych zawsze mi się podobała najbardziej, bo niby przynudza, ale jednak nie!
No i kolędy skupiające się Maryi zawsze będą mieć specjalne miejsce w moim sercu.

Jezus malusieńki
Jakie to jest piękne po prostu! Milion razy piękniejsze od Lulajże Jezuniu, serio.
Kiedyś nawet wyciągałam!
Ale teraz już się nie łudzę.

Mizerna, cicha
Najsmętniejsza kolęda na liście, ale to jedyny utwór, jaki nauczyłam się grać na pianinie na dwie ręce w moim życiu i od tamtej pory ją uwielbiam. A kiedy uczyłam się grać, nawet nie wiedziałam, jak to leci, po prostu zdaniem mojej mamy była najprostsza, więc tego się uczyłam.
Nie wyciągam, ale chciałabym, bo jest taka ładna!

Bóg się rodzi
Ta kolęda z jakiejś przyczyny dotyka mnie na poziomie duszy. Naprawdę nie wiem dlaczego - nie jest przecież jakaś wzruszająca ani nic w tym stylu, ale to praktycznie od zawsze moja najukochańsza kolęda, mimo że tekst mi się miesza już od trzeciej zwrotki, to jak mi ktoś podrzuci, to zawsze zaśpiewam, o każdej porze dnia i nocy.
Jest majestatyczna, jest wzniosła, a jednocześnie radosna, przekazuje całą gamę emocji i po prostu poprawia mi humor.
Nie ma świąt bez Bóg się rodzi i nigdy dla mnie nie będzie!


Co byście dodali? Tylko pls, nie Cichą noc.

kaboompics wyjątkowo, bo mnie nie ma w domu, ale zdjęcie piękne!

  • Share:

You Might Also Like

9 komentarze