Kartka z pamiętnika: Czasem marnuję czas

By Alicja Kaczmarek - 8/28/2019

I widziała Ala, że było to dobre.

Czasem marnuję czas. Czasem muszę spędzić tydzień, gapiąc się w ścianę, zanim coś ze sobą zrobię. Czasem muszę przebimbać dwa miesiące, zanim zbiorę się w sobie na tyle, żeby zacząć coś robić.

Czasem los jest nieprzewidywalny. Czasem miną miesiące i lata, zanim wydarzy się coś, co miało wydarzyć się już dawno, a czasem w ogóle się to nie wydarzy. Czasem wydarzy się coś, co zatrzęsie twoim światem w posadach - negatywnie lub pozytywnie, a czasem oba te wydarzenia dzieją się w niewielkich odstępach czasu.

Czasem trzeba się zgubić, żeby się odnaleźć, a czasem nie trzeba w ogóle wracać tam, skąd się wyszło. Czasem traci się ludzi bez słowa wyjaśnienia, a czasem bez słowa wyjaśnienia się ich zyskuje.

Czasem marzenia wymagają dużo więcej czasu niż zakładaliśmy.

Czasem trzeba stracić serce, by urosło dwa razy, a czasem nie wraca w ogóle.

To wszystko jest dobre.


Tak bardzo się zmieniam. Chyba nareszcie dorastam. A jak będę duża to może nie osiągnę wielkich rzeczy i pomarnuję dużo dni, ale oby było mi dobrze.

Rok jest coraz krótszy, bo jest coraz mniejszym wycinkiem mojego życia. A jakoś coraz mi z tym lepiej, bo nie mogę się doczekać, aż będę jeszcze dalej w życiu, aż będę znać niektórych ludzi już od lat, aż odnajdę spokój.

Jest w tym jakaś dziecięca tęsknota do dorosłości i tak z biegiem lat ta granica się przesuwa. Szesnaście lat, osiemnaście, dwadzieścia, dwadzieścia pięć, aż do emerytury. Oj, oby tak było gdzie i za co szaleć na tej emeryturze, co?

Nie chce mi się już ścigać. Trochę mnie to męczy. Może zawsze będę druga, może nic nie zrobię "na czas", ale co z tego. Kto mnie będzie z tego rozliczał? Bóg i historia?

Świat mnie przeraża, a jednak wychodzę codziennie i żyję, i staram się celebrować małe sukcesy. Nie boję się już pociągów, coraz mniejsze palpitacje towarzyszą rozmowom przez telefon, czasem nawet jeżdżę solo samochodem. Nie wychylam się bez potrzeby, ale czasem trzeba - i zazwyczaj krzywda mi się nie dzieje. Kto by pomyślał, że życie jednak nie jest takie straszne.

Jakoś mi tak dobrze. Czasem przeleżę cały dzień i będzie mi ciężko na sercu i nie będę potrafiła nic zrobić, ale ostatecznie wracam do swojego normalnego stanu - czy to już szczęście?

Mówię, że osiągnęłam stan zen, i trochę śmieję się pod nosem. Nie mam siły na sprzeczki o rzeczy nieważne, nie mam siły na utrzymywanie relacji, które najwidoczniej nie są tego warte i nie mam siły angażować się we wszystko, co jałowe. Chciałabym jeszcze nie mieć siły na rozpamiętywanie błędów.

Wciąż do przodu.

Może uda mi się coś po sobie zostawić. Oby było to dobre. Nie technicznie - dobre, w sensie pozytywne. Z dobrym wpływem na ludzi i świat, przynajmniej tę garstkę, do których dotrze.

Nie mam siły na kontrowersje i skrajnie negatywne emocje. Nie że nie chcę krytykować - wszyscy wiemy, że to mi wychodzi najlepiej. Chodzi mi o coś innego.

Tak bardzo się zmieniam.

Tyle jest do nauczenia, zobaczenia i zrobienia. I trzeba to robić i może jeszcze kiedyś zarabiać pieniądze. I czasem ta świadomość dyszy w kark.

A i tak przy tym marnuję dni.

I jest to dobre.

Czasem trzeba.

  • Share:

You Might Also Like

3 komentarze

  1. I tak upłynął wieczór i poranek - dzień pierwszy

    OdpowiedzUsuń
  2. "Rok jest coraz krótszy, bo jest coraz mniejszym wycinkiem mojego życia." To jest naprawdę mocne.

    OdpowiedzUsuń

Szanujmy się nawzajem.