She-Ra i księżniczki robienia rebootów

By Alicja Kaczmarek - 2/04/2019

Nie ma co udawać. Rebooty są trendy, te kreskówkowe już nawet dłużej niż te filmowe. Dostajemy nowe wersje wszystkiego - od Białego delfina Um, przez Pszczółkę Maję, aż po nowych Młodych Tytanów.

Czasem jest cudownie (nowe DuckTales? niesamowite), a czasem okropnie (większość innych rzeczy), a czasem jest She-Ra (i księżniczki mocy).

She-Ra robi to, co moim zdaniem powinien robić dobry reboot. Bierze wszystko, co dobre z oryginału, a potem robi to lepszym. Jak? To proste. Poprawia się motywacje postaci, dodaje trochę mrocznego backstory, ubiera bohaterki w ubrania, wycina trochę nonsensu albo bierze obiekt westchnień głównej bohaterki i w zamian robi się z niego dodatek komediowy (inspirowany Hanem Solo).

I to wszystko She-Ra robi cudownie. Nowa relacja Catry i Adory to przecież chyba najlepszy element serialu i coś, co na pewno przykuwa do ekranu także ludzi krzyczących, że oryginały to świętość (mam nadzieję, że nie ma tu takich). Skomplikowane relacje między postaciami to coś, co kreskówki zdecydowanie powinny bardziej polubić. Ileż można z tą siłą przyjaźni...

Podoba mi się też szczególnie nowy design postaci, które powracają we wszystkich kolorach i kształtach, czyli ewidentnie dobry znak czasów. Podobają mi się Spirennella i Netossa jako para (więcej, więcej!). Ogólnie nowe postaci są zwyczajnie ciekawsze niż ich oryginalne odpowiedniki. Często nie mają ze sobą wiele wspólnego (Glimmer), ale to nie szkodzi, bo jakikolwiek charakter to krok do przodu. A w ogóle Sea Hawk jako parodia samego siebie to genialne posunięcie, dziękuję bardzo.

Ale są też rzeczy, które nie do końca mi się podobały - Adora, na przykład, i jak szybko zrobił się z niej bohater z krwi i kości, który musi wszystkich ratować. Tak w sumie bez powodu. Bo raczej tego nie wyniosła z dzieciństwa, co nie? Chociaż bardzo podoba mi się, że nie ukrywa swojej tożsamości, bo to by było nudne strasznie.

Nie podoba mi się, jak szybko zrodziła się jej więź z jej, nie ukrywajmy, porywaczami. W trzecim odcinku są już przyjaciółmi, w piątym - rodziną. Wolałabym, gdyby było tu trochę więcej pracy nad akceptacją sytuacji, nad zmianą charakteru Adory, nad stawaniem się She-Rą. W inny sposób niż zawsze. Bo rozterki typu "jestem za słaba", "nie mogę wszystkich uratować" i "porzuć ziemskie przywiązanie" to mają wszyscy tacy bohaterowie, z Aangiem i Korrą na czele.

Nie podoba mi się design kostiumu She-Ry, choć doceniam, że wreszcie co nieco zakrywa. Wolałabym za to, żeby był trochę bardziej, hm, niesamowity? Trochę myśli, projektu, czegoś epickiego by się tu przydało. A tak to She-Ra gania w shortach, które nosiłam na wf w podstawówce. Za to widzimy, że jej strój się rozwija, więc jestem jeszcze w zawieszeniu z wyrokiem (ale nowy, cały złoty tors też do mnie nie przemawia).

A skoro jesteśmy przy designie, to wtrącę, jak niekonsekwentni są animatorzy. Miecz? Pojawia się i znika co ujęcie (to nie jest przesada, bo liczyłam w którymś z ostatnich odcinków), grzywka Adory w jednej scenie rozwalona, w następnej piękna, potem znowu rozwalona. Ja nie wiem, czy oni nie widzą tych rzeczy? Przecież to się rzuca w oczy. Jeden błąd, na przykład tę grzywkę, rozumiem. Ale, Jezu, ten miecz to problem przez cały sezon. No można dostać szału.

I czekam na dzień, kiedy przebiorą Adorę z munduru wroga. Czekam tak od trzeciego odcinka i się nie doczekałam. Może kiedyś.

Ach, no i czołówka. Nigdy nie przykładam takiej wagi do czołówek zachodnich kreskówek, jak do anime. Ale to jest czołówka anime i to w takiej najgorszej wersji. Mamy twarz każdego sojusznika otoczonego swoimi atrybutami, hordę (hehe) złoczyńców i biegnących się przytulić przyjaciół. Brakuje tylko sceny wspólnego posiłku. Naprawdę, naprawdę można się było bardziej postarać.

Fabularnie? Jest dobrze. Bez jakichś wielkich fajerwerków na razie, ale czekamy, bo to właściwie było preludium. Liczę na naprawdę wiele, bo do tej pory seria zaprezentowała się naprawdę świetnie. Mamy śmiech, mamy łzy.

I wreszcie, dochodzę do mojego największego problemu - to jest remake.

Ja nie oglądałam nigdy She-Ry w kolejności i w ogóle nigdy nie lubiłam ani jej, ani He-Mana. Nie moja para kaloszy. Ale po dwudziestej trzeciej u babci to się oglądało wszystko, co leciało, bo babcia pozwalała nie spać do późna. Dlatego coś tam wiem. Bez szczegółów, ale się orientuję. Na przykład w postaciach. Na przykład, że Entrapta była po stronie Hordy. I co taka Ala sobie myśli przez wszystkie odcinki z Entraptą? Hmm, ciekawe, kiedy w końcu zmieni strony.

To mnie naprawdę drażni, bo po pierwsze - przewiduję plot twisty. Dramat. Co mają ludzie, którzy są prawdziwymi fanami oryginału? A po drugie - She-Ra to idealna rzecz, której nie trzeba rebootować, można kontynuować. Bo She-Ra, jak Avatar, to postać, która się odradza i zmienia. Są różne She-Ry. Dlaczego więc dostajemy tę samą? Dlaczego nie wymyślić nowych postaci, skoro i tak różnią się tak bardzo od oryginałów, dlaczego nie odciąć zupełnie pępowiny He-Mana, skoro i tak ma się nie pojawiać, i dlaczego nie dać nam czegoś nowego? Bo, bez przesady, ja już trochę mam dość. Teraz znowu wjechał remake Carmen Sandiego (Gdzie się podziała Carmen Sandiego?), która przecież nie jest taka stara! Lata 90te to kreskówki w pełni oglądalne dzisiaj - i nawet lepsze, bo nie cierpią na syndrom nastoletnich postaci. Teraz wszyscy mają szesnaście lat. Wtedy nikt nie miał i też się dobrze bawiliśmy.

I tego przecież napływają teraz takie tony. Od The Muppet Babies i Total Drama Daycare (czy ktoś kiedykolwiek lubił te wersje znanych postaci, ale jako dzieci? serio? bo ja nigdy) przez Żółwie Ninja po Jetsonów - wszystko dostaje jakieś nowe wersje. Nawet Animaniacs? Myślałam, że jeśli pozwolić czemuś umrzeć, to właśnie im. Aha, no i MegaMan! Który się skończył w 2006! Wiadomo, że najwyższa pora na raboot.

Jasne, czasem to wychodzi na dobre. Żeby wspomnieć, oprócz cudownych nowych Kaczek, jeszcze Voltrona, albo właśnie She-Rę. Która jest bez wątpienia o lata świetlne lepszym serialem niż swój pierwowzór.

Ale mogłaby być też serialem wspaniałym i trochę bardziej własnym. Mam wrażenie, że ostatnio na każdą dobrą, oryginalną kreskówkę, dostajemy dziesięć remaków. No idzie się wściec.

W skrócie - ponarzekałam sobie, więc pora tylko przypomnieć, że to naprawdę dobry serial, który oddaje hołd i naprawia oryginał. Należy więc go obejrzeć. Nie ma innych opcji.

PS: Jak mój blond syn Kyle nie przejdzie na stronę rebelii w ciągu trzech następnych odcinków, to rzucam ten serial. (Chyba że wyjdzie, że jest LGBTQ+, wtedy do niego wracam).

  • Share:

You Might Also Like

2 komentarze

  1. Ja się w w tej kreskówce zakochałam. Oryginał mnie zagiął, ledwo przetrwałam jeden odcinek, nadal mam koszmary (serio, ten stwór z falami z oczu?). Catdora <333. Scena z finału gdzie TĘCZA DOSŁOWNIE ZALEWA TYCH ZŁYCH I WSZYSCY DOBRZY SIĘ PRZYTULAJĄ, złoto. No widzisz, a mnie kiczowatość czołówki urzekła :D.
    A tak poza tym to chciałabym serdecznie polecić Grace i Frankie. Przepiękny serial, wciągam nosem po sezonie dziennie. Wczoraj oglądałam go do 3 i zaspałam na egzamin teoretyczny z prawa jazdy, żegnajcie pieniądze (no ale jednak trochę warto było).
    Jak tam sesja :D?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiczowatość kiczowatością, to jest po prostu wtórny format. Nie mam nic przeciwko ogólnej stylistyce, ale te ujęcia, w tej dokładnie kolejności i z podobną muzyką, to ja całe życie oglądam. Wysilcie się.
      Słyszałam, ale ja mam tyle seriali do oglądania, że więcej mam tylko nauki :(.
      Powodzenia na egzaminach!
      Jutro mam ostatni egzamin, więc dzisiaj jeszcze trochę płaczę.

      Usuń

Szanujmy się nawzajem.