Recenzuję każdy film Pixara

By Alicja Kaczmarek - 2/09/2019

Pixar, jedno z najbardziej szanowanych studiów filmowych, które porywa serca widzów raz za razem. Czego Pixar nie wyda - będzie hitem. A nierzadko wpadnie przy okazji jakiś Oscar, tak jak w 2017 roku, kiedy zobaczyłam logo Coco jako pierwszą zapowiedź i powiedziałam - o, będzie Oscar. I był.

Porwałam się wiec z szalonym pomysłem i rzuciłam swoje trzy grosze i gwiazdki w stronę każdego jednego pełnometrażowego filmu tego amerykańskiego studia. A że mam trochę kontrowersyjnych opinii, to już się boję.

Aktualnie pracuję nad takim rankingiem dla filmów Barbie i sequeli filmów Disneya (samego Disneya ciężko tak zrobić, bo nie do końca wiadomo, co zaliczać - chyba że same oficjalne klasyki), ale to jedyna wersja tego postu, którą mogę zrobić właściwie od ręki.


Bez shortów, bo nie jestem masochistą. (Najlepszy short Pixara to Geri's Game i to i tak najważniejsze, co mam w tym temacie do przekazania)

1. Toy Story (1995)


Toy Story to jedna z moich ukochanych serii filmów z dzieciństwa, film, który naprawdę ze mną został, tak jak i z całym pokoleniem. Naprawdę trochę nam wszystkim poprzestawiał w głowie, kiedy byliśmy przekonani, albo chociaż mieliśmy nadzieję, że zabawki ożywają, kiedy za nami zamykają się drzwi. Z tego powodu raz na jakiś czas brałam wszystkie swoje pluszowe misie (a miałam ich jakąś setkę i to nie jest przesada) i spałam ze wszystkimi naraz. To się działo.

Toy Story to film przełomowy, który absolutnie zrewolucjonizował technikę robienia animacji i to już na zawsze. Zapisał się w historii i nie wolno o tym zapominać.

Jest to też film dużo mroczniejszy niż obecnie jesteśmy przyzwyczajeni. Mam tu nie tylko na myśli głównego antagonistę - który bądź co bądź jest mroczny, no nie udawajmy - ale też... paletę kolorów. Lwia część Toy Story dzieje się w półmroku, jednocześnie poczuciu zagrożenia, aurze niepewności.

Osobiście uważam też, że Toy Story ma najlepiej zarysowane postaci ze wszystkich filmów Pixara.

Jest to więc film ze wszech miar wyjątkowy, który naprawdę na mnie wpłynął - oj, nigdy nie zniszczyłam zabawki. Nawet nie obcięłam lalce włosów. Muszę też wspomnieć naprawdę fantastyczną piosenkę do tego filmu - oczywiście Ty druha we mnie masz - która jest jedną z najlepszych piosenek z filmów animowanych.


Choć jednak jest to tak wyjątkowa pozycja, z tego samego powodu postanowiłam zabrać jej jeden punkt. Jest to film bardzo tragiczny momentami (załamanie nerwowe Buzza), któremu towarzyszy cały czas takie dziwne poczucie... Po prostu czuję się nieswojo. Ta dziwna atmosfera, choć oczywiście wyjątkowa, powoduje, że to nie jest jednak film ulubiony i zdecydowanie nie najlepszy film w serii. Osobiście najlepiej pamiętam zawsze sceny niemal drastyczne - zupełne przeciwieństwo sequelu. Poza tym, cierpi na kosmiczny wręcz niedobór postaci żeńskich. 

Za to jedna gwiazdka w dół, co daje wynik 4/5. Myślę, że to fair ocena dla pierwszego filmu tego niezwykłego studia.



2. Dawno temu w trawie (1998)


O co chodziło z tym dziwnym trendem na filmy o mrówkach? Nie wiem, naprawdę. Ale było ich przynajmniej trzy w moim życiu, z czego Dawno temu w trawie jest zdecydowanie najlepszym. Choć z przykrością stwierdzam, że z perspektywy osoby dorosłej - no nie tak dobrym, jak wtedy.

Jest na pewno pomysłowy i strona wizualna przewyższa wszystkie inne filmy o mrówkach tak o trzy długości (pamiętacie Mrówkę Z i jej paletę kolorów składającą się z trzech barw?). Nie zapomnę chyba nigdy pierwszego ujęcia miasta i tej zachwyconej miny Flika, czy jego lotu na dmuchawcu. Pierwszego ujęcia wielkiego drzewa. To są naprawdę piękne wizualnie obrazy - stworzone dwadzieścia lat temu. 

Ogólnie to film bardzo zapadający w pamięć - bez problemu słyszę w głowie głosy głównej obsady, odtwarzam całe sceny i przywołuję muzykę. To jest niewątpliwie wielka zaleta, bo, nie będę udawać, nie oglądam go już dla przyjemności. Praktycznie wcale.

Na plus także fakt, że wreszcie mamy postaci kobiece, szkoda tylko że wynika to z oczywistego faktu, że film jest o mrówkach.

Chociaż czy naprawdę? Bo świat przedstawiony jest w Dawno temu w trawie cokolwiek osobliwy. Wiemy, że równolegle w tym świecie żyją ludzie i inne zwierzęta, chociaż ten ptak wydaje się nie mieć takiego samego ani nawet zbliżonego stopnia samoświadomości, co owady. Miasto owadów nie ma w sumie żadnego sensu z tego punktu widzenia i przeczy oczywistym instynktom przetrwania w tej sytuacji. Owady są też zdolne do tworzenia sztuki i rozrywki - choćby cyrku, który jest takim ważnym wątkiem. Są zdolne do zorganizowanych grup przestępczych. Do porozumiewania się między sobą. A wszystko to między nogami ludzi. Żyjąc w strachu przed ptakami, które są tępe jak buty. No nie klei się to.


Tego samego tyczy się fakt, że film skupia się na życiu mrówek, ale zupełnie ignoruje fakt, jak wygląda życie samców w mrówczych koloniach i robi sobie z takiego samca główną postać. W ostatecznym rozrachunku nie ma żadnego powodu, żeby z bohaterów tego filmu robić owady - poza tym że one są łatwiejsze do zanimowania.

Ostatecznie jednak największym problemem Dawno temu w trawie jest zupełnie co innego. Otóż cała, caluśka fabuła zbudowana jest na nieporozumieniu. O czym widzowie wiemy od początku wątku cyrkowców przecież. Jest to chyba najbardziej frustrujący sposób budowania historii i obecnie, jako widz dużo bardziej świadomy, mam jednak problem przesiedzieć przez tę falę pomyłek. Źle mi się na to patrzy, niestety.

Ale poza tym, nadal ogląda się go dobrze, jest przyjemny, jest zabawny, jest emocjonujący i nie jest zły. W żadnym wymiarze. Po prostu, hm, niedopracowany. Nie tak pieczołowicie skonstruowany, jak poprzednik. I za to odejmuję mu gwiazdki i wystawiam ocenę 3/5. Bo jednak mam wielki sentyment.



3. Toy Story 2 (1999)


To jest bezapelacyjnie moja ulubiona część Toy Story. Jest po prostu najlepsza. Bierze wspaniały pomysł oryginału, ale odrzuca jego całą wyalienowaną naturę. Naszą ulubioną bandę zabawek powiększa o nowe, ciekawe i dające się pokochać postaci. Jest cholernie zabawny i wzruszający i tak, hm, satysfakcjonujący wizualnie.

Nigdy nie przewinę sceny odrestaurowania Chudego czy kiedy widzi siebie na tych wszystkich gadżetach. To dowodzi niesamowitego kunsztu reżyserskiego, bo jest w tych scenach coś tak niesamowitego, że nie potrafię oderwać oczu.

W ogóle jest to tak wspaniale wielopoziomowy film, który otwiera i zdąża zamknąć wszystkie swoje wątki i konflikty. W centrum jest Chudy, który się gubi (standard) i chce wrócić do domu. Ale potem okazuje się, że nie chce wrócić do domu. To jest naprawdę dobrze napisany konflikt, który ostatecznie ma satysfakcjonujące rozwiązanie. Do tego mamy wątek Fałszywego Buzza, który pięknie koronuje przemianę, jaką przechodzi Buzz Astral, a na zakończenie Jessie, która przechodzi chyba największą przemianę. Piękna scena warta odnotowania - jej atak paniki przed wskoczeniem do kartonu. Zabawki, które się psują i niszczą, ale szukają tylko miłości - czyli dla mnie główny wątek filmu - to tak piękna metafora na coś, czego jednak nie doświadczamy w kinie. Nigdy.


Toy Story 2 to naturalne i idealne przedłużenie pierwszej części. Rozwija ją o potrzebne sceny, a przy tym nie zatraca nic z tego, za co tę pierwszą część pokochaliśmy. Dodaje nam wspaniałe postaci, co zdarza się w kontynuacjach bardzo rzadko (drugą taką postacią, jaka przychodzi mi do głowy, jest Kot w Butach w Shreku i to chyba tyle?), ale oprócz tego jest też fantastycznym filmem samym w sobie - nigdy nie nudzi, nigdy się nie myli i zawsze wzrusza i ekscytuje w tych samych momentach. To jest chyba najlepsze.

Uwielbiam w tym filmie dosłownie wszystko. To jest mój ukochany film Pixara, który mnie filmowo wychował i wykarmił - i zawsze teraz żądam od animacji przynajmniej zbliżonego poziomu rozrywki.

Zabawne, że właśnie ten film wychował kogoś, kto kolekcjonuje zabawki. Skandaliczne. Może powinnam wycofać tę opinię.

W każdym razie z czystym sumieniem wystawiam pierwszą i nieostatnią dzisiaj 5/5.

(PS: Napisy końcowe tego filmu to nadal jedna z najśmieszniejszych rzeczy na świecie).



4. Potwory i spółka (2001)


O, to mój ulubiony rodzaj filmu - z pomysłem. Szkoda, że ostatnio mało kto je robi. Nie będę ukrywać - dla mnie w tym filmie po prostu wszystko gra. 

Niewiele rzeczy daje mi więcej radości niż popularne motywy, ale tak powykręcane, że zamieniają się w coś zupełnie innego. To jest naprawdę doskonały film od strony historii - jest nie tylko poprawnie skonstruowana z ciekawymi postaciami w centrum, jest nietuzinkowa, nowa, świeża i zaskakująca. Och, no i wzruszająca, bo jakżeby inaczej!

Za tego typu filmy wszyscy kochamy Pixara (dla mnie aktualnie jest na cienkim lodzie, no ale nadal kochamy!), za coś, czego nikt inny nie tylko nie wymyśli, ale też da temu zielone światło, budżet i zrobi z tego sukces. O, jak brakuje mi takich filmów obecnie.

Szalonych. Tak trochę.

Rany, ja tak nie lubię mówić o czymś, do czego nie mogę się w żaden sposób doczepić. Naprawdę, uwielbiam każdy element tego filmu. Jest zabawny, jest wzruszający i jest ekscytujący. Przykuwa do ekranu od pierwszej sceny aż do końca napisów końcowych. Ma wspaniałe postaci, bystre dialogi i przyjemną muzykę. Naprawdę, same dobre rzeczy.

Och, nie zapomnijmy też o przebiegłym antagoniście (czy może antagonistach?), których przecież z całą pewnością można spotkać codziennie na ulicy. Więc najlepszy rodzaj.


Lubię ten film też za to, że pokazuje walkę o zmianę spojrzenia całego społeczeństwa, a to jeden z moich ulubionych motywów. Społeczeństwo na wiele rzeczy patrzy w zły sposób. Takie filmy, jak Potwory i spółka, dają nadzieję, że może nie szturmem i wszystko naraz, ale jednak wszystko się zmienia.

Nawet jeśli w tym wypadku pozornie chodzi "tylko" o elektryczność.

Kolejnym elementem, który zawsze miło wspominam, jest dynamika między naszym duetem głównych bohaterów. Naprawdę uwielbiam tego typu relacje. Po pierwsze - dwóch przeciwieństw, a po drugie - braterskie, szczere i bezwarunkowe. Nie ma lepszych dynamik. Przy okazji także przyznaję, jak dobrą robotę wykonano z postacią Bu, bo dzieci, które nie mówią, to chyba najgorsze postaci do prowadzenia.

No i nie mogę zapomnieć, Boże broń, o tych cudownych teksturach. Nie wiem, ile dokładnie musiało ich powstać na potrzeby tego filmu, ale są nie tylko różnorodne i ciekawe, ale też po prostu, no cóż, dobre. Reprezentują to, co powinny i wyglądają świetnie.

I tym pozytywnym akcentem przyznaję, bo inaczej się nie da, okrągłe 5/5.



5. Gdzie jest Nemo? (2003)


Nigdy nie szalałam za Gdzie jest Nemo. Powiedzmy sobie szczerze - to już kolejny film, w którym "ktoś się zgubił i chce wrócić do domu" jest głównym motorem napędowym akcji. To już piąty film i to dalej nie jest film, w którym głównymi postaciami są ludzie. Wreszcie, dla mnie to film trochę bez myśli przewodniej. To taki Ikar, ale rozciągnięty na półtorej godziny. Nie chodzi w nim o przemianę Nemo, bo ta jest znikoma. Przemiana jego ojca też nie jest zbyt drastyczna, że musiałby taką drogę w tym celu przechodzić. Nie chodzi w nim o przetrwanie, bo każdy problem rozwiązuje się w ciągu trzydziestu sekund. Nie do końca wiem, o co w nim chodzi.

Nie powala mnie też strona wizualna, bo to głównie morskie głębiny bez jakiejś większej głębi (hehe) czy ozdób i lokacji. Po prostu głównie woda i światło. Z kilkoma wyjątkami, przez półtorej godziny.

Nigdy Nemo nie zapadł mi w pamięć. Nie potrafię opowiedzieć w kolejności, co tam się dzieje, odkąd Nemo się gubi. Wymienić jakieś tam zdarzenia - jasne. Ale nie w kolejności, i nie wszystkie. Nie lubię takiej klockowej konstrukcji historii. I w ogóle nie przepadam za filmami, które muszę regularnie oglądać, żeby pamiętać, co tam się działo. Nie o to chodzi w oglądaniu filmów, szczególnie animowanych.

Nigdy też nie wydawał mi się ani szczególnie zabawny, ani wzruszający, ani ekscytujący. Dla mnie Gdzie jest Nemo? jest. I niewiele poza tym. Nie wzbudzał we mnie nigdy wiele emocji ani nie porywał. Gdzieś tam sobie jest, jak gdzieś leci, to pewnie nawet obejrzę, i niewiele poza tym.

Jest za to kilka elementów, których grzech nie wskazać jako godnych uznania - przede wszystkim niepełnosprawność Nemo. To niestety nadal ryba, a nie człowiek, ale to i tak więcej, niż aktorskie kino familijne pokazuje kiedykolwiek. Po drugie - Dory jako postać, która nie leczy się ze swojej "przypadłości". Bardzo dobrze. Więcej takich wątków. Wreszcie - miłość ojcowska jako motywacja postaci to tak rzadkie zjawisko i jest to cokolwiek przykre. Dlatego doceniamy filmy, które ładnie ten temat ujmują i pokazują nam innego ojca niż nieznoszącego swojej pracy gbura, który nie umie rozmawiać z dziećmi.


Nie wiem nawet, co powiedzieć więcej, bo zawsze od filmu złego, jest film, który po prostu jest. Wiem, że on jest dla wielu ludzi kultowy i tak samo ważny, jak dla mnie Toy Story. Ale ja nie jestem jednym z tych ludzi i nigdy nie potrafiłam w Nemo tego czaru znaleźć, choć wielokrotnie próbowałam. Ot.

Za to zawsze nieźle się bawię, kiedy oglądam. Bo to jest piękna historia. Po prostu nigdy nie jestem w to oglądanie jakoś szalenie zaangażowana.

Dlatego ode mnie 3/5. Jest okej. Ale my lubimy więcej!



6. Iniemamocni (2004)


Ach, wracamy do zachwytów! Iniemamocni (podobnie jak Megamocny) to film zdecydowanie wyprzedzający swoje czasy i nie mówię tylko całej kulturze superhero, która nam wyrosła od czasów filmowego Iron Mana. Ten film nadal wyprzedza nasze czasy, bo używa superbohaterów jako preteksty do opowiedzenia zupełnie innej historii - historii rodziny. A to jest to, co mi się dla superhero jako gatunku marzy już od dawna. Tak więc czekam, może się doczekam.

Kolejny przełomowy film technicznie - mówię o długich włosach zanimowanych w ten sposób. To duży fragment materiałów dodatkowych i polecam sobie obejrzeć chociaż ten segment, a najlepiej wszystkie materiały dodatkowe, bo to jest złoto. Cały ten film jest zrobiony z taką pasją - od muzyki po te głupie włosy, że nie da się przejść obok tego obojętnie. Poza tym, jak się obejrzy wycięte sceny, to druga część ma dużo więcej sensu, więc polecam.

Jednym z moich ulubionych elementów filmu, jest reżyseria. Brad Bird naprawdę wykorzystuję każdą klatkę i nie marnuje ani jednej sekundy filmu. Wszystko jest tak piękne przemyślane i ułożone, a dzięki temu cała historia ma wręcz zabójcze tempo - a mi się to bardzo podoba.

Iniemamocni wygrywają też w kwestii relacji między naszą główną parą, czyli... Bobem i Helen. To jest tak pięknie i subtelnie, acz stanowczo zakreślona relacja, że ze świecą szukać tak pieczołowicie napisach rodziców. 

To jest w ogóle film tak naszprycowany drobnymi detalami i wątkami, motywacjami, które trochę przelatują przez dziecięcą głowę, że to grzech nie obejrzeć go jako bardziej świadomy widz.

Moja ulubiona scena to ewidentnie pokaz strojów u Edny. Och, majstersztyk kinematografii.


A jak już jesteśmy przy postaciach, to nie potrafię ukryć faktu, że Elastyna pilotująca swój własny samolot to scena, która tak głęboko wryła mi się w mózg, że winię ją za mój toksyczny indywidualizm. Albo dziękuję jej za mój indywidualizm. Zależy, kogo spytacie.

Ach, no bo wreszcie Pixar daje nam pełnokrwiste postaci kobiece na pierwszym planie. Dziękuję, najwyższa pora.

Uważam, że wszystko w tym filmie jest doskonałe. Muzyka, dialogi, design, żarty, pomysł, wszystko. Gdyby chciało mi się robić obrazek, to wystawiłabym mu 6/5, bo to naprawdę najlepszy film Pixara, Kropka.

Jest też przezabawny, emocjonujący i taki prawdziwy. Sceny codziennego życia superbohaterów to jest tak piękny element filmu, a żaden inny film nam ich w sumie nie daje. Dlatego bez chwili zastanowienia - kolejny raz wystawiam 5/5. No nie da się inaczej.


7. Auta (2006)


O, tak zwana czarna owca Pixara. A jak dużo zarobiła ta czarna owca!

Ja tam lubię Auta. One mi się nigdy fałszywie nie zareklamowały i zawsze dawały to, czego szukałam. Dużo durnych żartów, przewidywalną fabułę i świat przedstawiony, który nie ma żadnego sensu. I mnóstwo zabawy!

Pierwsza część ma w sobie tak dużo uroku... Naprawdę uważam, że można się przy niej nieźle bawić i przymykać oczy na niektóre głupoty. Szczególnie za serce chwytają mnie relacje między postaciami, które łączy taka szczera przyjaźń.

Rozumiecie, pierwszy film jeszcze nie przesadził. Był głupi, to fakt, ale nie przekroczył pewnej linii absurdu. Nie był parodią samego siebie. Był naprawdę taki, no, do rany przyłóż. Swój.

Wizualnie może nigdy nie powalał, ale zawsze był ładny. Najbardziej lubię autostradę nocą. Gra świateł jest cudna.

Wciąż, to nie jest dobry film. Jest przewidywalny, brak mu pomysłu, czasem sam przed sobą nie umie uzasadnić, dlaczego coś się dzieje, a część żartów jest kompletnie przestrzelona.

Ale Auta nigdy nie były filmem tak złym, jak go co poniektórzy malują, bo przede wszystkim nie był nudnym. To film adresowany do widza młodszego niż dotychczasowe - a w takim wypadku nuda to najgorsze, co można sobie zrobić. Ja też się nigdy na Autach nie nudziłam. To jest takie idealnie skrojone guilty pleasure.


Za to w bardzo prosty sposób można by ten film poprawić: napisać po prostu lepszy romans. Już jakość całości leci jak ta rakieta z Toy Story. Można by Zygzakowi napisać trochę backstory, można by też dać innym postaciom ich własne wątki. To wszystko mogłoby Auta wyróżnić trochę z tłumu podobnych animacji bez żadnych wybitnych wartości. A tak to jedynym, co je wyróżnia, jest logo Pixara na początku.

Bardzo chciałabym dać Autom 3/5, ponieważ moim zdaniem na to zasługują. Bo są okej. Bo grzeją moje serce od czasu do czasu. Ale tego nie zrobię, bo to nie byłoby fair względem poprzednich trójek. Dlatego wiedzcie, że trochę z ciężkim sercem, ale wystawiam Autom 2/5. Muszę chyba przygotować sobie szerszą skalę...



8. Ratatuj (2007)

Och, jak ja kocham ten film! Uważam, że jest świetny, mimo mojego ogromnego lęku przed szczurami i myszami. Naprawdę go kocham.

Chociaż zawsze przewijam tę scenę, kiedy w kuchni babci odpada sufit, a i tak mam ją tak wyrytą w pamięci, że czasem muszę przewinąć całą sekwencję w kuchni babci.

To jest tak bardzo inspirujący film... To chyba jego najlepsza cecha - jest po prostu cholernie inspirujący. Gotować każdy może! I wszystko inne też każdy może! Dlaczego by nie!

Poza tym uważam, że to naprawdę zabawna produkcja - wtedy, kiedy ma być zabawna, oczywiście. Uwielbiam cytować ten film. I uwielbiam wizję Paryża, nie tak różowego, czystego i słodkiego, jak to nam zazwyczaj serwują animacje.

Na pochwalę bez wątpienia zasługuje też muzyka, która jest tak pięknie klimatyczna i wpadająca w ucho. Naprawdę ją lubię, to chyba jeden z moich ulubionych pixarowskich soundtracków.

Za to czuję, że muszę się wytłumaczyć, dlaczego nie dam Ratatuj najwyższej noty. Bo nie dam. Otóż, moi drodzy, w tym filmie jest za dużo przypału na moje biedne serce. Nie tylko nie mogę znieść scen w kuchni - nie mogę też znieść momentów, kiedy Remi okrada swojego człowieka albo kiedy ci dwaj się kłócą. Nie mogę znieść sceny, kiedy ten inspektor sanepidu ich nakrywa. I pewnie jeszcze jakiejś. Za dużo przypału.

O, i za dużo absurdu. W pewnym momencie jednak gdzieś się przebrała miarka, chyba kiedy wrzucili wspomnianego inspektora do chłodni. Nie wiem. Gdzieś ten film trochę przekroczył granicę twórczego naruszania prawideł rządzących wszechświatem.


Co oczywiście w żaden sposób nie zmienia faktu, że uważam, że jest świetny i należy go oglądać, bo ma w sobie pewną ponadczasową wartość. Taki film się nie zestarzeje brzydko. Tymczasem, szczerze i od serca, 4/5.



9. WALL·E (2008)


Pewnie mnie ktoś pobije za to, co teraz napiszę. Ale oby nie.

Uważam, że oceniając Wall-E, często zapominamy o tym, że ten film ma sceny z ludźmi. Niezbyt udane sceny z ludźmi. Ogólnie to tam się dzieje więcej niż kilka ujęć robotów odkrywających w sobie emocje, z piękną muzyką w tle. Wątek romantyczny tego dwojga ludzi momentami doprowadza mnie do szału. Ten zbuntowany komputer, AUTO, to przecież HAL z Odysei kosmicznej i jakoś nikt nie uznał tego za chamskie podebranie pomysłu i designu, tylko za mrugnięcie okiem do widza. What? Jakie mrugnięcie? Chyba uderzenie pięścią w twarz. Wymyśl własnego antagonistę, pls.

Ogólnie wizja przyszłości w tym filmie jest kompletnie nieoryginalna, nieprzemyślana w żadne sposób i najbardziej kiczowata, jaką widziałam. Naprawdę. Zanieczyścimy ziemię, zwiejemy z niej, będziemy grubi i jeść syntetyczne jedzenie bez smaku - to jak mieszanka najgorszych wizji przyszłości i do tego w żaden sposób nie uzasadniona, nie zgłębiona, nie rozwinięta. Po prostu tak się wydarzyło, no ale ludzie wracają na ziemię i ją posprzątają, bo się sama uleczyła już. Co.

Więc to są te złe rzeczy. Ale mamy też dobre.

Na przykład, ja bardzo lubię wstawki live-action. Zazwyczaj nie przepadam za takimi zabiegami, ale tutaj naprawdę mają cel, są przemyślane i poprawiają wizję artystyczną. Same plusy. 


Jeśli też zapomnę o wątkach ludzkich, to oczywiście, że to jest arcydzieło. Define Dancing to jedna z najpiękniejszych scen w historii animacji. Wszystkie sceny, gdzie się nikt nie odzywa, są tak pięknie i pieczołowicie zrobione, że za każdym razem po prostu mi przykro, kiedy ktoś się w końcu odzywa. Ach, gdyby tylko ten film nie miał tych animowanych ludzi. Albo chociaż trochę lepiej miał ich napisanych. Nie będę kłamać, dla mnie sceny z robotami to dużo lepsze studium ludzkiej natury niż wszystkie ludzi w tym filmie. 

Dlatego za te sceny powinnam odebrać ze dwie gwiazdki. Ale odbieram jedną, bo nadal film się przecież broni, ma cudowną muzykę, rozczula i wzrusza. I jednak jest niesamowitym dziełem.



10. Odlot (2009)


Ach, będę się teraz powtarzać.

Odlot pięknie się zaczyna i wspaniale się kończy. A w środku jest dość średni.

Ogólnie zamysł i przemiana głównego bohatera są fantastyczne, ale niech mnie coś trafi, jeśli nie lubimy wybiórczo pamiętać i tego filmu. Pamiętacie sceny z antagonistą? Jego gang gadających psów? Albo tego wielkiego strusia? Jakoś nikt o tym nigdy nie wspomina.

Niestety, prawda jest taka, że ten antagonista to jest biednie bardzo napisany i w ogóle cały ten przygodowy środek można by wywalić i wstawić zupełnie co innego i rezultat mógłby być ten sam. Tak bardzo jest to integralna część historii.

Osobiście kochałabym ten film duuużo bardziej, gdyby to była jednak powolna wędrówka, zupełnie bez antagonisty, a nie przygodówka z gadającymi psami. Po prostu mi się to nie klei.

Doceniam za to, że jest to opowieść o starcu i małym azjatyckim chłopcu, pewna refleksja na przeszłość i ogólnie od tej strony - dużo bardziej przypomina niezależne kino animowane, a nie wielką komercję Disneya. Szkoda mi tych bebechów, no. Bo naprawdę płaczę na początku, płaczę na końcu i jeszcze cztery razy w środku.


Dlatego tak rzadko oglądam Odlot. Nie da się, po prostu się nie da... Ale to dobra rzecz. Bo przez to nie da się zignorować, jak wielkie umiejętności mieli ludzie, którzy tak te wątki zdołali poprowadzić. Mogła z tego wyjść kiczowata klisza, a wyszedł najbardziej wzruszający film animowany, jaki istnieje.

Nie da się tego tak po prostu olać, więc zupełnie świadomie wystawiam Odlotowi tłuste 4/5. Zabieram gwiazdkę nawet nie za gadające psy, ale za czarny charakter tak niepotrzebny, że nawet nie pamiętam, czego chciał i dlaczego. Po co pisać takie czarne charaktery?



11. Toy Story 3 (2010)


Pffffff... nie wiem, od czego zacząć.

Moim zdaniem to jest trochę, hm, niepotrzebny film. Naprawdę. Wątek porzucania zabawek już porusza poprzednia część i Chudy mówi wtedy "Andy dorasta... Ale chcę być z nim, jak długo się da". Niby naturalnym przedłużeniem byłoby dorastanie Andy'ego. No tyle że nie. To dla mnie jest kwestia pięknie zamknięta. Tymczasem dostajemy całą historię z tego.

I to nie jest historia dobra. Naprawdę, nie wiem, czym się ten świat tak zachwycał wtedy, bo ja pamiętam tylko, że wyszłam z kina porządnie zażenowana.

Ciężko mi wysnuć jakąkolwiek myśl przewodnią całego filmu, po co właściwie mi tę historię opowiadają. Oczywiście, ma wiele dobrych scen - opowieść Tulisia czy wszystko, gdzie jest Ken, no umówmy się - ale one się wszystkie nie spinają dla mnie ładnie w jedną całość. Nie dlatego że odmawiam Andy'emu prawa do dorastania, bo jestem przesadnie sentymentalna. Absolutnie. Ja co prawda zabrałam ze sobą na studia moje czterdzieści lalek, ale ja to co innego. Po prostu dla mnie to kolejny raz ta sama opowieść - zabawki znajdują się gdzieś, gdzie nie powinny i chcą wrócić - ale tym razem nie dodaje niczego na plus do całej trylogii. Nie dostajemy postaci, które idealnie wpasowują się w całość bandy. Dostajemy za to cały tłum postaci, z których żadnej nie potrafię wymienić. Nie rozwijają nam się nasi główni bohaterowie - bo już skończyli swój rozwój w poprzedniej części, za wiele więcej się nie da.  Wreszcie - to nawet nie jest dobra przygodówka.

nie kojarzę żadnej Barbie z takim mejkapem, ale rozumiem, że kultowe niebieskie rzęsy nie mają racji bytu w świecie Toy Story
Toy Story 3 to takie trochę nie wiadomo co i nie wiadomo na co. Można to było zrobić lepiej, ale to trzeba mieć było lepszy pomysł "ANDY DORASTA... kto ma jakieś pomysły, co w związku z tym?". Bo na przykład caluuśki wątek przedszkola w kontekście tej historii jako całości, wszystkich trzech części jako całość, to robi bardzo niewiele. Kolejny raz Pixar ma pomysł na początek i na koniec, a środek zapycha jakimiś przypadkowymi bebechami.

Och, mamy też rozwinięty wątek romantyczny Buzza i Jessie, bo to jest to, czego potrzebujemy... W ogóle nie jestem fanką, przykro mi.

Naprawdę, sceną, która najbardziej zapadła mi w pamięć (oczywiście poza So long, partner), jest ta, gdzie Buzz gada po hiszpańsku. To zły znak dla całego filmu. Naprawdę, coś gdzieś się zepsuło. I, szczerze mówiąc, odkąd ten film wyszedł dziewięć lat temu, nigdy aż do teraz, do niego nie wróciłam. Nigdy nie miałam ochoty obejrzeć go jeszcze raz. To dla mnie jednak największy wyznacznik moich uczuć co do Toy Story 3. Może to i jest arcydzieło - ale co z tego, skoro nie mam ochoty go oglądać?



12. Auta 2 (2011)


Tu będzie krótko: dno.

To jest ta granica absurdu, o której wspominałam przy opisie pierwszej części. Druga część Aut to już jest parodia samego siebie, i choć zabawna, to jednak słaba. To nie jest dobry film. Nie robi się takich rzeczy. To jest, bez dwóch zdań, najgorszy film Pixara. Nie ma w ogóle konkurencji.

Ten film się kupy nie trzyma totalnie. Trzeba mieć naprawdę sporą tolerancję na absurd, żeby nie wywracać oczami. Ciężko w ogóle przyjąć, że to taka konwencja, skoro obok stoi pierwsza i trzecia część - zrobione w zupełnie innym stylu.

O co tu w ogóle chodzi? Kto to wymyślił? Dlaczego?

Najgorsze z tego wszystkiego jest to, że to nie jest po prostu słaby film. To jest słaby i niezapadający w pamięć film. Najgorszy przypadek. Nieuleczalna choroba. Zabij mnie, a nie opowiem, co się w Autach 2 w ogóle dzieje. Poza oczywiście PRZEZABAWNĄ komedią omyłek i nieporozumień. Bo to lubimy najbardziej, co nie?


To jest po prostu sztandarowy przykład: jak nie robić sequeli. Niczego nie rozwija, niczego nie dodaje. Po prostu parodiuje swój własny świat przedstawiony. Wtf.

Najlepszy element Aut 2 to bez wątpienia papież-auto w papamobile. Za to ujęcie wystawiłam Autom 8/10 na filmwebie. Naprawdę. Ale teraz tego nie zrobię i bez zbędnych formalności powiem prosto z mostu: nie ma litości.

Najniższa nota dzisiaj: 1/5.



13. Merida Waleczna (2012)


Za to też mnie możecie hejtować, ale muszę to powiedzieć: nie lubię Meridy. Ani postaci, ani filmu.

Po prostu nie mogę zdzierżyć postaci, które buntują się w tak bezmyślny sposób wobec absolutnie wszystkiego, nie potrafią z nikim porozmawiać, robią absolutnie i totalnie, co chcą, a potem się dziwią, że ktoś ma im to za złe, nie rozumieją kompletnie, że obowiązują ich normy społeczne i pewne obowiązki, albo że może są łatwiejsze sposoby przekonania swojej matki, że się nie chce wychodzić za mąż, niż, cholera, magia.

To jest tak głupia fabuła, że mnie to boli. Nastoletnia córka zamienia swoją matkę w niedźwiedzia, bo nie potrafią ze sobą jak ludzie porozmawiać. Każdy może się utożsamić z tymi problemami.

Ja się chyba starzeję.

W każdym razie biorąc pod uwagę, jak częstym motywem jest nierozważna magia, z której się korzysta pod wpływem silnych emocji, można by pomyśleć, że to coś, z czym współcześni ludzie mają wielki problem.

Ja wiem, że to nie jest film o magii, tylko o komunikacji i macierzyństwie i bla bla bla. Denerwuje mnie Merida i nie potrafię jej problemu z mamą traktować przez to jak coś, co może mieć odniesienie to moich konfliktów. Nie jestem takim typem człowieka. Ja rozumiem, że pewne położenia nakładają na ciebie pewne obowiązki. Choćby to było bycie księżniczką.

Chociaż mnie też by nikt z przymusu do ślubu nie zaciągnął, jeszcze większą wojnę bym pewnie rozpętała niż Merida, hah.

W każdym razie Pixar próbował zrobić księżniczkę-feministkę, a wyszła im najbardziej rozpuszczona i nie do strawienia księżniczka, jaką mieliśmy przyjemność oglądać.

To mi rzutuje na cały film, którego w rezultacie nie uważam za nic wspaniałego, jak to niektórzy twierdzą. Uważam, że najlepszym elementem Meridy jest bez dwóch zdań muzyka, bo piosenki są świetne, a Touch the Sky to jedna z moich ulubionych piosenek ever. Drugim najlepszym elementem jest strona wizualna. To naprawdę bardzo ładny film.


Chociaż okropnie ciemny, szukam teraz screena do zilustrowania postu i nie mogę znaleźć ujęcia, na którym widać, co się dzieje. Ciekawe.

Ach, no i trzeba mu oddać, że Pixar jak rzadko animuje kobiety z długimi, rozpuszczonymi włosami, to jak już się do tego zabiera, to wychodzi coś pięknego.

Szkoda, że film jest jednak nudny, przewidywalny i co najwyżej poprawny. Żadnych fajerwerków, nigdy.



14. Uniwersytet potworny (2013)


O, porozmawiajmy o niepotrzebnych prequelach.

To jest film absolutnie ze wszech miar poprawny. Ma okej historię, ma spoko muzykę, ma dobre postaci (bo nie jego) i nie jest ogólnie tragiczny. To po prostu zwykły film, który dzieje się w collegu, ot. Żadnej fantazji. Nic z pomysłowości oryginału.

Uniwersytet potworny nawet nie udaje, że jest czymś więcej niż skokiem na pieniądze. Bo jest niepotrzebny. W żaden sposób nie pogłębia relacji między bohaterami, nie pokazuje nam istotnych wydarzeń w przeszłości, nie sprawia, że lepiej nam się ogląda oryginał. 

Po prostu jest.

Ale najgorsze z tego wszystkiego jest to, że każe nam ignorować bezpośrednią wypowiedź Mike'a z pierwszej części, w której jednoznacznie stwierdza, że znał Sully'ego na dużo przed uniwerkiem.

No ej. Tak się nie robi, pobite gary. Jak chcesz robić prequel, to sprawdź swoje fakty, a nie robisz z widza idiotę.


Poza tym żadna z nowych postaci nie owładnęła moim sercem, żaden cytat nie zapadł w pamięć, ot, obejrzałam go kilka razy i pewnie jeszcze kiedyś obejrzę, ale to nie zmienia faktu, że za każdym razem tak samo ucieknie mi z głowy z prędkością światła. 

Dlatego 3/5. To nie jest zły film. Po prostu przeciętny do bólu.



15. W głowie się nie mieści (2015)


O, a tego kwiatuszka nawet tu kiedyś recenzowałam i generalnie podtrzymuję to, co mówiłam wtedy.

To jest ciekawy, oryginalny film, który wciąga i emocjonuje i naprawdę jest zrobiony od początku do końca z pasją i zaangażowaniem. Choć moja ulubiona strona W głowie się nie mieści to ewidentnie ta wizualna, bo jeśli chodzi o projekt, to wszystko w tym filmie zachwyca. 

Ogólnie do całego wnętrze mózgu twórcy podeszli z wielkim wiadrem kreatywności i to się bardzo ceni. To oryginalny pomysł, w dobrym opakowaniu i z niezłą historią, choć zawsze trochę siada mi na mózg, jak bardzo Riley jest więźniem swoich uczuć. Właściwie nie podejmuje żadnych decyzji w sprzeczności z nimi, to mnie trochę przeraża.

Jedyne, co naprawdę mi nie pasuje, to brak takiego prawdziwego załamania w fabule, takiego drugiego plot point, klasycznej końcówki drugiego aktu, kiedy wszystko się zwala na bohaterów i nic nie zostaje (ani jeden sznycelek) i trzeba się wygrzebywać z ruin.  Mamy oczywiście "śmierć" bohatera, ale ona nie ma takiej samej mocy i nie ma takiego samego efektu na postaci. Z jednej strony, można się kłócić, że to dobrze, że Inside Out zrywa z tymi utartymi schematami budowy historii, ale z drugiej - nie ma powodu, żeby to robić, a w efekcie ogląda się to trochę dziwnie. Jakby czegoś brakowało. Przynajmniej ja mam zawsze takie wrażenie, jakoś ta historia płynie, ale nic jej nie załamuje i to trochę mi przeszkadza.

Takie mam upodobania, no cóż. Jestem prostym człowiekiem i lubię angst.


Poza tym ciężko jest się do czegoś przyczepić, poza tym, że tak jak Nemo, W głowie się nie mieści nigdy tak się do mnie nie przylepiło, nie siedziało mi w głowie tygodnie po seansie i nie odczuwam wielkiej chęci oglądania tego non stop - a to jest dla mnie jednak cecha, która deklasuje wszystkie inne wymagania, i są filmy, które potrafią taki efekt osiągnąć. Jest ich naprawdę sporo, wbrew pozorom, więc to nie jest jakiś pomysł od czapy.

Generalnie W głowie się nie mieści robi wszystko dobrze. Po prostu inni robią to lepiej. 



16. Dobry dinozaur (2015)


O, to jest najmniej lubiany przeze mnie film Pixara. Podczas gdy Auta 2 mają pewną ironiczną wartość w sobie, jak The Room, można się po prostu śmiać i czerpać pewien rodzaj przyjemności z tego seansu, to z Dobrego dinozaura to się wychodzi kompletnie bez przyjemności. 

Polecam w ogóle poczytać sobie o zawirowaniach za kulisami przy produkcji tego filmu, bo to, co się tam działo, to jakiś totalny kosmos. I tak nieźle, że wyszedł film po prostu tragicznie nijaki, a nie po prostu bezprecedensowo zły. Bo były ku temu predyspozycje.

Nawet sam reżyser (ten ostateczny) niemal wprost przyznał, że bardziej zależało mu na stronie wizualnej niż na samej historii - co widać. Od razu. Naprawdę, tła są tak piękne, że cały seans zastanawiałam się, czy to czasem nie prawdziwe ujęcia świata z doklejonymi dinozaurami. Bo tak to wygląda, niestety, W rezultacie cała estetyka zupełnie mi nie podeszła, bo pasuje to do siebie jak pięść do nosa.

Fabularnie Dobry dinozaur leży i kwiczy. Tam się nie dzieje absolutnie nic ciekawego, nie ma ni jednego emocjonującego wątku, a postaci są tak sztampowe, że widziałam je w każdym "coming-of-age" filmie.

Właśnie, tylko tam to byli ludzie, a tu mamy dinozaura. I też człowieka. Który zachowuje się jak piesek. Wiem, że jestem w mniejszości, ale dla mnie takie odwrócenie ról jest kompletnie odrzucające, prawie że niemoralne i całkowicie nieciekawe. Bo to jest kompletnie standardowy, nieciekawy film o dorastaniu, tylko zamiast chłopca i pieska, mamy dinozaura i człowieka.

No, awangarda. 


Postaci są nieciekawe, fabuła jest nieciekawa, a przygody są nudne jak flaki z olejem. Jedyny dobry element Dobrego dinozaura to te nieszczęsne krajobrazy, ale dla mnie to też kompletny strzał w kolano. Nie po to oglądam animacje, żeby widzieć fotorealizm. Nie po to się wybiera animację jako formę wyrazu. To doskonale zrozumiał na przykład ostatni animowany Spider-Man, ale najwyraźniej Pixar ma z tym duży problem.

Może problem byłby mniejszy, gdyby nie zwalniali reżyserów, którzy bardziej cenią sobie dobrą historię niż kwestie typu, jak silny komputer trzeba, żeby wyrenderować hiperrealistyczną wodę. A potem gdyby nie zabierali im władzy nad projektem życia,

Nie ma w tym filmie nic, co by mi się podobało i to nie jest przesada. Widać po nim, że był pisany na kolanie i wyreżyserowany przez człowieka bez wielkiej siły przebicia czy artystycznej wizji. Dostał zadanie i wyreżyserował. Komu tam potrzebne są pasja i serce!

Chociaż i tak należy mu się uznanie, że potrafił w jakikolwiek sposób uratować tę chodzącą masakrę.

Dobry dinozaur to jest główny powód, dla którego mam teraz napiętą relację z Pixarem i ten się musi przede mną rehabilitować. Idzie średnio.

Jak chcecie obejrzeć film o oswajaniu bestii i dorastaniu, to nadal nie ma nic lepszego niż Jak wytresować smoka, sorry.



17. Gdzie jest Dory? (2016)


Ech, ciężko mi w ogóle coś na ten temat powiedzieć. Naprawdę, nie mam kompletnie opinii o Gdzie jest Dory. None. Zero. Null.

To jest generalnie ten sam film, co Gdzie jest Nemo, jak zresztą wskazywałby tytuł. To trochę zabawne przypuszczać, że te ryby się tak często gubią i ganiają za sobą, biedny Marlin, całe życie tylko gania za nimi, a marzy mu się spokojne życie. Biedaczek.

To jest bardzo ciekawy sequel, bo daje nam background dla Dory, która nie dostaje za wiele ekspozycji w pierwszym filmie, poprawia się też warstwa wizualna i, bez kitu, to pierwszy współczesny film animowany, gdzie zauważyłam zlokalizowane napisy. A to więcej niż wspaniałe.

Za to cierpi trochę na te same problemy, co pierwsza część. Nie zapadł mi kompletnie w pamięć. Nie planuję oglądać Gdzie jest Dory w najbliższej ani dalszej przyszłości, nie będę wspominać jej z rozrzewnieniem i w ogóle nie miała żadnego na mnie wpływu. Obejrzałam. Nieźle się bawiłam. Case closed.

Ogólnie wszystkie zalety i wady Nemo przechodzą dla mnie też na Dory, co chyba jest plusem, bo przynajmniej ducha pierwszej części oddaje nam ten sequel.


Najlepiej pamiętam za to cameo Krystyny Czubówny. Cudo, za takie akcje kocham dubbing.

Myślę, że Gdzie jest Dory to ogólnie dobry film, ale bez szału. Fakt, że mam tak samo do powiedzenia na jego temat, chyba mówi sam za siebie. Gdybym Gdzie jest Dory miała ocenić jednym gestem, to wzruszyłabym ramionami. To jest to.

Za to wierzę, że dla ludzi, który kochają Nemo, Dory ma kompletnie inny wydźwięk. I to jest dobre! Tak długo, jak coś nam daje radość, to nie ma żadnych problemów.

Tyle że to nie jest film dla mnie, bo ja nie jestem jednym z tych ludzi, a to jednak film głównie dla nich. Tak więc bierzcie i oglądajcie, a ja zostanę przy moich ulubieńcach :).



18. Auta 3 (2017)


Ostatnio już się wypowiadałam, więc teraz też krótko.

Niczego innego się nie spodziewałam. Dostałam to, co mi było obiecane. Nic mnie totalnie nie zaskoczyło - ani pozytywnie, ani negatywnie.

To jest bardzo prosta historia, ale za to chociaż szczerze zareklamowana. Ładna pieczęć, dobrze zamyka trylogię (i proszę jej już nie wskrzeszać).

Nadal uważam, że pierwsze Auta są najlepsze, bo się je najprzyjemniej ogląda, ale te też dają radę, szczególnie po tym, co znamy pod nazwą Auta 2. Nie jest może to najzabawniejszy film, ani najbardziej poruszający czy cokolwiek, ale wykonuje taką robotę, jaką mu przykazano. Nic więcej i nic mniej.

Spoko film do obejrzenia i pewnie zapomnienia.

Za to nie będę udawać, że wycisnął ze mnie łzy i żeńska wyścigówa to zawsze dobry widok.

Jeśli tylko Pixar już nigdy tego uniwersum nie wskrzesi, to będzie naprawdę spoko. To nie jest coś, co zmienia życia, ale trochę rozjaśnia ciemne popołudnie, a często wcale nie trzeba niczego więcej.


Wielki brak tego filmu, to oczywiście Witold Pyrkosz, ale muszę pochwalić Mariana Opanię, bo nie próbował wcale zapełnić tej dziury jakimś sztucznym odtwarzaniem, tylko zagrał tę rolę po swojemu i zrobił to wcale nieźle. Chyba najlepsze zastępstwo, jakie można było wybrać.

Nie ma co się tu rozpisywać. Auta jakie są, każdy widzi.

(Ale ubicia Wójta to nie wybaczę, toż to najlepsza postać!).



19. Coco (2017)


No za to już naprawdę ktoś mnie shejtuje, ale mówiłam już wiele razy i powiem jeszcze raz: nie podobało mi się Coco!

Nie dlatego że nie mam serca, ale dlatego że nie patrzę na film przez pryzmat dwóch scen, na które ktoś miał pomysł. A cały ten przygodowy środek to straszna strata czasu. Po prostu patrzyłam na zegarek, cały czas poganiając w myślach bohaterów, że hej, może pora już dotrzeć do celu? Ile jeszcze durnych przygód?

Prawda jest taka, że Coco powinno być tak z pół godziny krótsze i tylko by na tym zyskało.

Wreszcie, sławna scena końcowa, też mi się nie podobała. Bo znowu była za długa. Pamiętam bardzo wyraźnie, że aż powiedziałam na głos "Zaśpiewaj w końcu tę piosenkę i miejmy to z głowy". Całe Coco takie jest - na siłę rozciągnięte.

Oczywiście, że doceniam meksykański charakter całego filmu i w ogóle pokazanie Alzheimera, bo to jest potrzebne i wszystkie kroki w tym kierunku to kroki warte docenienia.

Co nie zmienia faktu, że to film nudny, przeciągnięty, niezaskakujący i teraz wstrząsnął światem, ale za kilka lat już mało kto będzie o nim wspominał. Ot. 

Nawet muzyka nie była jakaś zajmująca. Co najwyżej okej. Pamiętaj mnie za to jest tak na łatwiznę zrobione, że ciężko coś konstruktywnego o tym powiedzieć więcej. Ta piosenka brzmi dokładnie tak, jak sobie to można wyobrazić po tytule, a wszyscy tak się nią zachwycali, bo ma taką ważną i wzruszającą rolę w fabule. Nie dlatego że jest dobrą piosenką.

Zresztą, czy naprawdę nie ma innych imion niż Miguel? Wysilcie się trochę.

No i to okropne cameo Fridy Kahlo, bo to oczywiście jedyna postać z Meksyku, o której ktoś spoza Meksyku potrafi coś powiedzieć. Najczęściej "taka malarka", ale jednak coś.

A to się rozciąga też na Dzień Zmarłych, bo według każdej wytwórni to najwyraźniej jedyny ciekawy element kultury latynoskiej. Droga do El Dorado to chwalebny wyjątek, szkoda tylko że tam też jest Miguel.

I to jest mój problem z Coco - jest bardzo, bardzo "overhyped", nie prezentuje sobą tak naprawdę nic rewolucyjnego, ma pomysł na dwie sceny, a środek dłuży się tragicznie, a potem usiłuje się mi wmówić, że to arcydzieło. 

No nie.

To okej film, ale niewiele więcej.



20. Iniemamocni 2 (2018)


BOŻE, JUŻ OSTATNI.

Też nie tak dawno wypowiadałam się o Iniemamocnych 2, więc też się jakoś szczególnie nie rozpiszę.

To nie jest takie arcydzieło, jak pierwszy film, bo ten chce trochę za bardzo. Porusza tak wiele problemów, że czasem kompletnie nic z nich nie wynika.

Ewidentnie najmocniejszym elementem Iniemamocnych jest wątek Boba jako pana domu, ogląda się to znakomicie, ten segment ma na siebie mnóstwo pomysłu i całe wiadro uroku. Wątek Elastyny jest trochę mniej ciekawy, bo dosyć standardowy i to właśnie tam szwankuje nam historia - podłapując jakiś temat, a zaraz go porzucając, żeby zająć się jakimś innym. Choć, nie ukrywam, oglądanie tradycyjnych ról płciowych zamienionych i nieusłyszenie żadnego durnego żartu o miejscu kobiety i o tym, jak to faceci nie czają i tak dalej - cudowna sprawa.

W ogóle sceny z motocyklem Elastyny zawsze wywołują u mnie dziwne uczucia, bo przypominają mi o jej zabawce z McDonalda z takim właśnie elastycznym brzuchem, którą tak naciągałam i wystrzeliwałam, i raz zrobiłam to w kościele i wpadła mi do konfesjonału. To był pogrzeb.

Taka mała dygresja.

Generalnie film jest przezabawny, ogląda się go naprawdę dobrze, szkoda tylko, że tak się w sobie sam gubi, bo mógłby dorównywać pierwszej części. Naprawdę. Ma potencjał.


Ostatecznie wychodzi na to, że to chyba mój drugi ulubiony sequel Pixara, jak tak patrzę na tę listę, więc zdecydowanie na plus. Naprawdę bardzo dobrze się bawiłam i mam ochotę do Iniemamocnych 2 wrócić. Cud.

Ale, naprawdę, polecam sobie obejrzeć te wycięte sceny z pierwszej części. Zobaczycie, jak pięknym i naturalnym przedłużeniem tych odrzuconych pomysłów jest ta część. Wszystko się ładnie składa w całość.



I to już wszystkie filmy, uf. Pozdrawiam z tego miejsca Agatę, która zaraz przyleci z komentarzem, jak bardzo się ze mną nie zgadza. I to jest okej! Napiszcie, gdzie się mylę i jestem głupia, albo może się w czymś zgadzamy :).

Jeśli udało ci się przeczytać tę kobyłę, to zostaw coś po sobie w komentarzu!

  • Share:

You Might Also Like

9 komentarze

  1. Nie szaleję specjalnie za Pixarem, lwia część tych filmów jest dla mnie w porywach okej, ale mam soft spot dla niektórych z nich - i to właśnie te za którymi nie przepadasz. I to nie tak, że się nie zgadzam, bo twoja argumentacja jest naprawdę logiczna i zawsze jak mówisz mi, dlaczego ci się nie podobają, to odpisuję coś w stylu " no tak, ale>;((((". Stawiam Dobremu Dinozaurowi czy Meridzie inną poprzeczkę trochę i nie mam pojęcia dlaczego. Chociaż w sumie - kupuję wszystkie przeciętne, miłe fabuły z wartościami rodzinnymi wplecionymi, to moja słabość. Dlatego pozwoliłam sobie ominąć fragment o Dobrym Dinozaurze bo mam blokadę na przyjmowanie do wiadomości, że to nie jest jakiś niesamowity film tylko i wyłącznie dlatego, że go uwielbiam, bo uważam że jest przesłodki XDDXD nie fair, ale tak już robię. Przynajmniej co do Ratatuj się zgadzamy (prawie, bo dałabym mu pięć).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Alicja z anona9 lutego 2019 18:06

      Ratatuj ma 10/5 w moim sercu, ale próbowałam być Poważnym Recenzentem

      Usuń
  2. Najbardziej nie zgadzam się z twoją opinią o Nemo. Jestem strasznie, ale to strasznie przywiązana do tego filmu. To jest najczęściej oglądany przeze mnie film. A przynajmniej wcześniej był, teraz trochę czasu minęło, od kiedy go ostatni raz widziałam. Dla mnie jest bardzo zabawny, za każdym razem świetnie się bawię, oglądając. Nadal znam go na pamięć, pamiętam dokładnie pewne sceny i cytaty. Ile razy mówię "Mówi się trudno i płynie się dalej"... Sceny z żółwiami... "Nie wyczaisz, ale kiedy one wyczają, to i ty wyczaisz, czaisz?" Boże, chyba coś jest ze mną nie tak, słyszę to w mojej głowię i się śmieję do komputera XD Dory mówiąca po waleńsku, "tak robią orki, nie?"... Dajdajdajdajdajdajdaj...
    Kocham ten film. Po prostu. Oglądałam go w domu, w podróży, używałam cytatów w rozmowie z rodziną (i nadal czasami używam). Na samo wspomnienie mam szeroki uśmiech na twarzy. Wychowałam się na tym filmie i mam ogromny sentyment.
    W dodatku wzrusza mnie relacja ojca i syna. Marlin najpierw ogranicza Nemo, nie chce, żeby mu się nic stało przez to, że stracił wszytskich oprócz niego. Chce dla Nemo jak najlepiej, ale w ogóle go nie słucha. W końcu jednak nie dość, że Nemo się czegoś uczy, to jeszcze Marlin zaczyna się go słuchać. Piękna scena "WSZYSCY W DÓŁ!", praca zbiorowa ryb, wolność <3 I lekkie odwrócenie ról, jak Marlin budzi syna do szkoły, a nie na odwrót, to on go pośpiesza. Moim zdaniem Marlin przeszedł wielką przemianę. Przepłynął cały ocean, by znaleźć syna. Miał wiele przygód, trochę się otworzył, a przede wszystkim zmieniło się jego zachowanie i podejście do życia. Był bardziej szczęśliwy.
    Nie wiem, ten film po prostu wywołuje u mnie wiele emocji. Za każdym razem.
    I jeszcze cytaty, który po prostu brzmią w mojej głowie i chcą być tu wymienione:
    "To to jest ojciec, i on szuka swojego syna, a ja nawet nie znałem swojego taty! *płacz*"
    "Amerykanie pewnie"
    "Brzydki, brzydki Żeluś"
    "Dziś jest ten dzieeeń, słoneczko świeci, woda jest czysta i... Woda jest czysta! Akwarium jest czyste!"
    "Bąbelki, bąbelki, bąbelki moje!"
    Okay, za bardzo się rozpisałam, ale kocham Gdzie jest Nemo <3
    Za to za Gdzie jest Dory za bardzo nie przepadam. Oczywiście, kiedy oglądałam ten film w kinie, to dobrze się bawiłam, ale jednak to już nie było to. Nie chciałam tak podobnego sequelu. Wolałabym, jakby rozwinęli wątek tych ryb z akwarium. Po napisach Gdzie jest Nemo jest scena, w której te ryby wskakują w workach do wody. Pojawiają się dopiero po napisach Gdzie jest Dory i nadal są w tych workach. No błagam, jak one przeżyły? Niech się w końcu uwolnią.

    *c.d. niżej, przekroczyłam liczbę znaków*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co do innych filmów, to nawet w dużej części się z tobą zgadzam.
      Też nie przepadam za Meridą, meh.
      Toy Story bardzo lubię i chyba też druga część jest moją ulubioną. Za to trzecia mi się też podobała.
      Auta: pierwsza najlepsza, przyjemny film, ale bez przesady. Druga część to totalne dno, absolutnie się zgadzam. ABsurd na absurdzie. A trzecia... Nie wiem, za bardzo przewidywalna dla mnie, ale nawet okay.
      Inemamocnych (wstyd przyznać...) dopiero niedawno obejrzałam. Ale uwielbiam. Drugą część widziałam po angielsku w kinie, ale też dobrze się bawiłam. No ale oczywiście pierwsze część zdecydowanie lepsza.
      Niestety nie oglądałam Potworów i spółki, może kiedyś. Na pewno mam w planach.
      Nie widziałam też Coco i Dobrego Dinozaura, ale jakoś nie żałuję.
      Odlot - nie da się nie płakać. ALe zgadzam się, że niestety antagonista jest taki sobie.
      Wall-e - mam podobne zdanie do ciebie, więc w sumie nie mam, co tu dodać.
      W głowie się nie mieści mi się bardzo podobało, ale miałam podobne odczucie do ciebie, że czegoś brakowało. Ale bardzo fajny film.
      A co do Ratatuj... Za pierwszym razem, gdy go obejrzałam, nie przypadł mi do gustu. Nawet nie wiem dokładnie dlaczego, no ale byłam wtedy dzieckiem. Przez to omijałam ten film. Sporo czasu upłynęło zanim ponownie go obejrzałam. Później lepiej go odebrałam, uważam, że jest całkiem dobry, ale nie wiem... Tak jakoś mało go pamiętam.
      Nie wiem, czy napisałam o wszystkim. Wiem, że się rozpisałam o Nemo, ale nie mogłam się powstrzymać.

      Super post, czekam na inne takie rankingi <3

      Usuń
    2. Aaaa, i to jest super! Mega, że tak ci się Nemo podoba i przyznaję ci absolutnie rację we wszystkim, co mówisz, po prostu ja się na nim nie wychowałam i jakoś mi tak... przepływa.
      Za to mam takie odczucia wobec Ratatuj :).
      Cieszę się, że się zgadzamy mniej więcej w reszcie! Ale musisz koniecznie nadrobić Potwory i spółkę, kaman.

      Usuń
    3. Obejrzę, obiecuję! Potwornie mi wstyd, że jeszcze tego filmu nie widziałam. Już od dłuższego czasu się zbieram, może w tym roku mi się to w końcu uda XD

      Usuń
  3. Z filmami animowanymi (nie tylko Pixara, ale Disneya też) to mam tak, że choć je kojarzę (wiem o co w nich biega), to nigdy nie wiem czy obejrzałam je w całości czy też nie, co świadczy o tym, że nie za wiele oglądałam bajek w dzieciństwie, a teraz to nie jest już to samo. I mimo, że wciąż planuję sobie nadrobić wszystkie te dzieła, to tego jest po prostu masa...
    Z tego co widzę, to nigdy nie ciągnęło mnie do filmów Pixara, zawsze nie przepadałam za Potworami, Iniemamocnymi, Toy Story czy Dawno temu w Trawie (nie wspominając o Autach) i w sumie nie wiem z czego wynikało to moje uprzedzenie, bo jak ostatnio oglądałam kawałek Iniemamocnych, to zdałam sobie sprawę, że to nie jest taki zły film.
    W każdym bądź razie podziwiam za chęć napisania (i samo napisanie) tego posta! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, twoje pierwsze zdanie utwierdza mnie w przekonaniu, że pora zacząć pisać o animacjach niszowych i tych niekierowanych do dzieci. Chociaż się boję, że to trochę nie moja dziedzina, bo przecież to już prawdziwa sztuka i kultura, a ja się na tym nie znam! no ale ktoś musi to w końcu zrobić :).
      O, ja tak mam z wieloma kultowymi kreskówkami! Powszechna sprawa :D.
      Dzięki!

      Usuń
  4. 1.Ratatuj
    2.Wall-e
    3.W głowie się nie mieści
    To tak jeśli chodzi o miejsce w serduszku.
    Nie mam nic na tyle ciekawego do powiedzenia żeby rozwlekać ten komentarz ¯\_(ツ)_/¯

    OdpowiedzUsuń

Szanujmy się nawzajem.