Spider-Man: Uniwersum wyznacza nowy standard

By Alicja Kaczmarek - 1/12/2019

Ach, jak tam nasz ostatni superprzebój?


Zacznę od trzech rzeczy: Into the Spider-verse nie jest moim ulubionym filmem superbohaterskim, ten tytuł nadal dzielnie dzierży trzeci Thor, nie jest też moją ulubioną animacją (no kaman), ani nie uważam, że jest filmem wybitnym.

Jest za to filmem bardzo dobrym. Przede wszystkim zdaje sobie sprawę z tego, że jest animowany i czerpie całymi garściami z możliwości, które mu to daje. To jest tak piękne wizualnie dzieło, że nie da się nim nasycić. Estetyka, zabawa konwencją i praca kamery są po prostu doskonałe. Zarówno wszystkie ujęcia typowo z kart komiksów, jak i typowo kreskówkowe i filmowe: wszystkie znajdują tutaj swoje piękne miejsce. Tak samo projekty postaci, gdzie na szczególną uwagę zasługuje Kingpin. Jedyne, co może trochę drażnić, to też efekt rozmycia, bo po prostu niektórych nas, wrażliwych, unikających filmów 3D jak ognia, może boleć od takich rzeczy głowa. Ale to nie duży problem, bo przynajmniej ja, szybko się przyzwyczaiłam.


Film może sobie pozwolić na dużo więcej odwagi niż jakikolwiek film aktorski. Kto by przypuszczał, że dostaniemy Milesa Moralesa na dużym ekranie tak szybko! Kto się spodziewał, że zobaczymy Spider-Gwen kiedykolwiek, albo że dane nam będzie ujrzeć tak kozacką ciocię May? Nie będę ukrywać, że moim zdaniem to w stu procentach zasługa faktu, że to animacja. Disneyowi tak bardzo brakuje odwagi do zwyczajnej reprezentacji, że powinno im być wstyd w tej dokładnie chwili.

Coś, czego nie da się w Into the Spider-Verse przegapić, to po prostu miłość do Spider-Mana, która z niego wypływa i przenika każdą klatkę i każde słowo, coś cudownego. Wydaje mi się, że to dlatego ten film oglądało mi się tak przyjemnie, z wielkim uśmiechem. Po prostu widać w nim czystą pasję, ten nieuchwytny element, magiczne to coś.


Uważam za to, że pierwszy akt filmu, zanim Miles zostaje Spider-Manem, dłuży się niemiłosiernie i jednak trochę bym to skróciło.

Za to na przykład muzyka jest niesamowita i zupełnie nie w moim stylu, a i tak podoba mi się bardzo, bardzo, bardzo.

Chciałabym za to, żeby ten film jednak trochę bardziej zaskakiwał w warstwie fabularnej. Nie ma tam właściwie żadnego niesamowitego twistu. Dzieje się dokładnie to, czego się w sumie spodziewasz. Za to nie potrafię mu odjąć, jak bardzo jest przemyślany, jak dojrzale traktuje swoje problemy, jak porusza widownię i z jakim oddaniem podchodzi do swoich bohaterów.

Boże, więcej filmów z czystej pasji.


W każdym razie, podoba mi się szczególnie jeszcze jedna rzecz: że to nie jest tak w sumie film superbohaterski per se. Znaczy, jest, oczywiście. Ale nie wydaje mi się, aby ocalenie Nowego Jorku to to, co ten film chce nam opowiedzieć. To też, oczywiście, ale nie tylko. I jeśli za filmy superbohaterskie zabiorą się ludzie z głową na karku, to mam nadzieję, że superhero wejdzie w krew jak moe w anime. Na stałe. Bo to nie będzie jeden gatunek, tylko będziemy mieć superbohaterów we wszystkich konwencjach. To się powoli dzieje, bo zwykłe nawalanki nam się znudziły. Czy ta transformacja się urzeczywistni? Bardzo bym chciała, ale biorąc pod uwagę, że Hollywood to tchórze - wątpię. Dlatego swoje nadzieje pokładam w serialach i właśnie animacjach.

Superbohaterska komedia romantyczna? Yes, please.


Konkluzja jest więc taka, że to przede wszystkim piękny film, ale nie tylko. Idzie się pośmiać, wzruszyć i siedzieć na brzegu siedzenia. Zdecydowanie warty zobaczenia, tym bardziej, że już Disneyowi zakosił Globa sprzed nosa :).

  • Share:

You Might Also Like

2 komentarze

  1. Wspaniały post, Alicjo! Film również świetny, śliczny i widocznie stworzony z pasji. Ojeju, dawno nie bawiłam się tak dobrze podczas oglądania.

    OdpowiedzUsuń

Szanujmy się nawzajem.