Nie każdy film potrzebuje kontynuacji, czyli Ralph Demolka w internecie

By Alicja Kaczmarek - 1/15/2019

Cóż, siedziałam dobre kilka lat jak na szpilkach, nie mogąc się doczekać, a ostatecznie ostatnio tak zawiodłam się na filmie, kiedy wyszłam z Dobrego Dinozaura. Nawet na Moanie bawiłam się trochę lepiej. Co tutaj aż tak nie zagrało? No więc...

Jestem wielką fanką Ralpha Demolki, wiecie, tego pierwszego. To jeden z moich czterech ukochanych filmów Disneya (mam niegodny gust, ale wyprzedzam pytania, i do tego szlachetnego grona należą też Rodzinka Robinsonów, Lilo i Stitch i Piotruś Pan: Wielki powrót), uważam, że to fantastyczny powiew świeżości w kinie animowanym kierowanym do dzieci. Film z pomysłem, niebagatelnym przesłaniem, oryginalnymi postaciami w centrum, PLOT TWISTEM! a do tego szczerze wzruszający i zabawny. Fakt, że przegrał Oscara na rzecz Meridy Walecznej to jest jakiś smutny żart.

Za to sequel to zupełnie inna para kaloszy. Taka zużyta i wypluta para kaloszy.

Muszę tu z góry zaznaczyć, że oceniam ten film dużo surowiej niż normalnie, bo mam cały czas na uwadze pierwszą część, która jest absolutnie wyjątkowym filmem. Druga część nie jest.


Ralph Demolka w Internecie nie ma na siebie pomysłu. Wiecie, Ralph Demolka nie powstał z pomysłu "życie postaci retro gier na automaty". Powstał z pomysłu "nieakceptowana postać negatywna chce udowodnić, że jest częścią społeczeństwa". Druga część miała za to pomysł polegający na "bierzemy dwie postaci z pierwszego filmu i wrzucamy w  i n t e r n e t... a teraz, kto ma jakieś propozycje, co tam się może wydarzyć?". Przy tym uznaje, że ma do czynienia z kompletnym kretynem, który nie pamięta, o czym jest pierwsza część. Pamiętacie wątek Wandelopy? Wykluczonej z własnej gry i pragnącej zyskać dom? Get this, w drugiej części... ma ten sam wątek. Teraz spoilery z zakończeniaZnajduje inny dom, w grze online, do cholery, gdzie zostaje dodana do kodu, od wewnątrz, czego oczywiście żaden developer nie zauważy i w ogóle sielanka, bo to jasne, że się z powietrza biorą nowe postaci w grach, zupełnie nie pasujące do stylistyki, co nie. Norma. Po prostu... po co ten pierwszy film w takim razie? Przecież zakończeniem wątku Wandelopy nie było wcale Jestem teraz wolna i mogę wyjść z programu, tylko Jestem królową tego programu, kłaniajcie mi się. I jeszcze wmawianie nam, że nikt nie zobaczy jej zniknięcia? Jedynej postaci z supermocą, którą "dzieciaki uwielbiają"? No za kogo oni mnie mają?
Ale najlepsze jest to, że ja wiem, co to jest gra online, a one mają to do siebie, że szybko stają się popularne, a potem zdychają, aż się je wyłącza. 
Koniec spoilerów.

Moja mina po wyjściu z seansu. Nie dlatego że się wzruszyłam.
Film jest wyraźnie podzielony na dwa akty, które są po prostu... nudnawe. Mam tu podobny problem, jak z Coco. Nie można bohaterom rzucać kłód pod nogi, żeby na siłę przedłużyć ich przygodę. To się dłuży, siedzi sobie człowiek w fotelu i myśli Boże, dotrzyjcie już do celu. Nie będę kłamać - zerkałam na zegarek. Na Ralphie Demolce, na Boga!

Ogólnie cały pierwszy akt oglądamy mało wnikliwe obserwacje na temat social mediów, czas leci tam, jak chce, bo pierwsze dwanaście godzin to jakieś dwie sceny, a ostatnie cztery godziny to pół filmu, dostajemy nudne i jednowymiarowe postaci, jak ten algorytm BuzzTube i postać Gal Gadot, która jest tak wyprana z charakteru i motywacji, że nie wiem, kto mógł napisać tak paprotkową postać.

A potem wkracza drugi akt, który uczy nas, że przyjaciołom trzeba pozwalać iść własną drogą. Fajny morał. Nie tak fajny, jak ten z pierwszego filmu, ale jako morał się nadaje. Problem, że wszystkie akcje Ralpha są całkowicie out of character, bo zrobił dokładnie to samo w poprzednim filmie, ale przypadkiem i wiedział, że to błąd i zepsuł wszystko, a teraz umyślnie zrobił to samo i to z takiego durnowatego powodu, wiecie, nieporozumienia w fabule. Wszyscy to kochamy. Tak więc Ralph niczego się nie nauczył przez pierwszy film. Mimo że cały film opiera się na jego dorastaniu i zmianie z samolubnego dupka. W tym filmie znowu jest tym samym dupkiem. Bosko. A rozwiązanie akcji? Finałowe starcie?

Hm. Oglądaliście ten odcinek Kucyków, gdzie Spike rośnie w wielkiego smoka i Rarity mówi mu jakieś tam Istotne Rzeczy i on się zmniejsza? No to widzieliście nowego Ralpha Demolkę.

Przecież tu wcale nie ma żadnej stawki. Nikt nam znany i kochany nie przestanie istnieć, nie ma żadnego poświęcenia, nie ma wielkiego wyścigu, nawet czarnego charakteru nie ma. Czym mamy się ekscytować w finałowych scenach?


Zresztą morał fajny, szkoda tylko, że jednocześnie częścią tej wiadomości jest, że to okej nie rozmawiać szczerze z przyjaciółmi, bo Wandelopa najpierw powiedziała Ralphowi, że nigdy go nie chce na oczy oglądać, a potem "Głuptasku, nigdy tak nie mówiłam!". Co? Kto to pisał. Tak bardzo filmowi brakuje sceny, gdzie bohaterowie po prostu ze sobą rozmawiają. Ze sobą. Nie z Shank albo Yesss (prawdziwe imiona postaci).

A, a propos pisania. Dialogi. Wydają mi się w tej części dużo bardziej wymuszone, połowy z nich w ogóle nie rozumiałam (wiecie, Ralph i Wandelopa mają charakterystyczny styl wypowiedzi, tylko tym razem wyjątkowo przerysowany), a do tego ten ziomek od zarabiania w grach mówi strasznie dziwnie i zrozumiałam tak z połowę jego kwestii, góra.

Rozumiecie, to jest film, jakby to był sequel straight-to-DVD. Przekłamuje, powtarza, zmienia, nie ma na siebie pomysłu. Tyle że nie jest. Ten film reżyserował Rich Moore, tak jak część pierwszą. (I Zwierzogród). Pytam szczerze: no jak mógł?

Tu zaszło kompletnie jakieś nieporozumienie. Nie kochamy Ralpha, bo jest postacią z gry, która ma życie poza grą. Kochamy Ralpha, bo przechodzi drogę, bo się zmienia, bo ma przekaz, który nie jest taki częsty, bo się wyróżnia, bo ma coś, czego nie ma żaden inny film, bo jego relacja z Wandelopą jest przepiękna.

Co zrobił drugi film? Wszystko to wyrąbał do śmieci i pokazał nam i n t e r n e t!!!! Który wygląda jak mózg w Inside Out, ale kim ja jestem, żeby oceniać.

I sorry, ale ja Ralpha w Internecie widziałam już z osiem razy, z różnymi postaciami.


Nie mylicie się, jeśli myślicie, że sceny z księżniczkami to najlepszy element filmu. Nie będę wam nic spoilerować w tym temacie, ale wierzcie, że to było coś pięknego, a poza tym okazja usłyszeć wszystkie aktorki znowu w swoich rolach (poza Małgorzatą Długosz, wielki ból), a także piękna muzyka spajająca znane motywy przewodnie poszczególnych filmów... naprawdę świetna sprawa. Jak usłyszałam tak charakterystyczną Małgorzatę Foremniak, to serce mi się ścisnęło, a przecież, jak rzadko hejtuję wybór obsady, to nigdy nie byłam fanką Foremniak jako Pocahontas. Mówiąc delikatnie. Plus, te sceny mają taką aurę Zaczarowanej, a to świetny film.

Ogólnie sekwencja Oh My Disney to najlepszy element filmu i łezka się w oku kręci.

Ale jest też "wątek" Felixa i tej jego Sierżant. Cały się dzieje off-screen, ale załóżmy, że jest. (Mogłoby go nie być, bo go nie widzimy). Powiem wam tak: ich związek był ciekawostką w pierwszej części, trochę zabawną i mieli ciekawą dynamikę. W drugiej części nie mają dynamiki. Nie mają też charakteru. Ani wątku.

Jedyne, co mogę powiedzieć jeszcze, to że można się na tym filmie można bawić, to na pewno. Pewnie jako osobny twór byłby całkiem okej. Ale to nie jest osobny twór. To jest kontynuacja. Kontynuacja dojrzałego, wspaniałego filmu, która nie ma w sobie ani krzty oryginału. Biednie napisana, biednie wyreżyserowana, robiąca z odbiorcy debila.

Takie filmy się zapomina. Coś jak ten film o emotkach? Albo Trolle? To ten poziom zaangażowania w historię. I ten film też zapomnimy. Będziemy mówić tylko o tej scenie z księżniczkami. Bo to wszystko, czym ten film się reklamował i wszystko, co ma do zaoferowania.

Bo może jednak nie każdy film nadaje się do kontynuowania. Niezależnie od liczby scen z niemym udziałem Chun-Li.

  • Share:

You Might Also Like

3 komentarze

  1. Kurczę, to strasznie smutne. Liczyłam że film będzie świeży świeży, z pomysłem na siebie i miłością do pierwszej części :(. Ostatnio odświeżyliśmy ją sobie, i to był na prawdę przyjemny seans. Nie wiem czy wybierzemy się do kina w takim razie, może jak będą grać jeszcze po sesji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz co, ja czekałam dodatkowe te dwa czy trzy miesiące na polską premierę, a trzeba to było po prostu obejrzeć w internecie i mieć z głowy. Serio, po zastanowieniu wręcz mi szkoda pieniędzy.
      Ciężko mi uwierzyć, że sześć lat robili taki film. Powinni być w stanie to trzasnąć w trzy popołudnia.

      Usuń
  2. Przyznam, że bardzo mnie ten film zachęcił, jak dowiedziałam się, że pojawią się tam postacie z innych bajek Disneya i wciąż chcę go zobaczyć; może mnie bardziej przypadnie do gustu, bo pierwszy był jak dla mnie po prostu w porządku, więc wysokiej poprzeczki nie ma. ;)

    OdpowiedzUsuń

Szanujmy się nawzajem.