Nie masz pojęcia o Piotrusiu Panie

By Alicja Kaczmarek - 12/14/2018


Mało kto z nas w ogóle czytał Piotrusia Pana i inne wariacje tego tytułu. Nie ukrywajmy. Niewielu ludzi w moim wieku kiedykolwiek sięgnęło po tę książkę i tylko niewielu więcej oglądało i pamięta, o co chodziło w filmie animowanym Disneya o tymże tytule. Sporo osób za to oglądało rozmaite wariacje aktorskie - od zwykłych ekranizacji po tę okropność, jaką był ten fragment Once Upon a Time o Nibylandii. Niektórzy doskonale pamiętają kreskówkę Piotruś Pan i piraci albo, Boże broń, Jake i Piraci z Nibylandii. Mamy całą franczyzę Disney. Wróżki (Czy też teraz to już jest Dzwoneczek), mamy film aktorski (słaby) sprzed kilku lat raptem, mamy mnóstwo książkowych retellingów (nawet polskich Chłopców), no i drugie tyle opowiedzianych na nowo opowieści o Kapitanie Haku.

I jaki ułamek tych tworów kulturowych w ogóle szanuje to, o czym jest pierwowzór?

Niewielki.


“Why can't you fly now, mother?"
"Because I am grown up, dearest. When people grow up they forget the way."
"Why do they forget the way?"
"Because they are no longer gay and innocent and heartless. It is only the gay and innocent and heartless who can fly.” 

Na wstępie muszę powiedzieć, że to wcale nie jest złe. Wielki Powrót Disneya ma z książką Barriego wspólnego dokładnie nic i to nadal mój ukochany film Disneya. Twory kultury żyją własnym życiem. To okej, to naturalne.

Co innego jednak, kiedy w książce tak popularnego autora, jakim jest Rick Riordan, pada porównanie postaci do Cynki Dzwoneczek (unfollow me now jeśli myślisz, że to jest Blaszany Dzwoneczek), bo przecież była taka wesoła i kochana i wszystkich wprawiała w dobry humor.

I nikt na żadnym etapie redakcyjnym nie powiedział: stop. To nie jest kompletnie, kim była nasza kochana wróżka Dzwoneczek. Nawet w filmie Disneya! Cynka Dzwoneczek była zazwyczaj wredną, zazdrosną suką, która w jednej ze swoich pierwszych scen próbuje popełnić mord na Wendy i upozorować to na wypadek/zrzucić winę na Chłopców. Oczywiście, to nie jej wina, że w małych wróżkach mieści się tylko jedno uczucie naraz, a przez to bardzo silne. Nie zmienia to jednak faktu, że była wredną mendą, która ostatecznie przecież ginie za Piotrusia, a on niedługo potem zapomina, kim kompletnie była.

Niektórzy z was być może właśnie podrapali się trochę po głowie. Niemal słyszę to co? cisnące się na usta.

Piotruś Pan zapomniał też o Kapitanie Haku. I o Wendy. I o swoich Chłopcach.

“Our heroine knew that the mother would always leave the window open for her children to fly back by; so they stayed away for years and had a lovely time...” 

Rozumiecie, cała postać Piotrusia - nieodpowiedzialnego gałgana, który był tragicznie zadufany w sobie, tak skupiony tylko i wyłącznie na własnej cudowności ("Ale jestem wspaniały!" to chyba jego najczęstsza kwestia), że zapomina o wszystkim i wszystkich niemal w ułamku sekundy, kiedy już przestają być dla niego istotni - pokazuje, że to wcale nie jest tak pięknie, nigdy nie dorastać. To nie jest dobra rzecz.


Nibylandia to okrutna kraina, gdzie krew leje się gęsto (moja ulubiona scena, kiedy Mr. Smee (jakkolwiek go przetłumaczymy) wyciera swoje okulary o brzeg koszuli, bo ma ubabrane krwią), a całość ograna jest jak zabawa, gdzie Kapitan Hak recytuje przez sen nazwiska kapitanów, których zabił, gdzie robi atak na podziemny dom Piotrusia i planuje wyrżnąć w pień gang dzieci, gdzie jednak śmierć nie jest tragedią - bo Piotruś i tak zapomina. Bo jest tylko dzieckiem. Takie są dzieci.

“One could mention many lovable traits in Smee. For instance, after killing, it was his spectacles he wiped instead of his weapon.” 

Prawdziwie radosne, niewinne i bez serca - i tylko one mogą latać. Tak jest napisane w książce.

I to jest wszystko prawda. To sprawia, że Piotruś Pan jest tak cudowną książką. Ukazuje coś, o czym może nie chcemy pamiętać - że dobroć jest jednak nauczona, a może raczej, że nauczone jest dostrzeganie zła, że dzieciństwo jest piękne nie ze względu na naszą niewinność, a ignorancję, że dzieci są okrutne, że to jest naturalne.

I że to wszystko - jest dobre. Każdy musi dorosnąć, w swoim czasie, na swoich zasadach, ale każdy też powinien korzystać ze swojego czasu beztroski i ignorancji, i okrucieństwa. Bo Nibylandię każdy ma swoją.


Piotruś Pan nie jest żadną apoteozą dzieciństwa, dziecięcych zabaw i wyobraźni. To nie były żadne zabawy. Indianie tam ginęli. Piotruś Pan ma krew na rękach. Scena, kiedy dzieci jedzą zmyślony posiłek, bo to im daje poczucie matczynej miłości zawsze mnie rozbraja emocjonalnie i niemal doprowadza do łez. Wreszcie, to nie bez przyczyny powinno się nazywać Piotruś Pan i Wendy, bo jeśli cokolwiek książka przedstawia w świetle idealnym, to miłość matczyną.

Mówię teraz rzeczy, które niektórym mimo wszystko mogą się wydawać oczywiste, ale nie są, dopóki się jednak Piotrusia nie przeczyta. Niektóre momenty naprawdę odrzucają. Niektóre słowa są szokujące. Nasza mentalność też zmieniła się tak bardzo, że poziom przemocy w Piotrusiu sprawia, że dla nas ciężko jest to już czytać dzieciom. Myślę zresztą, że dużo bardziej potrzebują tego dorośli. Bo zapominają, jak to było być dzieckiem - egoistycznym, okrutnym dzieckiem, które dzięki swiej beztrosce i ignorancji jednak potrafiło latać.

“And so," he went on good-naturedly, "there ought to be one fairy for every boy and girl."
"Ought to be? Isn't there?"
"No. You see children know such a lot now, they soon don't believe in fairies, and every time a child says, 'I don't believe in fairies,' there is a fairy somewhere that falls down dead.” 

To właśnie jest druga strona medalu, której żadna inna dziecięca książka - a czytałam ich chyba więcej niż tych "prawdziwych", dziękuję bardzo - mi po prostu nie dała. Takiego brutalnego przypomnienia, że to wszystko jest zabawa, dopóki zrozumiemy, że już nie.

Dzieci są okrutne, najbardziej potrzebują matczynej miłości, a wszystkie w końcu muszą dorosnąć (i to jest dobre) - to jest przekaz Piotrusia Pana. A nie rozumiały tego nawet moje szkolne polonistki.


Piotruś Pan jest antytezą dla wszystkich tych cudownie niewinnych dzieci w literaturze. Totalnie zaprzecza symbolice, którą łączymy z obrazem dzieci, nie jest jak Orszulka, jak Ania z Zielonego Wzgórza, jak Józio i Rózia czy jakakolwiek inna słodka Łucja z Narnii. Dużo bliżej mu do egoistycznej i głupiej Alicji w Krainie Czarów. O ile mi jednak wiadomo, Alicja nikogo nie zamordowała.

Pitoruś to jedyne prawdziwe dziecko w literaturze. Bez świadomości konsekwencji jego akcji, bez pojęcia prawdziwego smutku, bez zmartwień, i z tą nieszczęsną dziurawą pamięcią. Wszystkich tych rzeczy - począwszy od miłości aż po abstrakcyjne myślenie, musimy się nauczyć.

Dlatego dorastanie, choć nudne, jest jednak nieuniknione i dobre. Bo to oznacza, że umiemy dostrzec zło na świecie.

I być może je naprawić. Ale to już sobie sama dopowiadam.

czy mam kompetencje do pisania takich postów? nie wiem, ciężko powiedzieć

  • Share:

You Might Also Like

4 komentarze

  1. Też czytam więcej książek dla dzieci niż 'zwykłych'!Jeszcze nigdy nie sięgnęłam po Piotrusia Pana, ale po tym poście na pewno to zrobię. Swoją drogą, świetnie napisany, bardzo dobrze się go czytało i na pewno kiedyś sobie do niego wrócę.
    Cóż, też bym była bardzo zaskoczona, gdyby nie to że kiedyś przeczytałam z półtorej części Atramentowego serca. Tam właśnie zostałam uświadomiona że Piotruś Pan został baaardzo zniekształcony przez popkulturę. Z komentarzem bardziej na temat przyjdę po przeczytaniu.
    Za to już teraz pozwolę sobie rozpisać się trochę na temat Muminków. Mało kto wie, że w jednym z komiksów (100% kanon, pisane i ilustrowane przez autorkę) rodzice zostawili Muminka, bo mieli dość rodzicielstwa i chcieli poużywać życia i zamieszkali w grocie. Skończyło się dobrze, ale Muminek miał myśli samobójcze. Buka jest jedną ze smutnjejszych postaci o jakich w ogóle czytałam, pragnie ciepła i akceptacji ale zamraża wszystko do czego się zbliży. Ona nie jest zła, tylko smutna. Dolina Muminków w listopadzie traktuje o niczym innym jak samotności i depresji. Wielkrotnie poruszane są tematy poczucia wyobcowania, nie zrozumienia przez świat, problemów z samoakceptacją, pewnością siebie, dysonansów społecznych, radzenia sobie ze smutkiem. Pierwszy raz poczułam się okruchem w ogromie kosmosu podczas oglądania komety nad doliną Muminków.
    A Tove Jansson ma jedną z ciekawszych biografii jakie czytałam, od dziecka marzyła żeby zostać latarnikiem. W czasach największej popularności faktycznie zamieszkała na wyspie że swoją partnerką (która została umieszczona w książkach pod postacią Too-tiki) i odpisywała na dużą część listów od fanów.
    Gorąco zachęcam do zapoznania się z jej twórczością, jak ktoś woli oglądać niż czytać to polecam także porządnie zrealizowany serial animowany, ten najbardziej znany, produkcji japońsko fińsko holenderskiej.
    Teskniłam za deszczami <3. Off topic:będziesz oglądać nową She rę? Jest genialna! Serdecznie polecam.
    PS. Czekam na jakiś pościk o biedronce :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A, i jeszcze zapomniałam dopisać że czytałam Chłopców, i o ile całkiem mi się podobała i fabuła, i klimat, i język, to zakończenie było totalnie d o d u p y. Typowy Ćwiek-mistrz psucia zakończeń, które zapowiadają się bardzo widowiskowo :(. Ale Kłamcę skrzywdził jeszcze bardziej.

      Usuń
    2. Odczuwam wielką potrzebę ogarnąć Muminki, ale mam też traumę po tym kapeluszu, co zmieniał w potwory i teraz nie wiem :/

      Usuń
    3. Czarodziejski kapelusz jest trochę creepy, ale piękna tam jest scena w której Mamusia Muminka rozpoznaje syna mimo jego szpetnej zmienionej postaci, aww.

      Usuń

Szanujmy się nawzajem.