Subs czy Dubs? Czyli o odwiecznej wojnie między napisami a dubbingiem

By Alicja Kaczmarek - 8/26/2018

Między klnącym Loganem i nieklnącą Molly Weasley leży prawda objawiona.


Choć oczywiście najprostszą odpowiedzią na to pytanie byłoby: jak ci wygodnie, sprawa jest, przynajmniej dla mnie, dużo bardziej skomplikowana i zależy od wielu czynników i tego, czego, jako widzowie, oczekujemy.

W idealnym świecie bylibyśmy w stanie oglądać i czytać wszystko w pierwotnej, ojczystej wersji językowej, bo to jedyna metoda na poznanie czegoś w takiej wersji, w jakiej zamierzyli sobie to dzieło twórcy. Każda forma tłumaczenia wiele traci, a im dalsze kultury, z których pochodzą języki, tym traci więcej.

I zanim zacznę rozbijać na czynniki pierwsze zalety i wady napisów i dubbingu, a raczej skonfrontuję opinie na ich temat, chciałabym dać wam znać, że lektor nie wchodzi w ogóle w opcję, jeśli chodzi o ten post (i moje osobiste życie). Lektor zarzyna film najbardziej ze wszystkich trzech opcji, ponieważ kumuluje wady i napisów, i dubbingu, a przy tym nie wnosi nic pozytywnego, a wręcz zagłusza przecież oryginalną ścieżkę dźwiękową. Jedyną zaletą lektora jest jego taniość realizacji (i przystępność dla widzów z wadą wzroku, bo nie muszą czytać, kiedy oglądają telewizję, ale to się nie liczy, bo to jednocześnie wada dla ludzi z niedosłuchem). Lektor, czy też poprawnie szeptanka, to przestarzała, tania forma, która powinna zdechnąć wraz ze Związkiem Radzieckim, z którego zresztą pochodzi.
Zdania nie zmienię.

Napisy


O napisach mówi się praktycznie same dobre rzeczy, i w większości słusznie, kiedy mówi się o napisach zrobionych naprawdę dobrze. Napisy są świetne. I teraz część z was na pewno otrząsa się z szoku, bo przecież wszyscy wiemy, że uwielbiam dubbing. Tak. Ale to nie zmienia faktu, że napisy są zawsze dobrą opcją.
O ile są dobre i znasz kulturę.

Osobiście nic już nie oglądam z polskimi napisami poza kinem. Po pierwsze dlatego że jeśli oryginalna ścieżka dźwiękowa jest angielska, to jestem w stanie wychwycić sama niuanse, które polskie napisy by opuściły (o tym zaraz), więc jestem w stanie oglądać film w oryginale (najlepsza opcja). Po drugie zaś, jeśli film nie jest anglojęzyczny, to ćwiczę jakiś język obcy. Po trzecie, nadal jeśli film nie jest anglojęzyczny, to fanowskie napisy w miażdżącej większości przypadków i tak będą tłumaczone z napisów angielskich - więc traci się podwójnie. Napisy, nazwijmy to, oficjalne, cierpią zaś na szereg wad, które właśnie opiszę (poza faktem, że często też są tłumaczone nie z oryginalnego języka). Więc w tym wypadku, dla tego ćwiczenia języka, wybieram jakieś inne.

Napisy muszą mieścić się w ilości słów i linijek i napisy muszą brzmieć naturalnie dla obcojęzycznego odbiorcy. Są to rzeczy, z którymi pozornie nie muszą zmagać się napisy fanowskie. Oczywiście, nie ma co się kłócić z tymi restrykcjami objętości, bo pauzowanie filmu co kilka sekund, żeby przeczytać niepotrzebnie monstrualnie długie napisy (bo można coś zapisać krócej), po prostu zaburza flow filmu, a to coś, czego napisy nie powinny robić. Z tego samego powodu nie powinny mieć notatek od tłumacza. Bo to zaburza flow, wybija z rytmu, każe ci pauzować co kilkanaście sekund, zakrywa pół ekranu i czasami w ogóle nic nie wnosi.

To wszystko wynika z samego założenia, do czego napisy służą. Mają sprawić, że kultura jest dostępna dla ludzi, którzy inaczej nie mieliby możliwości się z danym utworem zapoznać. Mają też pozostawać jak najbardziej wierne oryginałowi, ale tutaj mamy haczyk.

Co to znaczy wierne oryginałowi. Czy to znaczy, że mają oddawać jak najlepiej to, co mówią postacie?

Czy też może oglądając dany film, mamy czuć się tak, jak ludzie, dla których dany język jest ojczystym? Bez konieczności zaglądania do słownika i czytania długich na pół ekranu notek tłumacza?

Buntujesz się, bo nie jesteś przypadkowym widzem, rozumiesz angielski slang i wiesz, co oznacza "-desu" na końcu zdania, ale załóżmy, że najdzie cię ochota na oglądanie serialu włoskiego, estońskiego, filipińskiego, nie dlatego że interesujesz się kulturą i językiem, ale bo fabuła jest fajna. Czy naprawdę zamierzasz czytać eseje o każdym słowie, które nie ma swojego dosłownego przełożenia? Czy ludzie oglądaliby brazylijskie telenowele, gdyby musieli przy okazji pamiętać raz wytłumaczone portugalskie słówko, które "nie ma odpowiednika", kiedy pojawia się ono 500 odcinków później?

Nie bez powodu się tego nie robi - bo Brazylijczyk oglądający tę samą telenowelę, nie musi przy okazji pisać pracy licencjackiej z używanych w niej, nieprzetłumaczalnych słów. I tutaj następuje rozdarcie, co jest bliższe zamierzeniu twórcy - oddawanie dzieła słowo w słowo, czy oddawanie uczuć, jakie towarzyszą konkretnym momentom. Pozostawiam to wam do indywidualnej oceny, ale prawda jest taka, że twierdzenie, że "wolę napisy, bo nie lubię lokalizacji" to bullshit. Nie ma czegoś takiego, jak brak lokalizacji. Jeśli możesz coś zrozumieć bez lokalizacji, to nie potrzebujesz napisów w ogóle.

Tłumacz nie może opierać swojej pracy na założeniu, jak wiele o kulturze danego kraju będą wiedzić widzowie. Może nie wiedzą niczego, a może wiedzą tyle samo, co on, czy nawet więcej. Nie ma sposobu, żeby to uśrednić. Dlatego, choć już od wielu lat w napisach nie zmienia się odniesień do Kim Kardashian na Jolę Rutowicz (Boże, jak często się to zdarzało!), to dalej zakłada się, że nie zna się specyficznych wyrażeń, które są po prostu nieprzetłumaczalne.

Tłumacze książek Ricka Riordana mogli założyć, że polscy czytelnicy wiedzą, co to "party" (w "Synu Neptuna" ten jeden ziomek mówi "Witaj na naszym Percy, party"), ale niekoniecznie musieli rozumieć, dlaczego nazwisko Stole jest zabawne w kontekście dzieci Hermesa. Tyle że w książkach jeszcze czasem przechodzą przypisy. W filmach nie ma miejsca na przypisy, bo i tak twój wzrok jest daleko od akcji, na dole ekranu. A jako widowisko wizualne, nie jest stworzony po to, aby w ogóle oglądać go z napisami, a nie daj Boże jeszcze przypisami. To przeczy jego naturze.

Więc tak, tłumaczenie napisów jest wierniejsze oryginałowi, ale nie w stu procentach wierne. Po części także dlatego że nic nie da się w ten sposób przetłumaczyć, a im dalszy język, tym wychodzi to gorzej. Weźmy języki azjatyckie, gdzie znaki czyta się na kilka sposobów, słowa mają wiele znaczeń, a struktura zdania jest zupełnie inna niż europejska. To nadaje dialogom zupełnie inną warstwę, dlatego poszczególne tłumaczenia, nawet prostych zdań, różnią się czasem zupełnie. Przy tłumaczeniu zawsze się coś traci, drobne niuanse, rytm wypowiedzi, powtarzalność, grę skojarzeń i żarty słowne. A dialog w dobrym tłumaczeniu powinien brzmieć naturalnie w języku docelowym.

Najbardziej skomplikowany twór, jaki da się przełożyć 1:1 to "Świnka Peppa". Oglądałam wczoraj dwa odcinki po norwesku, więc uważam się za eksperta od tłumaczeń "Świnki Peppy".

I myślicie, że to dotyczy tylko języków egzotycznych? A co z tym przypadkiem, kiedy w Pokemonach "You're welcome" przetłumaczono na niemające zupełnie sensu w kontekście "Witam wszystkich", albo kiedy tłumaczka "Żniw zła" nie przetłumaczyła "Petite Coco", traktując to jako imię i nazwisko? Myślicie, że takie kwiatki, jak "twoja stara" wypowiedziane przez Batmana to domena dubbingu? Widocznie rzadko bywacie w kinach, bo wodze fantazji tłumacze napisów popuszczają znacznie częściej. Szczególnie starając się "dośmiesznić" dialogi i zamieniają zupełnie zwyczajne słowa na jakiś wyjątkowo odjechany slang, żeby było młodzieżowo i śmiesznie. Ostatnio bardzo często zdarza się to filmom Marvela ("Infinity war" oberwało boleśnie).

Dośmieszanie wam nie przeszkadza? A przetłumaczenie "pirate" na gladiatora? Dokładnie kwestię Draxa z "Wojny bez granic", która brzmi "It's like a pirate had a baby with an angel", w polskich kinach przeczytaliśmy jako "To skrzyżowanie anioła z gladiatorem". Mówicie: niewielka różnica, a ja pytam: czym podyktowana? Nie ma najmniejszego powodu, żeby zmieniać tę kwestię. Przecież Thor w tej scenie miał przepaskę na oku, więc przypominał pirata, o to chodziło. To jest drobna różnica, ale bardzo głęboko zapadła mi w pamięć, bo była zupełnie bezsensowna.

I takich rzeczy jest sporo, ale ponieważ to tylko napisy, rzadko o nich pamiętamy. Mam za to jeszcze jeden przykład.

Oficjalne napisy do "Kopciuszka" z 2015 roku, które znajdziemy na płycie DVD. Są zapisem  (nie najlepszego) dubbingu. Słowo w słowo. Do tego stopnia, że kiedy Ella i Kit obiecują sobie "No more surprises", polski widz czyta "Żadnych tajemnic", co jest okropnym tłumaczeniem, bo przedstawia Kopciuszka, postać, która w swoim założeniu jest dobra i czysta, jako kłamczuchę. Ella ma tajemnicę w tej scenie. Nie jest księżniczką (co książę sam założył). Po prostu nie planuje nigdy więcej spotkać księcia, więc mówi mu, że niczym go już nie zaskoczy, a nie, że nie ma już żadnych tajemnic. Zupełnie zmienia odbiór postaci.
Bo komuś nie chciało się zlecić napisów.

Ostatnia kwestia, jaką chcę poruszyć, to czy oglądając z napisami, uczymy się języków? Odpowiedź nie jest prosta, ale generalnie skłaniałbym się ku "nie". Nie ma takiej opcji, że po obejrzeniu "Wspaniałego stulecia" z polskimi napisami, będziesz mówić po turecku. Oglądanie w oryginale pomaga wychwycić naturalne zwroty, pomaga osłuchać się z językiem i poznać jego naturalną melodię. Ale żeby to zrobić, trzeba mieć co najmniej podstawy.

I czy włączymy sobie do tego napisy nie ma kompletnie znaczenia.

Dla twojego rozwoju językowego najlepiej oglądać w oryginalne z oryginalnymi napisami, a potem bez napisów kompletnie. I wtedy faktycznie zauważysz postępy i będzie ci się mówiło i słuchało coraz lepiej. Ale oglądanie z polskimi napisami nie daje nawet połowy tego samego efektu. I mówienie, że to nauka, to oszukiwanie samego siebie. Serial za trudny, żeby go oglądać z oryginalnymi napisami? Zacznij od "Świnki Peppy".


Dubbing

To nie będzie proste.

Ale zacznę od zdefiniowania, co to jest dubbing. To nie jest po prostu lepsze czy gorsze tłumaczenie, dubbing to "polska wersja językowa". Może się to wydawać kompletnie bez różnicy, ale różnica jest ogromna.

Dubbing to sztuka. Mówcie, co chcecie, ale zrobienie dobrego dubbingu to po prostu sztuka. Nie dlatego że to takie rzadkie, ale dlatego że wymaga ciężkiej pracy i pasji. Myślicie, że to zbędny, nowoczesny wynalazek i moda z zachodu? Dubbing w Polsce robiło się od lat 30-tych. I nie, nie do filmów dla dzieci, bo nie było czegoś takiego, jak filmy dla dzieci. Do lat 80-tych powszechnie dubbingowało się filmy dla dorosłych. W definicji nie ma nic, co wskazywałoby, że nie należy dubbingować filmów dla dorosłych czy seriali. Nic. Takie myślenie jest bardzo ograniczone i świadczy o ignorancji owych światłych youtuberów, którzy się o to burzą. Więc zostawiając Borysa Szyca w dubbingu "Legionu samobójców" w spokoju, przejdźmy dalej.

Tak, dubbing zmienia znaczenie dialogów, bo taka jest po części jego rola. Nie ma dubbingu bez lokalizacji, bo takie jest zadanie "polskiej wersji językowej". Oglądając film z dubbingiem, spodziewamy się, że gdzieś coś zabierze, a gdzieś coś doda, bo musi jeszcze pamiętać o ruchu ust. Z tego też powodu Molly Weasley w polskiej wersji mówi do Bellatrix "ty bestio", zamiast "ty suko". Bo "bitch" zaczyna się na "b", a żeby wypowiedzieć słowo na "s", usta muszą się ruszać zupełnie inaczej. Wyglądałoby to nienaturalnie. Coś za coś.

Tak więc z translatorskiego punktu widzenia, dubbing nie tylko cierpi na te same problemy, jak napisy, ale także dodaje swoje. Z tymże są to problemy tylko wtedy, kiedy chcemy je tak postrzegać. Ponieważ nie powinno się od dubbingu oczekiwać, że będzie przełożeniem filmu 1:1, tylko że będzie brzmieć naturalnie.

Z podobnych powodów dubbing kojarzy nam się z cenzurą, co ciągnie się od czasów Fox Kids i ich adaptacji anime na rynek zachodni. Czy Fox Kids słusznie czy niesłusznie zmieniało treść anime to kwestia bardzo sporna i trudna i zupełnie nie jest tematem tego posta. Zajmiemy się tym zagadnieniem przy okazji mojego posta-potwora o cenzurze Króla Szamanów (gdzieś za dziesięć lat, bo opracowałam na razie jeden odcinek). Jedyne, co chciałabym powiedzieć w tym temacie, to że: niesłusznie. Nie od jakichś dziesięciu lat. Dubbing to nie są "ugrzecznione" dialogi. Ugrzecznione dialogi to zawsze domena lektora:


Nie jestem ślepym fanboyem dubbingu. Uważam, że jest cały bastion filmów spartaczonych kiepską grą aktorską i okropną reżyserią. Przede wszystkim trzeba wziąć poprawkę na to, że dubbingu dla dorosłych uczymy się znowu od nowa. Tak, dubbing do pierwszych i drugich Avengers jest okropny. Ale na przykład już ostatniego Spidermana oglądałam z młodszą siostrą, więc z dubbingiem. Ale zapomniałam, że nie widziałam go w oryginale, bo dubbing był po prostu bardzo dobry. Zorientowałam się dopiero, kiedy oglądałam scenę z impresją Thora w oryginale. No a animacje to oczywiście zupełnie inny temat do dyskusji. Należę do tych kilku nerdów, którzy twierdzą, że "The Lego Movie" jest super po polsku i nigdy nie odczuwałam przemożnej potrzeby oglądania oryginału.

Nie chcę tutaj żadnej formy oczerniać czy ślepo bronić, bo żadnej nie wolę. Próbuję tylko zdementować kilka mitów.

Na przykład: nie ma sensu drzeć kotów, że każdy dubbing to zło i gówno albo że wszystkie napisy są zawsze lepsze.


Są ludzie, którzy lubią jedną czy drugą formę. Są ludzie, którzy w nich przebierają i zależnie od filmu wybierają jedną czy drugą. Osobiście uważam, że nie ma absolutnie żadnego sensu, żeby próbować zarżnąć jedną czy drugą formę. Może poza lektorem. Dlaczego? Poza tym wyżej?

Kiedy Canal + weszło do Polski, próbowało wcisnąć dubbing we wszystko. Wtedy nie mieliśmy doświadczenia w tego typu dubbingach (znowu) i wyszło słabo, stąd niesławny dubbing do "Przyjaciół". (Nie można jednak odmówić twórcom starań i historie zza kulis tego przedsięwzięcia są cudowne). Okazało się, że Polacy tego nie lubią, więc dość szybko zrezygnowano.

A co zrobił Netflix, kiedy wszedł do Polski? Zorientował się, że ludzie lubią taniego lektora z przyczyn, których nie potrafię pojąć, i to też nam daje tam, gdzie inni mają dubbing. Jedyny kraj, dla którego Netflix zleca szeptankę. Ludzie za granicą nawet nie wiedzą, co to jest. I powiecie mi, że ślepo idę za zagranicznymi trendami, a to nasze, polskie!!!
Nie. Nasz, polski, jest dubbing. Było coś takiego, jak "polska szkoła dubbingu". Szeptanka jest radziecka, bo tam powstała i stamtąd też przylazła do nas jako tani zamiennik dla dubbingu.

Osobiście uważam, że przede wszystkim powinna obowiązywać dowolność: w kinie i w telewizji. I do tego powinniśmy dążyć, głównie ze względu na osoby, które niedowidzą i niedosłyszą, a nie ze względu na nasze głupie uprzedzenia. Oburzanie się, bo ten film dostał dubbing? Masz za dużo energii i wolnego czasu? Oburzaj się, że nie wszędzie puszcza się go w obu wersjach, bo to jest problem.

Do obu sposobów powinniśmy podchodzić z otwartym umysłem i pewną dozą ostrożności. Są inne,  obie mogą być spaprane i obie mają trochę inne zadanie. Co jest naprawdę śmieszne, to "dorośli" ludzie, którzy obrzucają się najgorszymi wyzwiskami, bo ktoś ludzi oglądać filmy tak, a nie inaczej. Ludzie wysyłający hejt Anime Eden, bo robią kosztowny dubbing do sailorek, a przecież WSzYstkIM NOrmaLNYm wIDzoM wystarczą napisy!!

A więc następnym razem, kiedy usłyszę "suby czy duby???? i dlaczego zawsze suby haha", mam nadzieję, że może choć jedna osoba więcej powie


Nawet jeśli niekoniecznie trzeba zawsze oglądać "both".

  • Share:

You Might Also Like

4 komentarze

  1. W 100% zgadzam się z hejtowaniem lektora. Przecież tego się nie da oglądać, no...
    Dla mnie czytanie i oglądanie rzeczy w oryginalnej wersji językowej (to znaczy po angielsku, bo w innych językach to na razie trochę słabo xD) to było jakieś oświecenie. "Wow, to tak można?!". Nie dość, że satysfakcja z rozumienia obcego języka, to jeszcze możliwość wyłapania mnóstwa rzeczy, które w dubbingu by przepadły. A poziom językowy tak niesamowicie mi od tego skoczył, że szok...
    A co do dubbingów, to chyba faktycznie najważniejsze jet to, że są i dobre, i złe. Jak polskie wersje Disneya są zazwyczaj naprawdę na poziomie, tak już na przykład Avatara nie jestem w stanie oglądać po polsku. Ale być może to tylko kwestia przyzwyczajenia...
    PS Wiem, że to kompletnie randomowe pytanie, ale zastanawiałam się - czy identyfikujesz się z którymś z domów w Hogwarcie, a jeśli tak, to z którym? Wybacz, że nie na temat, ale strasznie mnie to nurtowało :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdybym miała wybierać, dołączyłabym do Ravenclawu, i to jest moja odpowiedź zawsze na to pytanie :). Ale tak po prawdzie, to nie mam pojęcia, gdzie przydzieliłaby mnie tiara. Czuję się trochę za głupia na Ravenclaw, za leniwa na Hufflepuff, na pewno nie nadaję się do Gryfonów i Boże obroń mnie przed Slytherinem, bo by mnie tam zjedli.
      Więc "jestem" Krukonem, ale to trochę takie myślenie życzeniowe.

      Usuń
  2. Jaki madry post! Wygląda na bardzo przemyślany i dopracowany. Idealny materiał do linkowania pod dyskusjami na temat. Mogę śmiało powiedzieć że już wcześniej twoja blogowa działalność przekonała mnie że dubbing to nie jest zło wcielone (tak jak lalki Barbie i księżniczki Disneya!), a ten post tylko umocnił moją akceptację dla dwóch form tłumaczenia jako równowartościowych. Dużo miłości i pozdrowienia z Pienin <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Polski dubbing do "Zaplątanych" jest np. wg mnie o wiele lepszy niż oryginał, wiec faktycznie dubbing to sztuka c:

    OdpowiedzUsuń

Szanujmy się nawzajem.