Są takie rzeczy, które The Office robi lepiej niż Friends

By Alicja Kaczmarek - 8/11/2018

I dla mnie to zupełnie inne rzeczy niż to, co znalazłam w internetowych dyskusjach.


Jeśli nie widziałeś żadnego z tych seriali, to zdecydowanie masz co oglądać i nie będziesz żałować, ale jeśli nie masz zamiaru nadrabiać teraz łącznie 19 sezonów, to zrobię ładny wstęp.

Przyjaciele to serial starszy niż The Office (odmawiam mówienia "Biuro" z przyczyn takich, iż "The Office" kojarzy mi się jednoznacznie, a "biuro" w ogóle mi się nie kojarzy), klasyczny sitcom, który przez większość czasu dzieje się w jakichś trzech (czasem czterech) pomieszczeniach, z naciskiem jednak na mieszkanie Moniki, i 25% odcinka wypełnia śmiech publiczności. Serial opowiada o szóstce, a jakże, przyjaciół, których spotykają nierzadko żenujące sytuacje, będące katalizatorem dla komedii.

The Office jest młodsze i zupełnie inne w formie. To mockument opowiadający o, a jakże, biurze, a dokładnie firmie sprzedającej papier, powstały na podstawie brytyjskiego serialu o tej samej nazwie. Nie oglądałam jednak (jeszcze) oryginału, więc skupimy się na wersji amerykańskiej, która wydaje się dużo lepszym kandydatem do skonfrontowania z Przyjaciółmi. Katalizatorem żartów są tutaj zazwyczaj charaktery postaci, głównie Dwighta i Michaela. W odróżnieniu od Friends, w The Office nie ma w ogóle laugh tracków, w ogóle nie ma muzyki. Cały pierwszy sezon i wiele pojedynczych odcinków później (Dinner Party i Scott's Tots będą tutaj najlepszymi przykładami) skupia się nie tyle na zwykłej komedii sytuacyjnej, słownej, charakteru - whatever - a na sprawieniu, żeby widz czuł się niekomfortowo. Wychodzi lepiej niż brzmi.


Uwielbiam oba te seriale. Wiem, że Przyjaciele nie mają ostatnio łatwego życia, ale ja ich naprawdę uwielbiam i [uwaga, kontrowersyjna opinia] wydaje mi się, że śmiałam się na głos częściej, oglądając Przyjaciół niż The Office. Uważam też, że w przeciwieństwie do The Office, Friends prezentują stały poziom przez całe dziesięć sezonów, podczas gdy The Office nie tylko często nie jest w stanie przeprowadzić widza przez pierwszy sezon (warto się przemęczyć!), ale też cierpi na chwilowe załamanie w ósmym sezonie. Jednocześnie piąty i szósty sezon The Office to, przynajmniej dla mnie, wyżyny komedii, na które Friends nigdy nawet nie próbowało się wspiąć. Nie mam jednak ochoty porównywać poziomu komedii w obu serialach, bo to najbardziej subiektywna rzecz na świecie.

Wiele różnic między serialami wywodzi się w oczywisty sposób z ich formatu - The Office daje dużo więcej miejsca do zabawy dla reżysera i, nie da się ukryć, że wyreżyserowane jest wyśmienicie. Bawi się też swoim formatem, w pewien sposób zrywając z nim w ostatnim sezonie w wielu momentach. Przyjaciele to momentami więzień swojego własnego formatu. Z drugiej strony po The Office widać wiek bardziej niż po Friends, mimo że jest dużo młodszy. Odcinki z pierwszy sezonów, gdzie często wspomina się o komputeryzacji i internecie, dla świeżego widza mogą wydawać się jak podróż do prehistorii. Z kolei jedyny taki objaw w Przyjaciołach to telefony stacjonarne wielkości kołpaków samochodowych.

Ostatecznie jednak oba seriale mają tak samo rzeczy wspólnych (np. koniec w idealnym momencie, przez co nie dłużą się w nieskończoność jak, na przykład, The Big Bang Theory), jak i różnic, mogą koegzystować bez szkody dla żadnego z nich i oba są świetne same w sobie. Nic nie stoi na przeszkodzie w lubieniu obu, żadnego i jednego z nich.

Przy czym jest kilka rzeczy, które The Office robi lepiej (i nie jest to komedia), i które marzyłoby mi się, żeby Friends też robiło. Ponieważ porównywanie tych dwóch głównie polega na tym, co kogo bardziej śmieszy, na walce sitcom vs. mockumentary, i na problematyczności jednego czy drugiego, postanowiłam wtrącić swoje trzy grosze na zupełnie niezwiązane z tymi rzeczami kwestie.

Czego więc brakuje Przyjaciołom?



Po pierwsze - świadomość przeszłości i zmiana

Uwielbiam w The Office to, że poprzednie odcinki mają wpływ na następne i status quo zmienia się nieustannie. Bohaterowie nie są zawieszeni w przestrzeni i choć pewne zmienne pozostają niezmienne (sic!), to bohaterowie często odnoszą się do przeszłości i poprzednich odcinków. Liczne przykłady można by tu mnożyć, ale wymienię tylko kilka: Michael, który oparza sobie stopę w opiekaczu, Ryan będący "Fire Guy", życie miłosne Stanleya, olimpiada biurowa, czy Andy nazywający Jima "Tuńczyk" aż do końca serialu tyko dlatego że kiedy się poznali, dawno temu w sezonie trzecim, Jim akurat jadł kanapkę z tuńczykiem. To są drobne rzeczy, które cieszą serce widza. Ale są też rzeczy większe, na przykład: ktoś strzela z broni w biurze? Ten czyn ma swoje natychmiastowe konsekwencje, ale także konsekwencje długofalowe, a akcja zostaje wspomniana ponownie dwa sezony później, kiedy znów jest to istotny czynnik w sprawie. Inny przykład? Pam stopniowo zrywająca z byciem recepcjonistką. Jeszcze większe rzeczy? Sabre kupujące Dunder-Mifflin czy wprowadzanie nowych postaci, które naprawdę zostają z serialem na długo, choć może by na to nie wyglądało (Andy, Nellie, głupi Robert California).

Z kolei Przyjaciele w większości przypadków na koniec odcinka wracają do ustalonego status quo. Wszystkie te kłopotliwe sytuacje zazwyczaj nie mają prawdziwego wpływu na sytuację w serialu. Jeśli postacie tracą pracę, to znajdują wkrótce nową. I jedyną prawdziwą konsekwencją jest to, że Monica nie musi już nosić tego durnego kostiumu. Kiedy Joey się wzbogacił, równie szybko go z tej pracy wywalono. I tak naprawdę jego chwilowa sława to jedna z niewielu rzeczy, do których przyjaciele odnoszą się w swoich rozmowach, a która faktycznie wydarzyła się na ekranie. Tu i tam zostaną wspomniane dawne związki (Janice i Richard głównie), no i nieśmiertelne WE WERE ON A BREAK, ale jednak większość odcinków tworzy zamkniętą całość, dlatego wielu ludzi (w tym ja i większość moich znajomych) zaczyna przypadkowo oglądać gdzieś od środka bez żadnej szkody.  Jeśli się dobrze zastanowić, to nawet ciąże nie mają wpływu na status quo. Dzieci pojawiają się od czasu do czasu, a głównie to ich nie ma. Podobnie jak kaczka i kurczak, które pewnego dnia pop prostu zniknęły. Tak naprawdę do naszej szóstki nie dochodzą też żadne nowe postacie, chyba że siódme-koło-u-wozu Mike, który i tak jest tylko postacią drugoplanową. (Uwielbiam Mike'a i Phoebe, ale często wydawał się nie na miejscu).
Tak naprawdę JEDYNĄ dużą zmianą był związek Moniki i Chandlera. I dziękujmy za nich wszystkim, którym się da, bo są najlepszym elementem serialu.
Ma to właśnie tę zaletę, że można oglądać z którejkolwiek strony i mniej-więcej się ogarnia, ale jeszcze większą zaletą jest usłyszeć odniesienie do sytuacji sprzed pięciu sezonów czy zobaczyć kubek wspomniany krótko milion lat temu i naprawdę poczuć, że ten świat żyje.


Po drugie - dynamiczni bohaterowie i relacje między nimi


Uwaga, dużo spoilerów.

Bohaterowie The Office ewoluują, zmieniają się - na lepsze (Andy, Nellie) czy na gorsze (znów Andy, Ryan, Toby, Jan), mają przed sobą swego rodzaju podróż. Czasem są to rzeczy przemyślane, tak jak w przypadku Dwighta, a czasem tak jakoś wychodzi, że musiałam od-adoptować Ryana i Tobiego, a Nellie jakimś cudem udaje się zyskać sympatię nas wszystkich.
Ich relacje również się zmieniają - oczywiście możemy tu wspomnieć Jima i Pam oraz Jima i Dwighta jako sztandarowe przykłady, ale myślę, że dużo lepszym przykładem będzie Michael Scott i... wszyscy. Dwight i Pam albo Oscar i Dwight. Phyllis i Stanley. Phyllis i Angela. Rozumiecie, dynamika.
Oczywiście, to żadna innowacja, ale warto pamiętać o dwóch rzeczach - to nadal serial komediowy - i dwa: nie widujemy postaci poza pracą praktycznie w ogóle. I mimo że nie widujemy randek Jima i Pam i nie widzimy ich pocałunków, twórcom udaje się stworzyć piękną, głęboką relację i mimo że zaczynali podobnie jak Ross i Rachel, ewoluują dużo lepiej. Podczas gdy Ross i Rachel utykają na byciu osobno, Jim i Pam schodzą się i pobierają stosunkowo wcześnie w serii, a jednocześnie nie stają nudni w momencie, kiedy już nie bardzo mogą się w każdej chwili odejść. A wcześniej też się w ogóle nie rozeszli. Pod koniec mają problemy podobne do Moniki i Chandlera, znów - rozwiązane lepiej, bo bohaterowie idą na terapię i wspólnie dojrzewają, a nie... wracają do tego samego statusu quo.
Ostatecznie obserwujemy zmieniające się środowisko, gdzie zmienia się układ sił i choć na koniec wszyscy znajdują w sobie siłę, by zostać przyjaciółmi, ich relacja wydaje się mocniejsza, bo faktycznie obserwujemy, jak się zbliżają.


Przyjaciele są nam już przedstawieni jako... przyjaciele. Nawet Rachel, kiedy znienacka pojawia się w pierwszym odcinku, w gruncie rzeczy jest już długoletnią przyjaciółką Moniki. Oczywiście, ich relacje nie są źle przedstawione, bo wszyscy ewidentnie się wzajemnie kochają i wszystko jest piękne.
Chociaż miłoby było, gdyby kłótnie Rachel i Rossa miały wpływ na więcej niż cztery odcinki.
Tak naprawdę jedyna relacja, która się pięknie rozwija, to Chandler i Monica. Dlatego wszyscy ich kochamy. Mike i Phoebe nie mają nawet w połowie tyle miejsca na rozwój, co Mondler. Stąd ewentualnie nie wszyscy zgadzają się z wyborem Phoebe.
Można by pomyśleć, że idealnym polem do pokazania rozwoju relacji, byliby Monica i jej rodzice, no ale znów, nie ma tu prawdziwego dojrzewania.
Ale to mały problem, bo skoro nie wprowadza się nowych postaci, to nie ma relacji do rozwijania. Co innego postacie.

Praktycznie wszystkie postacie oparte są na jednej do trzech dominujących cech, które jednocześnie służą celom komediowym. I się nie zmieniają. Możecie się ze mną kłócić, że RACHEL SIĘ ZMIENIŁA albo MONICA SIĘ ZMIENIŁA i choć z pierwszym można by się ewentualnie spierać (co to za zmiana, która trwa jakieś pięć odcinków), to Monica się nie zmienia. Jasne, nie zezłościła się na Chandlera, kiedy jej źle ustawił meble w kuchni, ale jestem pewna, że zezłościłaby się na każdą inną postać. I źle ustawione meble nadal jej przeszkadzały, po prostu była w stanie nie nawrzeszczeć na męża, kiedy próbował zrobić dla niej coś miłego. Wiecie, mieć wspaniałe postacie przez dziesięć sezonów i nie próbować ich rozwijać w żaden sposób, to po prostu wstyd. Chyba że jako rozwój liczymy fakt, że Joey robi się coraz głupszy, co jest po prostu smutne.


Po trzecie i ostatnie - komediowa różnorodność

Wiem, że miałam nie omawiać śmieszności obu seriali i w ogóle to, co powiem, jest bardzo kontrowersyjne, ale uważam, że żarty w The Office są bardziej zróżnicowane. Jestem prawie pewna, że każdy możliwy rodzaj żartu znajdzie się w The Office właśnie i są one ze sobą ładnie zbalansowane, podczas gdy Przyjaciele, i jest to tylko moje osobiste odczucie, większość swojego humoru opierają na właśnie żenujących przygodach i niedopowiedzeniach.

Ale to tylko moje osobiste wrażenie, tak to zapamiętałam. I, jak już mówiłam - głośniej śmiałam się przy Friends :).



Tak czy siak:
  • mogłabym napisać taki sam post na korzyść Przyjaciół i być może to zrobię, dlaczego by nie
  • warto obejrzeć oba, bo są kultowe nie bez przyczyny!


Przypominam też, że moje serialowe bitwy można obserwować na TVtime, gdzie nawet komentuję coś czasem!

można nawet TU kliknąć i was przekieruje na mój profil, samo dobro 

  • Share:

You Might Also Like

2 komentarze

  1. The office, nadchodzę!
    Ale najpierw bbt, zeby wykorzystać ten darmowy miesiąc HBO w pełni. Właśnie skończyliśmy z chłopakiem oglądać Młodego Sheldona (polecam całym sercem!) więc jestem w klimacie.
    Co do Phoebe to #teamnaukowiec.
    Ja śledzę na tv Time! Muszę się jeszcze tylko dobrać do twoich komentarzy.
    A tak w ogóle to prawie mnie nabrałś lokalizacją przy ostatnim zdjęciu na insta i serio myślałam że jesteś w Stanach. No ale Wraszawa też fajna :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nadchodź i to prędko!
      Moje komentarze nie są zbyt odkrywcze, nie ma co czytać w sumie XD
      Jak nabrałam, jak opis jest ewidentnie pozbawiony pierwszego wersu!! Poza tym, gdybym wybierała się do Stanów, to na pewno byłoby tutaj zaspamione tym faktem :D

      Usuń

Szanujmy się nawzajem.