(Nie) nadaję się do oglądania poważnego kina, czyli Ala i Nowe Horyzonty

By Alicja Kaczmarek - 8/08/2018


Zrobiłam rzecz szaloną.

W sensie, tak na moje standardy.

Przez dwa tygodnie mieszkałam we Wrocławiu (obce miasto), w nie moim mieszkaniu z kilkoma innymi osobami (spotkałam trzy a może cztery? nie wiem, jestem dobra w unikaniu ludzi, spotykałam ich tylko, jak nie miałam innego wyjścia i raz celowo, bo zepsułam szafkę) i zostałam wolontariuszem na festiwalu filmowym, podczas gdy nigdy wcześniej nie brałam nawet udziału w festiwalu filmowym, a do tego nie znałam nikogo innego na całym tym festiwalu, a co dopiero wśród wolontariuszy.

I jeśli myślicie, że poszłam tam rozdawać ulotki albo wpuszczać ludzi na salę, no to nie zrobiłam tego, choć byłoby to może i mądrzejsze. Zgłosiłam się do i zostałam przydzielona do Departamentu Gości. Musiałam odpowiadać na pytania. Orientować się, jak co działa i, Jezu, gdzie co jest. Ja nie mam pojęcia, gdzie co jest we Wrocławiu i żeby mojego gościa zaprowadzić na wywiad, przyjechałam do centrum godzinę wcześniej, żeby odnaleźć to miejsce i przejść się trasą tak z pięć razy. Żeby nie było, że nie wiem. Udawałam, że doskonale wszystko wiem.

A do tej pory nie wiem, gdzie było drugie festiwalowe kino.

Okej dla normalnej osoby prawdopodobnie nie zrobiłam nic niezwykłego, ale znacie mnie i wiecie, że żadna z tych rzeczy nie zalicza się do mojej strefy komfortu, zaczynając od odzywania się i poznawania nowych ludzi. Fuj.


Różnica polega na tym, że większość ludzi pojechała tam oglądać filmy - jako wolontariusze mogli, o ile grafik im pozwalał, obejrzeć do około trzydziestu filmów. I niektórzy byli bardzo blisko tej liczby.
Ja zobaczyłam może dziesięć? Przy czym najbardziej zależało mi na Człowieku, który zabił Don Kichota i mimo wstawania o nieludzkiej porze 8:28 i upolowaniu w końcu biletu, musiałam z seansu zrezygnować.

Pojechałam na festiwal, żeby wyjść ze swojej strefy komfortu, zdobyć trochę doświadczenia, i rozmawiać językami ludzi i Aniołów. Co prawda ostatecznie używałam tylko angielskiego (nadrobię pod koniec sierpnia), ale okazało się, że przez te kilka miesięcy od matury, moje umiejętności wysławiania się zdążyły trochę zardzewieć.

Doskonale, bo musiałam, po raz pierwszy od 2013? 2014? używać ich a) pod wpływem stresu i b) z osobą, która ni w ząb nie włada żadnym innym językiem, którego podstawy chociaż znam c) mówić w takich warunkach, bez pisania.

Powiem wam tak: na początku szło mi opornie, w tym znaczeniu, że miałam problem ze sformułowanie pełnego zdania, które brzmi naturalnie, a nie łamie się w połowie. Ale moja rozmówczyni nie była zbyt rozmowna, więc to na pewno nie pomagało, a poza tym okazało się, że mam poważne, poważne braki w słownictwie kinowym. Jak powiedzieć na kierownika sali kinowej? Ala nie wiedziała, kiedy jej było to potrzebne, więc Ali wyszło trochę Kali jeść.

A potem zamiast ze snobistyczną Amerykanką, musiałam dogadywać się z super rozgadaną Rumunką i już nie miałam żadnego z tych problemów!!1

Tak więc 


Jeśli zastanawiacie się, czy warto się pchać na takie festiwale, to warto. Fajni ludzie, fajna zabawa. Może tylko uważnie przemyślcie, jaki dział by wam pasował. Jeśli macie dużo czasu do stracenia, i nie oglądacie więcej niż filmu dziennie, to nie wybierajcie Gości, może bardziej obsługę sal.

Chociaż trzeba przyznać, że zobaczyłam przy swojej recepcji kilka znajomych twarzy. I prawie podeszłam do Doroty Segdy, ale z kimś rozmawiała.

I miło było poczuć się ważnym, kiedy twój gość jest na czas na miejscu i robi Q&A przed pełną salą, a kto odpowiada za dostarczanie gościa na miejsce?
Ja!

Chociaż na recepcji czułam się ważniejsza, szczerze mówiąc.

A w ramach podziękowania za moje przygody z reżyserkami i miejscami na wywiady dostałam paproć:

Post udostępniony przez Alicja Kaczmarek (@mustbeala)

Jednak zainteresujcie się czasem filmami, jeśli się wybieracie z innych powodów, bo wszyscy przyjmują za pewnik, że je kochacie i się na nich znacie (pytanie jakie zadano: To co robicie w wolnym czasie, jak nie oglądacie filmów? i oh boi, kiedy ja ostatnio oglądałam film, którego nie znam, w domu. Poza super hero).  Moja stała odpowiedź, że bardziej siedzę w filmach animowanych, wywoływała na twarze ludzi wyrazy uprzejmego zdziwienia. 

I CO ODPOWIEDZIEĆ NA KTÓRY FILM BYŁ NAJLEPSZY??? JAK PO WIĘKSZOŚCI Z NICH WYSZŁAM Z KINA ZE ZWARCIEM W MÓZGU. I to wcale nie pozytywnym.

Mój wniosek jest taki: filmy festiwalowe nie mają zakończeń. Może akurat tak trafiałam, ale prawie wszystkie, poza dwoma, miały cholernie długie wstępy i kończyły się w momencie, gdy dopiero zaczynała się akcja. Kiedy oglądam film, to jednak lubię mieć jakąś konkluzję, wiedzieć, do czego zmierzały te dwie i pół godziny bez dialogów. Najczęściej zmierzały do niczego.

Opis filmu: historia niepozornego człowieka, który postanawia zabić lokalnego wandala.
Film: kończy się pięć minut po zabiciu wandala.


Film: hej oni są teraz parą, ale zaraz nie będą i mają jeszcze dwie godziny, żeby się zejść z powrotem, bo przeprowadzimy was przez długą drogę ich wzajemnego leczenia się i pokonywania przeciwności.
Też film: kończy się kiedy męski bohater wysyła bohaterce smsa "I'm leaving" i faktycznie wychodzi i ona go goni, ale już go nie ma!!!
Ala: wtf zmarnowałam dwie i pół godziny (aktorka jest przepiękna za to)

I, mój osobisty faworyt, film, na którym przysnęłam trzy razy i który ma może trochę więcej sensu teraz, kiedy wytłumaczyła mi go moja rumuńska koleżanka, ale jak bardzo mnie skonfundował.
Węgierski Kret

Nie dość, że jest czarno-biały, to jeszcze prawie w całości dzieje się w pętli czasu, więc przez 3/4  filmu oglądamy te same cztery sceny z różnych punktów widzenia. Jest jeszcze lepiej: głównego bohatera nikt nie słyszy, nie widzi i nie może dotknąć.

Jak kończy się film?

ABSOLUTNIE SIĘ NIE KOŃCZY. Status quo się zupełnie nie zmienia, dalej nikt go nie widzi i dalej wszystko jest w pętli.

To podobno jakaś głęboko utkana metafora, ale czy ta metafora musiała trwać siedemdziesiąt minut?

A przed tymże Kretem był film Pierwsza miłość, gdzie nastolatka zakochuje się w chłopaku przez internet, który okazuje się mieć cztery ręce, oczy jak latarki i niebieską skórę i poza jej "o, okay" nikt tego w żaden sposób nie adresuje i nie odnosi się do tego w żaden sposób!


Tak serio to trochę hiperbolizuję, bo, poza Kretem, wszystkie te filmy mi się podobały. Ale nie mam nic mądrego na ich temat do powiedzenia, bo zupełnie nie mam pojęcia o mądrych filmach. Wiem sporo o pseudo-mądrych filmach, bo polska nisza filmów wojennych jest nimi przepełniona i miałam nieprzyjemność bycia zmuszaną do oglądania wielu z nich.


Ja po prostu nie lubię takiego brudnego, nieprzyjemnego klimatu poważnego kina. Nie mam na to innego określenia, niż niepocieszny, ale ewidentnie w tych filmach jest albo brudno, albo wszystko jest stare i podniszczone. I to nie jest taki estetyczny bród, jak w filmach akcji, tylko taki naturalny bród, scalony.

Prawda jest taka, że patrzę na Dogmana i ja nie wiem, czy to jest dobry film. Ludzie mówią, że jest dobry, to pewnie tak było.

Ale to ma swoje dobre strony, bo muszę natrafić na naprawdę okropną szmirę, żeby się źle bawić na filmie. Więc nie ma nic piękniejszego od bycia nieznawcą. Czy wręcz ignorantem. Znanie się na rzeczach jest takie męczące. Kiedy ostatnio przeczytałam książkę, która w całości mi się podobała? yy...

A film podoba mi się prawie każdy. (Oczywiście starannie je mimo wszystko wybieram, bez przesady z tym bezguściem).

Niech żyją klapki na oczach i niewykształcone gusta!

Nie chciałabym wiedzieć o wszystkich błędach, które robią tancerki baletowe. To by mi odebrało większość przyjemności z oglądania baletu.

Dlatego czasem dobrze mi się nie znać.

Jeśli mam polecić wam film z tej gromadki szczęśliwców, których obejrzałam, to niech to będzie Jeszcze dzień życia, któremu chyba akurat walnę pełnometrażową recenzję, bo jest w większej części animowany, a to jest akurat coś, na czym się jednak znam.

To była Kartka z pamiętnika, ale tytuł byłby za długi.

  • Share:

You Might Also Like

4 komentarze

  1. Przez cały tekst czekałam aż się pojawi coś o Jeszcze dzień życia, teraz czekam na recenzje

    OdpowiedzUsuń
  2. To dlatego była taka posucha na blogu! Tęskniłam.
    Omojborze jak podziwiam. Wow. Propsy za odwagę.
    Zgadzam się z tym, że czasem warto się nie znać! Znajomość mechanizmów odbiera magię.
    *akapit zawiera liczne powtórzenia** Ja z kolei coraz bardziej wciągam się w kino, i mniej więcej raz w tygodniu wybieram się z chłopakiem do kina. Ostatnio odkryliśmy kino Iluzjon i pokazy filmów Charliego Chaplina, jestem oczarowana! Zupełnie inny świat, bardzo polecam kina studyjne.
    Ale co do filmów 'festiwalowych' muszę przyznać Ci rację. Nie widziałam ich aż tylu co ty na festiwalu, ale mój jeden skromny seans pozostawił mnie z jednym wielkim mindfuckiem w głowie.
    Dawaj znać czy paprotka żyje!

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale super, że się na to zdecydowałaś! Podziwiam, super, że się na to odważyłaś, takie doświadczenia są świetne *duma* (ach, te opkowe gwiazdki!) Nowe Horyzonty zresztą w ogóle brzmią jak przygoda, od jakiegoś czasu marzy mi się wyjazd na taki duży festiwal filmowy jak Transatlantyk czy NH właśnie, świetna sprawa. Kiedyś oglądałam baaardzo mało filmów, teraz coraz bardziej się w to wciągam, oglądam coraz więcej rzeczy z różnych gatunków (wczoraj jednego dnia byłam na drugiej części Mamma Mii, na której bawiłam się przednio i widziałam nowego Blade Runnera, który O MATKO JEST TAKI DOBRY, oglądałaś może któryś z tych?) I zgadzam się, że obeznanie w temacie często psuje zabawę. Trudniej wciągnąć się w książkę, kiedy człowiek wyłapuje wszystkie zgrzyty i błędy na przykład :/
    To ja się też się przyznam, że ostatnio złożyłam aplikację na wolontariat na dość spore wydarzenie kulturalne. Mam już swój grafik i zapowiada się bardzo super, są naprawdę świetne wydarzenia i goście, no i literatura! Trochę się stresuję, choćby tym, że między innymi mam tłumaczyć ludziom, gdzie co jest, a ja nie umiem w tłumaczenie lokalizacji, ale zobaczymy, nowe doświadczenie!

    OdpowiedzUsuń

Szanujmy się nawzajem.