Kartka z pamiętnika: Dużo gadania o zakończeniach i celach w poście bez celu

By Alicja Kaczmarek - 7/08/2018

Lwią część tego tekstu napisałam jakiś miesiąc temu, a dzisiaj, jak miałam go usunąć ze szkiców, uznałam, że w sumie po co? A niech wisi, yololo.

Więc to się wydarzyło na początku czerwca i mówię przypadkowe i niepowiązane rzeczy.


Przeczytałam ostatnio jeden cholernie długi fanfic. (DZIWNE, WIEM). I gdyby nie to, że to na swój sposób fanfic kultowy (ludzie sobie tatuują cytaty, drukują oprawione wersje itd.), prawdopodobnie rzuciłabym nim po kilku pierwszych rozdziałach, bo po pierwsze: ciągnęły się jak flaki z olejem, a poza tym miały tę aurę alkoholu, narkotyków i przypadkowego seksu i to naprawdę nie jest mój klimat, więc w normalnych warunkach postawiłabym na nim krzyżyk, no bo serio.

Ale przeczytałam ten fanfic i minęły dwa dni i

nie mogę

wyrzucić go 

z głowy.

Do tego stopnia, że mi się śnił. Dwa razy. Naprawdę, też jestem w szoku.


I pomyślałam sobie: hej, skąd to się wzięło? Przecież pierwsze 12 rozdziałów przyprawiało mnie o ból głowy z frustracji. Skąd się wzięło to dziwne uczucie złamanego serca? Wyruszyłam więc w fascynującą podróż wgłąb siebie i odkryłam wiele czynników, które złożyły się na fakt, że postawię tę historię w panteonie moich prawie ulubionych. Zaliczają się do nich wspaniałe postacie, wielowarstwowe (choć początkowo to tak nie wygląda!) i pięknie skonstruowane, i naprawdę dobry, wypolerowany styl. Nie zaszkodziło też pewnie sporo głupiej dramy (po to czytam fanfiki!), ckliwych kwestii (to drugi powód, dla którego czytam fanfiki! Proszę mnie dobrze karmić na przemian fluffem i angstem i będę szczęśliwa), cytatów Wilde'a, mnóstwo przekleństw i wszędobylskie pianina.

Zdałam sobie jednak ostatecznie sprawę, że wracam myślami do tego okropnie ckliwego, sentymentalnego, niemal naiwnego w swoim pięknie zakończenia.

Mam słabość do szczęśliwych zakończeń (cicho, wiem), ale moja definicja szczęśliwego zakończenia jest trochę inna niż większości ludzi: nie oczekuję skowronków, tylko pozytywnego rozwiązania konfliktu historii, najpewniej nie bez dobrej ofiary, no bo jak to tak, nie ma nic za darmo (klasyczny przykład - Pan Wołodyjowski, ewidentnie i bezsprzecznie najlepsza część Trylogii (Kmicic who?)).

Rozumiecie, coś bardziej jak Igrzyska śmierci, gdzie Katniss nadal ma koszmary, niż Harry Potter, gdzie Harry pracuje jak auror (??? czy JK Rowling czytała w ogóle Zakon Feniksa czy wyparła ten okres z pamięci) i All was well.

Czy może przypadkiem mam jeszcze większą słabość do tandetnych wyznań miłości na ostatnich kartkach opowieści?

I tak, i nie. Prawda jest taka, że jak lubię postaci, to każdą ckliwą gadkę przyjmuję jak dar z nieba, więc tak też było w tym wypadku. Serio, jak moje dzieci nie dostają skowronków na koniec, to się wściekam. Tyle się wycierpiały, no ej. Ale jak cała historia jest serowa, to raczej nie.

Przy czym zakończenie Young & Beautiful, bo to o tym fanficzku tu mówimy (i serio - bez głupich oskarżeń, pls, ja osobiście czytam wszystko, teraz ostrzę sobie zęby na Drarry, a wszyscy wiemy, że nie znoszę Drarry, a Larry bywa bardzo często dużo lepsze, niż to, co zalega stosami w księgarniach, jak się wie, gdzie szukać -  a ja zrobiłam głęboki research, jak wiemy), jest naprawdę tak pozytywne, że nie wiem, czy dałoby się bardziej. To nie jest złe - czytałam 33 rozdziały pełne dramy tylko dla tej kupki szczęścia, prawda?

I w jakiś, niewytłumaczalny jeszcze dla mnie, sposób autorce udało się stworzyć ociekające słodyczą zakończenie, które jednocześnie złamało mi serce, zostawiło z wewnętrzną pustką i, co najgorsze, nie daje mojej głowie spokoju, zmieniając tę historię pełną (często niepotrzebnej) dramy i papierosowego dymu w coś, co miało cel i uświadomiło mi, jak daleko i jak spójnie ewoluowali główni bohaterowie (nie znosiłam ich na początku, a teraz to moje dzieci więc??) i spięło wszystkie ucieczki.

Wiecie co, ja omijałam czasem połowę rozdziałów, czytając tylko dialogi - aż nie dotarłam do tego zakończenia, które w jakiś mistyczny sposób nie tylko dopełniło opowieść - zgodnie ze swoim zadaniem - ale rozdarło mnie na kawałki i upchało w kącie. Mistyczna siła. Zupełnie tego nie rozumiem. 

Albo nie, tak naprawdę rozumiem (to wszystko te postacie, patrz: mój post o Kimi no Iru Machi), ale to nie jest to, o czym chcę mówić. 

Bo to wywołało we mnie (kolejną) refleksję. Oczywiście, rzeczy takie jak książki i filmy są tworzone po to, żeby poznawać je w całości, a nie rzucać w kąt po 1/4 i ciężko mówić o sprawiedliwej ocenie w takim wypadku (pozdrawiam wszystkich, którzy wyłączyli mój ukochany film po 20 minutach) i zakończenie często, nie zawsze, ale często traktowane jest jako okazja do pozapinania ostatnich wątków na ostatni guzik, ostatnie decyzje i finałowe rozmowy (co jest, nie ukrywam, nudne, bo ja lubię emocje, a nie zostańmy jednak przyjaciółmi, ugh!), co rozciąga nam to felerne zakończenie na jeszcze trzydzieści stron domykania wątków. (Patrz: Szklany tron).

A po drugiej stronie barykady mamy cliffhangery i pojedyncze kończące zdania i pourywane słowa i ogólnie - zakończenia otwarte, może czasem zbyt (chyba że nazywasz się Juliusz Słowacki).

I pomyślałam sobie, że w sumie niewiele jest zakończeń naprawdę dopracowanych, do których ktoś dostatecznie się przyłożył, aby miało odpowiedni związek z historią i naprawdę było z nią integralne - i być może czasem, nawet bez używania niesamowitych plot twistów, może zmienić percepcję całości. Pamiętam, że coś podobnego przeżyłam z Mrocznymi umysłami (zabijcie mnie, ale nie pamiętam, co dokładnie się tam wydarzyło - nawet niedokładnie nie pamiętam), gdzie cała książka była nijaka, ale zakończenie mi się tak podobało, że kupiłam następny tom (i jednak nigdy go nie przeczytałam). 

Lepiej zachowuje się mój ukochany film, Nowy początek, gdzie zakończenie jest po prostu tak pięknie utkaną klamrą kompozycyjną, nie tylko zawierającą w sobie nawiązanie do początku opowieści (które ma tutaj przepiękny sens, zwyczajnie ze względu na fabułę), ale też nadające wszystkiemu przepiękny sens.

Czasem śledzimy bohaterów i nie wiemy do końca, do czego wszyscy zmierzamy w tym szalonym pędzie (albo ślimaczym tempie), jak na przykład w Tajemnej historii, o której napiszę niedługo. I kiedy docieramy do punktu kulminacyjnego, możemy dostać coś, co nam wszystko piękne spaja, nadaje sens przypadkowym wydarzeniom i pokazuje, że nie zmarnowaliśmy czasu na przypadkowe sceny pełen ciszy i nawiązań antycznych, ale często dostajemy też coś, co faktycznie może mieć sens w kontekście wyborów życiowych bohaterów, ale miałoby taki sam sens, gdyby wyciąć jakieś 300 stron czytania o niczym.

A czasem mamy zakończenia-oszustów, jak w Papierowych miastach, gdzie ta dziewczyna wcale nie chciała być szukana, więc ostatecznie, po co to czytaliśmy?

Wiecie, ja lubię, jak historia ma cel. I nie ma lepszego miejsca, aby ten cel ostatecznie pokazać, niż zakończenie. Nie punkt kulminacyjny, tylko zakończenie. Bo to ostatnie przeczytane słowa pamięta się najbardziej. Zakończenie powinno być najbardziej dopracowaną częścią książki. Po prostu bezsprzecznie.

Czasem nadajemy historii fałszywy cel, jak w Czarodziejskim flecie, czasem naszym celem jest po prostu zabawić, jak w Dziadku do orzechów i królu myszy, czasem chcemy komuś zaoferować po prostu dobrą historię, którą uważamy za wartą opowiedzenia, a czasem cel jest nieoczywisty i tęgie głowy muszą się pogłowić, zanim coś ustalą. Cel to nie to samo co dydaktyka.

Cel może tkwić nie w opowieści per se, ale w tym, do czego dążą bohaterowie: chcemy pokazać, jak te dwie postacie się schodzą i rozchodzą, chcemy pokazać, jak szewc może pokonać smoka, chcemy pokazać, jak ten jeden ziomek mógłby zmienić świat na lepsze, chcemy pokazać rozwiązanie zagadki albo dlaczego ta dziewczyna stałaby się tak potężną czarodziejką.

Byleby ta historia dokądś zmierzała, takie moje prostackie życzenie. Zostawmy przypadkowe sceny, w których na siłę trzeba szukać sensu, Weselu Wyspiańskiego. 

Obiecaj mi na początku kulminację, a potem ładnie wszystko zakończ (może nawet przewróć do góry nogami), dodaj kilka dobrych postaci i wiesz co? Masz lepszą historię niż większość tego, co miałam nieprzyjemność czytać i oglądać.

I może nawet zarwę dwie noce na leczenie się po trzech słodkich scenach.

  • Share:

You Might Also Like

3 komentarze

  1. Mam chyba jakiś gorszy dzień bo musiałam przeczytac post dwa razy zanim zrozumiałam o co chodzi :V.
    W kwestii beznadziejnych zakończeń dobrych historii królem jest Ćwiek. Bezapelacyjnie. To co zrobił z Chłopcami i Kłamcą błaga o pomstę do nieba :(. Zgadzam się z opinią o Papierowych Miastach.
    A najlepsze, zaskakujące, błyskotliwe i przemyślane zakończenia pisze szanowny Pan Sanderson. Właśnie jestem w trakcie czytania archiwum burzowego światła i omojboze jakie to jest dobre. Polecam całym sercem!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Luz, ten post jest taki bełkotliwy i bez składu XD

      Usuń
  2. Alicjo, żyjesz? Od dawna cisza na blogu fb, wszystko w porządku?

    OdpowiedzUsuń

Szanujmy się nawzajem.