Dlaczego Nowy Początek to najlepszy film, jaki widziałam w tym życiu

By Alicja Kaczmarek - 6/02/2018

Arrival, po polsku zaskakująco dobrze przetłumaczone na Nowy początek (to ma sens!), to nie tylko najlepszy film, jaki widziałam w życiu, ale także od pierwszego razu, kiedy go zobaczyłam, film ulubiony. Wiem, że za wiele filmów nie oglądam i przyznawanie się, że czyjś ulubiony film wyszedł w 2016 roku, to generalnie wiocha, ale poczułam się w obowiązku obronić mój punkt widzenia, bo mam uszy i wiem, że wiele osób nie tylko tego filmu nie rozumie, ale też nie docenia elementów, które są zwyczajnie dobre.

Historia

Zacznijmy ładnie i po kolei od tego, o czym ten film właściwie ma być? Wita nas mętnym wstępem, przedstawia swoją główną bohaterkę - wybitną poliglotkę Louise - i przekazuje, że na ziemi w kilku niezwiązanych ze sobą miejscach wylądowali kosmici i z tego powodu panuje ogólna panika. Tak zaczyna się ta historia.

Brzmi tragicznie, jasne, ale jak powtarzam do znudzenia - to nie jest film o kosmitach. Jeśli ktoś spodziewa się kosmicznej wojny, wybuchów i tragicznego bohaterstwa, a jak tego nie dostanie, to film obrzuci błotem, BO NUDY, to proszę tego nie oglądać. To nie jest taka historia.

Ogólnie uważam, że najlepiej nic o fabule nie wiedzieć, więc jeśli wystarczy wam moje polecenie i słowa FABUŁA JEST GENIALNA!! to przeskoczcie do następnego podpunktu.

Niemniej, w moim skromnym mniemaniu, jest to opowieść o ludziach i o jednym konkretnym człowieku. Ba, temu nawet bliżej (choć wciąż daleko) do romansu niż do typowego sci-fi. Główny konflikt fabularny to potrzeba komunikacji z kosmitami - nikt nie wie, dlaczego przylecieli na ziemię. Nie są agresywni, po prostu sobie stoją, ale świat i tak opanowuje panika i trzeba się dowiedzieć. Więc tutaj wkracza Louise, której zadaniem jest rozszyfrować tajemniczy sposób komunikacji heptapodów.

Ta z pozoru prosta historia (choć problem komunikacji jest tak często pomijany w sci-fi - dlaczego kosmici znają angielski albo od razu walą z broni?) jest jednak przykrywką dla niewątpliwie tragicznego wyboru, przed którym staje bohaterka, do ukazania potrzeby komunikacji między ludźmi (Musimy ze sobą rozmawiać! mówi Louise, kiedy żołnierze zrywają połączenie z kolejnymi bazami rozstrzelonymi po całym świecie), a także do fantastycznej eksploracji problemu języka i tego, jak wpływa na postrzeganie świata, rzeczywistości i ogólne działanie mózgu. (Ten wątek ma swoje poparcie w prawdziwych badaniach i teoriach naukowych).

Przede wszystkim punkt kulminacyjny jest niesamowity i wbijający w fotel - a wszystko, co prowadziło do tego punktu, tak dobrze poprowadzone, że mogę tylko chylić głowę przed scenarzystą i reżyserem. (A jeśli to nie jest dostateczny komplement, to sama Amy Adams powiedziała, że miała mieć aktorski urlop, ale przeczytała ten scenariusz i musiała przełożyć bycie mamą).

Louise jest poliglotką, geniuszem, niemal żołnierzem służącym całemu światu, ale w tej historii, choć nie na pierwszy rzut oka, przede wszystkim człowiekiem, kobietą i matką.


Amy Adams

Amy Adams to moja ulubiona aktorka, choć tak tragicznie i zupełnie niezasłużenie pomijana i niedoceniana.

Co jednak trzeba odnotować - nie lubię jej ze względu na jej osobowość ukazywaną w wywiadach (choć też) czy social media (bo ich nie ma). To moja ulubiona aktorka ze względu na jej niesamowity talent aktorski (wake up academy), który moim zdaniem, przerósł ludzkie umiejętności w tej właśnie produkcji. To nie jest przesada.

I co jest najlepsze?

To widać dopiero za drugim razem.

Kiedy wiadomo już, o co tak naprawdę cały czas chodziło, wszystkie małe rzeczy, które robi Louise, wszystkie drobne miny, każde ściągnięcie brwi - to jest po prostu coś nie do pojęcia dla mnie.

To była trudna rola, Amy Adams sama określiła ją jako wyzwanie (nie dziwię się), ale powiem wam coś - nie było lepszej osoby do tej roli (o czym mówią też reżyser i scenarzysta). To jest film, który należy i trzeba obejrzeć dwa razy, bo zmienia się całkowicie percepcja całego pierwszego aktu, ale dopiero za drugim razem można całkowicie docenić kunszt, z jakim Amy Adams wykonuje swoją pracę i jak doskonale porusza się w roli. Nie jestem w stanie podać konkretnego przykładu, żeby nic nie zaspoilerować (a byłaby wielka szkoda!), więc muszą wam wystarczyć moje puste słowa.

I wiecie co? Brak nominacji do Oscara za taką rolę? Skandal i tyle.


Innowacja

Arrival to film niekoniecznie przełomowy (choć szkoda), ale na pewno wyjątkowy. Przede wszystkim - główną bohaterką jest kobieta i zanim ktokolwiek mi tu przyjdzie z zaprzeczeniem wyjątkowości tego faktu, pamiętajmy, że to jest science fiction. Wiecie, jak wyglądają kobiety w science fiction, prawda? Ogólnie sytuacja filmów sci-fi jest obecnie, moim zdaniem, średnia, a najbliższy premiery Arrivala film dotykający kosmicznych sfer, z którym miałby konkurować, to Pasażerowie, z tego co pamiętam (mogę się mylić), ostatnio z takich głośnych rzeczy to mogę jeszcze wymienić Valeriana i Strażników Galaktyki. Mamy więc pewien obraz.

A jeśli moje osobiste odczucia do was nie przemawiają, to może przemówi do was Amy Adams, która w materiałach dodatkowych dosłownie powiedziała, że jest wdzięczna Jeremy'emu Rennerowi, bo niewielu aktorów zgodziłoby się odegrać rolę wspierającą, kiedy głównym bohaterem jest postać żeńska. Ja tam bym z nią nie dyskutowała, chyba ma większą wiedzę na ten temat?

Podobnie twórcy wypowiadają się (zdawkowo), że bardzo zależało im, żeby zrobić film z kobietą w centrum.

Ale to nie jedyne, na co chciałabym zwrócić uwagę - przede wszystkim design kosmitów i całej kosmicznej otoczki jest czymś, czego chyba nie widzieliśmy jeszcze na ekranach. Kosmici nie są humanoidalni, nie przypominają ludzi, nie mają dużych głów i czterech palców. Bliżej im do dementora niż ufoludka. Podobnie ich statki kosmiczne nie wyglądają jak Gwiezdne wojny i Odyseja kosmiczna, a na pewno ich wnętrze nie przypomina niczego, co mogłabym połączyć ze statkiem kosmicznym. Takie właśnie było założenie twórców - statki kosmiczne heptapodów nie miały przypominać niczego, co znamy na ziemi.

I wreszcie - kosmiczny język heptapodów. Nie wiem, co za szaleńczy umysł pracował nad jego stworzeniem, ale zrobił odjazdową robotę. Obejrzycie, to zrozumiecie, bo jak tu nie zaspoilerować! A potem możecie rzucić okiem na materiały o tworzeniu tego właśnie języka. Wow.


Muzyka

Wiem, że otwierający i kończący motyw muzyczny pojawia się w kilku innych filmach (CO ZA BÓL), ale to nie zmienia faktu, że jest nie tylko fantastyczny, ale też idealnie wpasowujący się w klimat i puentę historii - słychać w nim ból, ale to taki ból, który się przyjmuje i akceptuje, bo wie się, że to cena za coś cudownego. To jest niesamowity i integralny ułamek tej historii i dzięki niemu zakończenie jest jeszcze bardziej znaczące. Dzięki niemu może być idealną klamrą kompozycyjną, fabularną, znaczeniową. To jest piekielnie ważne dla tej historii.

Ale inne utwory? Człowieku, od czego by tu zacząć. Tworzą tę niesamowitą atmosferę, na którą niektórzy tak narzekają (pozdrawiam ludzi, którzy wyłączyli po dwudziestu minutach), a która mi się tak podobała - nieco ospałą, powolną, ale nie nudną, pełną oczekiwania i niepokoju. Przy tym wszystkim, podobnie jak kosmici i ich statki, jest nie z tej ziemi. Czy z inną muzyką ten film byłby dobry? Pewnie tak. Ale nie aż tak dobry.

To niekoniecznie jest coś, co da się lubić, co ma zaspokajać nasze wrażenie estetyczne (choć oczywiście też to robi), ale właśnie wprowadzać ten klimat i czynić opowieść pełną.

Bo ta historia jest... cicha. Bardzo cicha. Tylko ze dwa razy są jakieś strzały i wybuchy, a postaci często niewiele mówią. Ale dzięki tej muzyce, ta cisza jest dobra. Przede wszystkim mam teraz na myśli scenę pierwszego spotkania z kosmitami. Mój umysł po prostu odtwarza tę pełną napięcia melodię, a ja nie mam zbyt dobrej pamięci do muzyki.


Mniej znaczy więcej

To jest produkcja... oszczędna. Nie tylko ze względu na śmiesznie niski budżet (47 milionów!), ale też na przyjętą konwencję. Tak jak mówiłam - postacie niewiele mówią, ale przy tym jest ich w ogóle niewiele. Przede wszystkim Louise i Ian, a poza nimi tych dwóch żołnierzy, z którym jeden na pewno się przedstawiał, ale nie zapamiętałam nazwiska, a ten drugi nawet chyba nie, bo miał jakieś trzy kwestie, no i generał Shang (serio), na upartego też Hannah. To są wszystkie niby istotne postacie, chociaż ileż czasu ekranowego mają ci trzej faceci? Bez fajerwerków. Tak naprawdę to tylko tło, a pełnoprawnymi postaciami są tylko Louise i Ian.

Design generalnie też jest oszczędny. Gładkie ściany, rola światła, żadnych migających kontrolerów czy hologramów. Oszczędne są kostiumy postaci - przede wszystkim w kolory. Rany, nawet krajobrazy są oszczędne, bo to wszystko trawa.

Nie ma nawet niesamowitej technologii, której moglibyśmy się spodziewać po sci-fi. Louise używa białej tablicy i pisaka.

Nawet narracyjnie film jest oszczędny - nie zdradza nam nadal prawie żadnej kosmicznej tajemnicy.

I... tak jest lepiej. Szczerze. Po pierwsze: miła odmiana, po drugie: po raz kolejny nadaje to historii ten niesamowity, niepokojący klimat. To też w pewien sposób urzeczywistnia film: Louise na bank dostałaby pisak i tablicę w rzeczywistości. Powinna się cieszyć, że nie kartkę papieru!

Wreszcie, osobiście zawsze to doceniam, kiedy twórcy mają odwagę zostawić niedopowiedzenia. Bo kosmici nie byli istotą tej historii, więc niedopowiedzenia są tutaj jak najbardziej na miejscu.


Tak więc, jak widać, bezgranicznie uwielbiam ten film i będę go zawsze bronić jak lwica. Nawet jeśli zobaczę coś lepszego (wątpię!).

Zatem za bezmyślne jeżdżenie po tym cudownym filmie bardzo się obrażam, więc jeśli za moją namową słusznie obejrzycie i wam się nie spodoba - to proszę mi się nie przyznawać.

  • Share:

You Might Also Like

5 komentarze

  1. Obejrzę! Obiecuję że obejrzę. Mam się za to zabrać od pierwszego wpisu pełnego zachwytów, ale jakoś zawsze zapominam :(. Dam sobie jakiś deadline na obejrzenie tego, powinno podziałać :D. Wracam z komentarzem po seansie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oto jestem!
      Obejrzalam dziś film razem z moim chłopakiem, dla którego był to rewatch. On stwierdził, że historia podobała mu się jeszcze bardziej niż za pierwszym razem, a ja... sama nie wiem co myślę. Mam mieszane uczucia. Chyba nie przemawia do mnie ukazana w filmie wizja czasu-nie jestem w stanie jej dobrze zrozumieć, zoatawiono według mnie za dużo niewiadomych. Część dotycząca komunikacji jako takiej znacznie bardziej mi podeszła :). Może za drugim podejściem moje odczucia się zmienią, nie wiem.
      Oczywiście filmowi nie można nic zarzucić jesli chodzi o klimat, oryginalność pomysłu, muzykę czy grę aktorską-te stoją na bardzo wysokim poziomie.
      Tak czy siak, film był ciekawy i cieszę się że go w końcu obejrzałam. Fajnie znać twój ulubiony kinematograficzny twór ❤️

      Usuń
    2. Nie wiem, co w tym jest niejasnego, szczerze mówiąc, bo to nie jest wizja czasu samego w sobie. Język heptapodów był nielinearny, stąd kolisty alfabet, a to się przekładało na ich postrzeganie czasu. (Co ma zresztą swoje uzasadnienie w prawdziwych badaniach). Więc ta teoria naukowa została po prostu pociągnięta trochę dalej, a Louise w ramach poznawania tego języka coraz lepiej, absorbowała to nieliniowe postrzeganie czasu - stąd język to "broń". Dlatego skłaniałabym się ku powiedzeniu, że to wizja języka (prawdziwa), a nie wizja czasu :).
      Warto zauważyć, że pomijając prolog, pierwsza wizja dziecka następuje po rozpoczęciu nauki języka - nieprzypadkowo.
      Cieszę się za to, że było chociaż w miarę. Pozdrów chłopaka!

      Usuń
  2. Widziałam! Tylko raz, ale myślę, że po tym poście się to zmieni, chętnie zobaczę znowu, żeby wyłapać te wszystkie nieuchwytne za pierwszym oglądaniem elementy, pewnie zupełnie inaczej spojrzę na pierwszą część. Świetna historia, film cichy, oszczędny, kameralny, a zarazem tak niesamowicie mocny i wyrazisty. Nietypowe, inteligentne, wręcz błyskotliwe science-fiction, które mimo tej ciszy, oszczędności wyrazu, wzbudza niesamowite napięcie (pierwsza scena na statku kosmicznym!). I ta gra z postrzeganiem języka i czasu! Kwestie języka i komunikacji są tu poruszone fenomenalnie, uwielbiam wprowadzenie zagadnienia lingwistyki do filmu science-fiction (przecież to naprawdę jest logiczne - z kosmitami trzeba się jakoś porozumieć), te rozważania nad naturą mowy, struktury języka i jego wpływu na naszą świadomość. Te zagadnienia są naprawdę fascynujące. Do tego tak błyskotliwie wplecione w fabułę. A zarazem jest to tak niesamowicie intymna, osobista, mocno filozoficzna historia. Aż ściska za gardło.
    Hm, ja odnoszę wrażenie, że filmy sci-fi są obecnie bardzo popularne - całe uniwersum Marvela, filmy DC, Mad Max: Droga gniewu (naprawdę, naprawdę dobry nawiasem mówiąc - też właściwie z kobietą w centrum), Marsjanin, nowe Gwiezdne Wojny, właśnie Valerian, Pasażerowie, powroty do chociażby Jurassic Park w ramach mody na sequele i remaki, nie wspominając już o serialach... ale tak, chyb naprawdę niewiele jest takich jak ,,Nowy początek". Ja gatunek science-fiction dopiero tak naprawdę odkrywam (oczywiście, znam mainstream, ale nie jestem znawczynią gatunku), jednak już teraz wydaje mi się, że ,,Nowy początek" jest jedyny w swoim rodzaju.
    Muszę też koniecznie przeczytać opowiadanie, na którego podstawie ,,Nowy początek" powstał (,,Historia twojego życia" Teda Chianga), czytałaś może?
    ,, jest wdzięczna Jeremy'emu Rennerowi, bo niewielu aktorów zgodziłoby się odegrać rolę wspierającą, kiedy głównym bohaterem jest postać żeńska"
    ...
    To straszne.
    Aż trudno uwierzyć, że w XXI wieku wciąż jest problem z kobiecymi bohaterkami na pierwszym planie w kinie, ale tak, to cały czas jest jakieś novum, chociaż powinno być czymś codziennym :/ Kobieca perspektywa w kinie jest bardzo potrzebna - bo kino z perspektywy tylko jednej płci to kino niepełne. To pokazuje, ile wciąż jest do zrobienia w kwestii równouprawnienia - zarówno na ekranie, jak i poza nim.

    Pozdrawiam ciepło!
    P.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się!
      W mojej opinii science-fiction jest w średniej kondycji, bo praktycznie wyłącznie dostajemy gwiezdne bijatyki i dystopię na przemian, a większość z nich z tym samym sarkastycznym, zarozumiałym białym głównym bohaterem, który chodzi w skórzanej kurtce. Brakuje mi wyjątkowych pomysłów, które jednocześnie byłyby ogólnodostępne, a najlepiej jednocześnie klasycznie fantastycznonaukowe. Chociaż widać światełka w tunelu.
      Jeszcze nie, ale czeka bezpiecznie na półce i zabieram się za ten zbiór jeszcze tego lata :).
      Zacznijmy od tego, że nie ma czegoś takiego, jak człowiek domyślny, więc jakbyśmy tylko wszyscy uznali, że nie trzeba żadnego uzasadnienia fabularnego, żeby postać nie była białym hetero mężczyzną, to już by było z górki. Ale nadal słyszy się "po co kobieta" i "w jaki sposób chcą uzasadnić, że jest gejem". W żaden, bo nie trzeba niczego uzasadniać.
      Również pozdrawiam!

      Usuń

Szanujmy się nawzajem.