To już nie jest kryminał, czyli refleksja nad Tajemniczym panem Quinem

By Alicja Kaczmarek - 5/27/2018

Innymi słowy: gdzie kończą się zagadki, a zaczynają boskie ingerencje i o tym, że nie wszystko, co pisze Agata Christie, jest kryminalnym geniuszem.


Postanowiłam sobie, że będę pisać o wszystkim, co czytam i oglądam (poza filmami aktorskimi, bo ja się na nich naprawdę nie znam i 3/4 z nich oceniam na bardzo dobre, więc będę mówić tylko o wybranych), więc oto pierwsza książka, którą przeczytałam jako wolny człowiek - "Tajemniczy pan Quin" Agaty Christie.

Ten zbiór opowiadań jest naprawdę wyjątkowy, bo nie odpowiada klasycznym wyznacznikom kryminałów - w ogóle żadnym wyznacznikom nie odpowiada. Nie mam pojęcia, do czego można by go zaliczyć, jeśli nie do kryminałów właśnie. Ale z drugiej strony - nie jestem fanką gatunkowego szufladkowania i generalnie jestem za wyzwoleniem z formy. Jakiekolwiek zasady gatunkowe to dla mnie głupota - bezsensowne ograniczanie swojej twórczości tylko po to, żeby ktoś, kto myśli, że wie, mógł wytknąć błąd, a po twojej śmierci ktoś inny uczony okrzyknie cię prekursorem nowych ram gatunkowych. Co za błazenada.

Zatem, wracając do meritum, czym jest zbiór opowiadań "Tajemniczy pan Quin"? Czym się różni od innych zbiorów opowiadań autorki? Po pierwsze - nie ma w nim prawie w ogóle kryminalnych zagadek. Tytułowy pan Quin, który nawet nie jest głównym bohaterem, wyznaje bowiem ciekawy pogląd, że lepiej pamięta się fakty wiele lat po zdarzeniu niż w dniu zdarzenia, że wrażenia i pamięć, są dużo lepsze niż gorące emocje. Nie wszystkie jednak opowiadania opierają się na tej tezie - mamy rozwiązanie tajemniczych zagadek sprzed lat i ciekawe oczyszczenia z zarzutów, ale także kilka tak niesamowitych zbiegów okoliczności, że książka graniczy już niemal z fantastyką. Ale, jeśli dobrze rozumiem, takie było założenie.

Pan Quin przychodzi i odchodzi, a sama jego chwilowa obecność powoduje niesamowity ciąg wydarzeń, który umożliwia zapobiegnięcie katastrofie, uratowanie życia, odnalezienie zaginionych skarbów. Wyzwala w głównym bohaterze zdolność dedukcji, których nigdy w sobie nie podejrzewał i zamienia życie w teatr.


Czy postać Harleya Quina (nie mylić z Harley Quinn, był od niej pierwszy), Arlekina, jest w ogóle rzeczywista? Ciężko powiedzieć, więc myślę, że autorka wypełniła to, co chciała pokazać. Nic o nim nie wiadomo, nawet za bardzo nie wiadomo jak wygląda, skąd jest, czym właściwie się zajmuje?  Dzięki temu możliwe jest pełnienie przez niego roli fantastycznego "katalizatora" niesamowitych zdarzeń, które możemy obserwować w kolejnych opowiadaniach, a im dalej, tym coraz bardziej fantastycznie. Choć początkowy pan Quin pełnił aktywny udział w rozwiązaniu zagadki, na koniec właściwie go nie ma, pojawia się jako cień, który dodaje odwagi panu Satterthwaite'owi, i odchodzi - z powrotem w mrok cienia.

Nie jestem, w swoim osobistym mniemaniu, w pozycji do oceniania w jakikolwiek sposób dzieł takiej autorki, jak Agata Christie. Tym bardziej, że ja z nich wszystkich naprawdę czerpię wielką przyjemność, więc ewentualne elementy, do których mogłabym mieć zastrzeżenia, gdybym się uparła, nie mają nawet znaczenia. Albo Christie lubisz, albo nie lubisz, i moja osobista opinia o tym jednym zbiorze opowiadań tego raczej nie zmieni.

Przy czym książki Agaty Christie to studnia bez dna, mogłoby się wydawać, gdzie każdy może znaleźć coś innego, co mu się spodoba. Osobiście najbardziej lubię pojedyncze powieści i nie przepadam ani za Poirotem, ani za Panną Marple. Co nie znaczy, że książki z nimi mi się nie podobają - po prostu w moim typie bardziej są te samodzielne historie. Czy w twoim wypadku będzie podobnie? Pewnie nie.

Ale nie mogę się powstrzymać, żeby nie powiedzieć, że nie polecam zaczynania czytania Christie od jakichkolwiek zbiorów opowiadań (ja zaczęłam od "Dwunastu prac Herkulesa"), a szczególnie od "Tajemniczego pana Quina". Właśnie przez tę specyficzną, fantastyczną otoczkę, która osoby spodziewające się rozwiązania zagadki kryminalnej, prawdopodobnie doprowadzi do szewskiej pasji - przypuszczam, że są tacy, co Quinem rzucają z furią w kąt, bo zdarzenia mogą być aż tak niesamowite.


Cóż za przypadek! - chciałoby się wręcz wykrzyknąć, gdy skarb został zabrany niesamowitym zbiegiem okoliczności w to miejsce, gdzie był też pan Satterthwaite, i akurat tam też odkryty.

No, niesamowite - ciśnie się sarkastycznie na usta, gdy młody malarz sugeruje o swoim obrazie, kluczowym do rozwiązania tajemniczej zagadki sprzed lat, że namalować go kazała mu siła wyższa.

Czy są to rozwiązania fabularne, które godzą królowej, mistrzyni kryminału?

I zanim kolejna mądra głowa od konwencji zakrzyczy mnie, że nie i w ogóle ta cała Christie to pic na wodę, fotomontaż, powiem odważnie: dlaczego nie?

Autor zawiera pewną niemą umową z czytelnikiem - że czytelnik zrozumie założenia. Ale panuje z jakiejś przyczyny taka okropna moda na czepianie się elementów powieści wynikających z oczywistej konwencji czy stylizacji, ponieważ czytelnik ma, czasem mylne, jakieś wydumane pojęcie o tym, że wie lepiej. Pewnie, każdy ma prawo do własnego odbioru sztuki - nie chcę go wam w żaden sposób ograniczać. Ale myślę, że można by czasem, tak raz na jakiś czas, zejść z wysokiego konia i pomyśleć, że to, że mnie coś drażni, nie znaczy, że jest błędem.

Nie ma w sztuce czegoś takiego, jak "nieprawidłowość". Nawet jeśli przyjmiemy założenie, że w literaturze, jak w malarstwie - proporcje można zaginać dopiero, jak się je zna - to przecież wszyscy wiemy, że Christie potrafi stworzyć w pełni podręcznikową zagadkę kryminalną. Odbieranie nawet jej, Agacie Christie, prawa do zabawy konwencją, byłoby ignoranckie.

To jest takie zjawisko, która dotyka wszystkich pisarzy - wielkich, małych, wydawanych w dziesiątkach języków i tworzących tylko do internetu. Mnie też. Kiedy przychodzi ta jedna osoba i wie lepiej, mimo że robisz coś całkiem świadomego. Oczywista stylizacja. Całkowicie świadomie wymieszanie przeszłości ze współczesnością. Książę-analfabeta, ale prosty rybak potrafiący czytać.

Tajemnicze i fantastyczne zbiegi okoliczności.


Nie ulega wątpliwości, że Agata Christie napisała ten (nie)kryminał z pełną świadomością zastosowanych zabiegów. Ma nam się prawo to podobać lub nie, bo na tym ten świat polega. Ale traktowanie takich niemych założeń z całą wyższością jako błędów, wygląda jak błazenada.

Arlekinada.

Zatoczyliśmy pełne koło.

PS odnośnie wstępu: doskonale zdaję sobie sprawę, że Agata Christie pisała też powieści obyczajowe - wiecie, o co mi chodzi.

  • Share:

You Might Also Like

7 komentarze