John Green pisze tylko jedną książkę w kółko - "Żółwie aż do końca"

By Alicja Kaczmarek - 12/27/2017

Marzyła mi się recenzja pełna ochów i achów i zdanie "Najlepsza książka Johna Greena". No niestety.
Każdy, kto cokolwiek pisze, zna to uczucie, kiedy ma fajne postaci i relacje między nimi w głowie, no takie ach, cudo, ale nie ma dla nich historii. No nie ma co z nimi zrobić.

Wydaje mi się, że na podobną przypadłość musiał cierpieć John Green, kiedy pisał "Żółwie aż do końca", przy czym być może nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że ma pomysł na jedną postać i być może nie wiedział, że nie ma pomysłu na historię.

Nie chce mi się mówić, o czym to jest, bo pewnie i tak większość już dawno przeczytała. A poza tym wszystkie książki Greena są o tym samym.

Powiem otwarcie, że obiecałam sobie, że nie będę porównywać tej książki do "Gwiazd naszych wina". Naprawdę nie chciałam tego robić, ale wydaje mi się, że autor próbował po raz drugi napisać książkę o chorych ludziach, ale nie o chorobie. I tym razem nie wypaliło. Z tej prostej przyczyny, że w GNW wątek "uczę się szczęścia na nowo" był okej. W przypadku, kiedy w grę wchodzi choroba psychiczna, takie rozwiązanie fabularne (chłopak jest jej potrzebny, żeby wyjść z choroby) byłoby, co tu dużo mówić, nie w porządku i mocno, no cóż, fucked up. Po prostu ludzie by Greena zjedli żywcem. Nie ma więc tego w Żółwiach, jest za to... w sumie nie wiem co.

Zaczyna się od wątku biznesmena i jego zniknięcia, mamy jakiś śledztwo. Potem ono znika. Pojawiają się drobne wątki poboczne o znajomych Azy, które nie mają żadnego znaczenia, bo to postaci okropnie bezbarwne i schematyczne. Wkrada się, oczywiście, romans. Wątek jakie ma trudności osoba chora w związku. Ten jest akurat bardzo ok. Ale w momencie, kiedy ich związek się kończy, książka nie wie, co ma ze sobą zrobić.

Uwaga, będę spoilerować.

W momencie, kiedy historia się kończy, Aza nie poradziła sobie ze stratą ojca. Nie odnalazła nowego przyjaciela. Nie znalazła chłopaka na lata. Nie została wyciągnięta z choroby dzięki przyjaźni, za to z trochę tajemniczego powodu poddała się wreszcie leczeniu, ale ten wątek jest tak okropnie potraktowany, ściśnięty dosłownie na kilku stronach, jakby właśnie John Green bał się, że wyjdzie z tego książka o chorobie. CO NIE BYŁOBY ZŁE. Bo co prawda rozwiązanie zagadki biznesmena znajduje się w książce, ale jest nie tylko cholernie niesatysfakcjonujące, jest też kompletnie przypadkowe, nie ma śledztwa do śledzenia z zapałem, są tylko przypadkowe wydarzenia. I wreszcie na koniec autor wmawia nam, że to była jednak książka o miłości. Nie wiem, w którym dokładnie momencie, skoro ta ich wielka, pierwsza miłość w sumie nic im nie dała. Oni ze sobą zerwali przez smsa, na Boga. Obecnośc Azy w życiu Davisa nie zmieniła n i c. Nie pomogła mu ze stratą matki, nie wpłynęła na jego brata, nic, nic, nic. Azie Davis pomógł chyba jeszcze mniej.
Zresztą, polecę trochę prywatą, ale może to ja mam pecha, a może John Green żyje w innej rzeczywistości, ale Boże broń mnie od wspierania twórców, którzy promują związki zaczynające się od obdzierania się z własnej duszy. Niezależnie czy romantyczne czy nie. Czasem można mieć niebotyczne szczęście i trafić na kogoś, kto akurat nie okaże się strasznym dupkiem, ale wiecie co? Aza wcisnęła Davisowi narzędzie opresji w ręce. Gdyby jednak okazał się dupkiem, miał niesamowitą przewagę psychiczną nad, nie oszukujmy się, dziewczyną z chorobą. I sorry bardzo, ale tak właśnie toksyczni ludzie wpędzają nastolatki w spirale depresji. Nie mówię, że nie należy nikomu ufać i pewnie, że tak czy siak w końcu się na kimś rozczarujemy. Ale wiecie co? Mogę mówić tylko z własnego doświadczenia. Ale przeszłam w swoim życiu mnóstwo pierwszych rozmów sam na sam, które brzmiały obrzydliwie podobnie do tych Azy i Davisa. I to się nigdy nie skończyło dobrze. Może dlatego mnie to tak drażni. Prawdopodobnie każdy ma inne doświadczenia w tym temacie, ale nie sądzę, aby ich relacja mogła być stawiana za jakikolwiek wzór.

Bo oni nic o sobie nie wiedzą, poza, Matko Boska, swoimi największymi lękami i demonami. Davis lubi obsesyjnie gwiazdy i ma blożka, a Azę tworzy choroba, jak bardzo tego byśmy nie chcieli. A co z, no nie wiem, pozytywnymi rzeczami? Z marzeniami? Z pasjami? Z ulubionymi zapachami? Ludzie to nie tylko ich demony, jak bardzo skrzywdzeni by nie byli, jak bardzo samotni i jak bardzo owładnięciu chorobą. Takiej wiadomości spodziewałabym się po tej książce, takiego wątku oczekiwałam.

A nie związku zbudowanego na tym, że oboje mają traumę.

Jedyny pozytywny aspekt jest taki, że to jednak nie wypaliło. Moim zdaniem cała ta książka tylko by skorzystała, gdyby Aza i Davis od początku do końca byli tylko przyjaciółmi.


I teraz kolejna z moich uwag, czyli: książka nie może być dobra tylko dlatego, że porusza problem choroby psychicznej. Wręcz przeciwnie, od takiej książki powinniśmy wymagać nawet więcej. Na tyle, na ile mogę uznać z mojej trochę ograniczonej wiedzy, ten wątek został przedstawiony dobrze i oddał sprawiedliwość chorobie, bez uromantyczniania jej i spłaszczania. Jest naprawdę w porządku i nie mogę się przyczepić, bo ewidentnie jest tutaj widoczny zupełnie inny poziom rozumienia tematu niż w Will Grayson, Will Grayson. Zdecydowanie pozytywny aspekt książki.

Tyle że to nie jest książka o chorobie, jak ostatnie strony usilnie przypominają. To jest książka o miłości. A jako taka, to przykro mi bardzo, ale jest to kolejna (!) książka Greena o tym samym i takich samych postaciach. Mamy więc pewną zagadkę (tak jak i w Alasce, i Papierowych miastach) w odróżnieniu od drugiego wątku towarzyszącego Greenowi - podróży (czasem dwa naraz!), a jednocześnie pewien "niestandardowy" wątek miłosny, który oczywiście nie może się skończyć tak, jak byśmy tego do końca oczekiwali. Dodatkowo mamy postaci! Czyli standardowo musi być ktoś, kto ma trochę alternatywne hobby, a w tej dziedzinie jest ekspertem, bo nie ma ludzi, którzy lubią coś bez wiedzy specjalistycznej i bezbarwna paczka znajomych. Powiedzcie mi, czemu ludzie jeszcze nie mają ochoty wymiotować, kiedy widzą wesołą i rozgadaną przyjaciółkę i wycofanego artystę. Przysięgam, to brzmi jak fanfic.

Poza tym to gadanie o Azie jako oryginalnym imieniu po tym, jak Magonia karmiła nas tą samą gadką nie tak dawno temu bardzo mi się podobało. Czy będzie trend na Azy?
Wiecie, co wam powiem? Jestem nie tylko tą książką okropnie rozczarowana, bo spodziewałam się arcydzieła. Jestem nią rozczarowana, bo nie jest nawet poprawna. Fabuła jest skonstruowana po prostu biednie, tak że nie wiadomo, do czego książka zmierza. No prawie do niczego, bo status quo na koniec powieści niemal się nie zmienia, poza tym, że Aza postanawia się leczyć, ale zaraz potem dostajemy przypomnienie, że nie o to w tej książce chodzi. Jak się nad tym dobrze zastanowić, to po wyrzuceniu Davisa i jego ojca, finał byłby taki sam. Tak bardzo istotny jest najważniejszy wątek. Powieść zawiera jedną (1) dobrą postać. Ale za to już wiemy, że dostaniemy ekranizację. Dobre.

Tak czy siak, nie wiem, czy kupię następną książkę Greena. One ładnie wyglądają na półce i szybko się czytają, ale widzę nie tylko schemat goniący schemat, ale też tendencję spadkową. Nie wiem, czy "Żółwie aż do końca" nie zajmą zaszczytnego miejsca "prawie najgorszej książki, którą pisał John Green" obok "Szukając Alaski". Gorszy był tylko "Will Grayson" (który był aż tak zły właśnie przez część Johna Greena). Książka, która miała być tak dopracowana, tak wyczekana, tyle czasu nad nią spędzono, a dostajemy... no, to.

"Żółwie aż do końca" odradzam nawet długoletnim fanom twórczości Greena. Jestem pewna, że można znaleźć dużo lepsze pozycje skupione wokół zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych, a poza tym, ta książka nie ma nic do zaoferowania.

Takie mam wrażenia po lekturze. Jeśli różnią się od twoich, to bardzo mnie to cieszy. Nie ma nic lepszego niż uczucie, że przeczytało się dobry kawałek literatury, więc cieszę się twoją radością. Przypominam tylko, że nie trzeba mnie atakować, bo mi się nie podobało.

  • Share:

You Might Also Like

17 komentarze

  1. No cóż, ja już przy lekturze "Papierowych miast" i "Szukając Alaski" miałam wrażenie, że czytam właściwie tę samą książkę, tylko trochę inaczej napisaną :D
    Mam wrażenie, że to "alternatywne hobby" to jest jakiś znak rozpoznawczy Johna Greena. Bo przecież naprawdę ciekawi ludzie to ci, którzy czytają jedną książkę w kółko. Tak.
    Według mnie w ten typ książek o wiele lepiej umie Matthew Quick (chociaż i tak w "Poradniku pozytywnego myślenia" Pat pijący hektolitry wody przy pomocy kieliszków od wódki przyprawił mnie o walenie głową w stół) - jakoś lepiej i wiarygodniej mi się to czyta, no i nie czytamy cały czas o tej samej postaci.
    Kiedy zobaczyłam "Żółwie aż do końca" w księgarni po raz pierwszy, jakoś w ogóle mnie istnienie tej książki nie ruszyło. Tak jakoś stwierdziłam, że "meh. kolejna książka Greena. Ciekawe, czy ktoś o nim jeszcze pamięta.". I chyba słusznie, z tego co widzę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Matthew Quick od Greena różni się tym, że każda kolejna jego książka jest lepsza, a Greena gorsza.
      No cóż, ja na razie widziałam same pozytywne recenzje Żółwi, ale jak wiadomo, nie ma jednej słusznej opinii :). Pewnie najlepiej byłoby przekonać się samemu, tylko w sumie nie ma po co.

      Usuń
  2. Nie lubię Johna Greena, więc na tę książkę się nie skuszę. Z jego powieści spodobała mi się chyba tylko jedna ― "19 razy Katherine" i to bardziej przez własną interpretację niż przez fabułę i treść. GNW uważam za okropnie płytkie, Szukając Alaski za obraźliwe, a Papierowe Miasta za absurdalne, więc... Nie podoba mi się też wizja świata nastolatków, którą propaguje Green i uważam, że wiele elementów jego powieści za strasznie toksyczne :"D
    Tak BTW: byłaś na Ostatnim Jedi? :) A jak tak, to podobało Ci się, czy raczej nie bardzo? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 19 razy Katherine jest chyba najbardziej neutralną jego książką, ale szczerze to praktycznie nic z niej nie pamiętam, nawet uczuć, jakie mi towarzyszyły lekturze.
      Ja uważam Alaskę za okropną, Papierowe miasta za bezcelowe, a Willa Greysona za szkodliwego, płytkiego i obraźliwego. GNW lubię, spełnia swoją rolę moim skromnym zdaniem.
      Byłam, oczywiście, że byłam i bardzo mi się podobało, poza jednym czy dwoma momentami kiedy miałam ochotę wstać i wyjść. Ogólnie należę do części zadowolonej i nie rozumiem hejtu, jakby... w calej sadze można znaleźć obiektywnie dobry jeden film? Tak myślę, mimo że uwielbiam wszystkie. TLJ jest według mnie dużo lepsze od TFA i naprawdę mi się podobało.

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    3. O bardzo mnie to cieszy, bo ja nowy kanon GW jest super i bardzo lubię wszystkie filmy (;
      SPOJLER
      Chodzi o scenę z Leią? :D Mnie ona niesamowicie zażenowała i chyba najmniej podobało mi się zaraz obok wątków Finna (które miały tylko jedną fantastyczną scenę, sad story). Za to strasznie podobała mi się relacja Kylo-Rey-Luke, bo to wszystkie moje ulubione postacie z SW w jednym miejscu i Kylo... <333 Najlepsza postać w SW chyba. Uwielbiam tę postać, bo najbardziej się z nią utożsamiam i najfajniej rozumiem, no ale.
      Dla mnie jednak TFA było lepiej skonstruowano, bo TLJ kończyło się czterdzieści minut, a TFA był bardzo spójny i miał genialną scenę kulminacyjną, a TLJ nie bardzo.
      SPOJLER
      Damn, zjadło mi ostrzeżenie o spojlerach.

      Usuń
    4. Ja jednak jestem team stary kanon, bo stara republika to moja ulubiona era sw, a została wyrzucona jakby nigdy nic i mi przykro XD

      Nie, chodzi o scenę z ratowaniem Finna przez Rose. To było żałosne i tak czy siak stracili jednego żołnierza, a poświęcenie Finna chociaż miałoby jakąś korzyść. I jeszcze ta przemowa potem, auć.

      Podoba mi się, gdzie zmierza postać Kylo, ale daleka jestem od takich deklaracji. Moją ulubioną postacią z całego star wars jest Carth Onasi, ale to bardzo osobisty wybór.

      Ja mówię fabularnie. TLJ coś wniosło i trzymało w napięciu, a TFA wynudziło mnie strasznie, jakbym chciała obejrzeć Nową nadzieję, to obejrzałabym Nową nadzieję, przynajmniej główną bohaterką nie byłaby Mary Sue.

      Usuń
  3. Przeczytałam "Żółwie..." tylko dlatego, że moja siostra dostała je na gwiazdkę i niekoniecznie nazwałabym to dziełko książką, raczej czytadłem. Zgadzam się z Tobą, Alicjo, że fabuła jest więcej niż kulawa, a w dodatku tempo rozwoju miłości Azy i Davisa jest nieco (bardzo) nierealne. Zgadzam się też z tym, że postaci drugoplanowe były schematyczne, a poza tym nawet sama Aza była niedopracowana - Daisy powtarza parę razy, że tak bardzo ją lubi, ale właściwie nie wiadomo, za co dokładnie :P Wątki się zaczynają i kończą bez ładu i składu... Ogólnie rzecz biorąc, mam wrażenie, że ta książka powstała po to, by autor mógł poruszyć jakieś dręczące go tematy, a jej strony są raczej zbiorniczkiem na różne luźne myśli niż na konkretną historię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się totalnie z ostatnim zdaniem, otóż to.

      Usuń
  4. Książki nie czytałam, i po przeczytaniu postu stanowczo stwierdzam, że tak już zostanie.
    Dzięki za zaoszczędzenie mojego czasu :V.
    Byłaś/wybierasz się na Morderstwo w Orient Expresie :)?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do usług.
      Owszem, byłam :).

      Usuń
    2. Jest szansa na poznanie twojej opinii :D?

      Usuń
    3. Podobało mi się. Nie była to może idealna ekranizacja, ale wzbudziła we mnie jakieś napięcie nawet mimo tego ze znałam rozwiązanie zagadki, więc było okej. Kreacja Poirota super, tym akurat jestem zachwycona, a za Poirotem nie przepadam.

      Usuń
  5. Ja niestety nie za bardzo przepadam za jego książkami. W ogole już takie ksiażki nie wywołują u mnie takiego zachwytu jak mogloby kiedyś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. We mnie też nie, ale poczułam się trochę w obowiązku zobaczyć, o co tyle szumu.

      Usuń
  6. Chciałam powiedzieć, że lalkowy blog odmawia mi dostępu, jak żyć :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słusznie, problem by był, jakby nie odmawiał :|

      Usuń

Szanujmy się nawzajem.