Jak masz na imię? Czyli jak Kimi no Na wa zmiażdżyło mnie doszczętnie

By Alicja Kaczmarek - 8/10/2017

Ten post będzie nudny, bo obejrzałam film, gdzie nie mam się absolutnie do czego przyczepić. A to nowość.

Wiecie co? Ostatnio doszłam do wniosku, że można oglądać anime tylko takie, jakie cię interesują i wcale nie trzeba oglądać Code Geass, Hetalii, Fullmetal Alchemist (BROTHERHOOD!!1), Naruto, One Piece, Bleach, Angel Beats, Duraramy, Mirai Nikki, Elfen Lied, Tokyo Ghoul, Ghost in the Shell, Evangelliona I CZEGO TAM JESZCZE, żeby móc oglądać anime w ogóle. Taki jest mój problem: albo robię coś w całości, albo nie robię w ogóle. A mnie interesują głównie anime z pięknymi widokami i wzruszającą fabułą, a niekoniecznie to, co wszyscy oglądają (średnio widzę siebie oglądającą Sword Art Online czy Shingeki no Kyojin). Uzbrojona w nową wiedzę szybko dopisałam do swojej listy rzeczy do obejrzenia (opiewającą już na ponad 60 pozycji) takie tytuły, jak Hyouka, Mononoke, Shouwa Genroku Rakugo Shinju i The Tatami Galaxy. I przynajmniej kilka z tych tytułów ogromnie chcę zobaczyć.

Ale na rozgrzewkę uznałam, że trzeba sobie obejrzeć na szybko jakiś film. Ostatnio oglądałam dużo Młodych Tytanów, więc chciałam zmienić sobie klimat i włączyłam Kimi no Na wa (Your Name.), o którym nie wiedziałam nic, poza tym, że jeden youtuber twierdzi, że było fucking amazing. No było.

Więc po kolei.

Zacznijmy od tego, że mnie cholernie łatwo kupić. Dobry plot twist to praktycznie wszystko, czego mi potrzeba i wszystkie moje ulubione filmy i seriale (poza Amadeuszem) zawierają jakiś genialny plot twist.
Nie inaczej jest z Kimi no Na wa, które generalnie opowiada o dziewczynie z małego miasteczka i chłopaku z Tokio, którzy co jakiś czas, zupełnie losowo i z nieznanej przyczyny, zamieniają się ciałami. I tyle mogę wam powiedzieć, żeby nie zaspoilerować, ale wierzcie mi, że to jest o wiele więcej niż głupia historyjka o chłopaku w ciele dziewczyny, który może sobie pomacać cycki raz na jakiś czas bez konsekwencji.

Bo prawda jest taka, że ja nie mam się do czego przyczepić. Naprawdę. Jedyna, absolutnie jedyna rzecz, która mi się nie podobała, to włosy głównego bohatera, wydawały mi się mieć dziwny kształt. A poza tym wszystko było wspaniałe. (Teoretycznie mogłabym przyczepić się do dwóch czy trzech rzeczy nie do końca logicznych, ale po co? Czepianie się dla samego czepiania się wcale mnie nie bawi - no dobra, ale tylko czasem).

Zacznijmy od strony wizualnej, czyli uczty dla oczu. Jak Boga kocha, ten film jest piękny. Krajobrazy, animacja i światło są tam tak piękne, że ten film mógłby być o niczym, a i tak bym się zachwycała (mogliby mi tylko pokazywać światło przepływające przez liście i sygnalizację świetlną w Tokio i góry i byłabym przeszczęśliwa). Ba! Wizualnie podobał mi się nawet bardziej niż Dobry dinozaur, a warstwa wizualna to była jedyna dobra rzecz w Dobrym dinozaurze. Za to w Kimi no Na wa wszystko jest dobre.
Bo historia jest wspaniała i niecodzienna i zdecydowanie warta poznania, bo wylądowała na liście Genialnych Pomysłów Które Nie Są Moje. Co więcej - jest wspaniale poprowadzona, bo nic się nie dłuży, nic się nie ciągnie i wszystko wydaje się rozgrywać w idealnym tempie. I najlepsze - nie byłam pewna, jak to się skończy. W pewnym momencie tak strasznie się bałam, że to już zaraz będzie koniec, a film okrutnie ze mną pogrywał, pokazując czarne pole, żeby mnie nastraszyć, że to już napisy końcowe. Nie mogę powiedzieć nic więcej, bo chcę, żebyście to tak samo przeżyli (ale jestem bardzo, BARDZO zadowolona z tego słodko-gorzkiego zakończenia). I płakali po 30 minutach. Ja płakałam już przy scenie na pierwszym zdjęciu, podzielcie się swoim czasem, lol.

I, serio, uwielbiam tych bohaterów. Są wspaniali i ani trochę nie irytujący i tak cholernie ich shipuję, że mnie wczoraj bolało. Mają też bardzo memiczne imiona (Taki i Mitsuha), aż się prosi o żarty słowne. Co więcej - nie denerwował mnie ich sposób mówienia. Mitsuha nie była płaczliwa ani rozdygotana, a do tego miała piękny głos, serio, nigdy żaden głos w anime mi jakoś szczególnie nie wpadł w ucho, ale Mone Kamishiraishi to od teraz mój ulubiony głos (a za dużo głosowego aktorstwa na koncie jeszcze nie ma).

Wreszcie muzyka, która idealnie komponowała się zarówno w scenach radosnych, jak i smutniejszych, mimo że często to był ten sam kawałek. Naprawdę ciekawy przypadek.

Wreszcie to, co jest najlepsze (dla mnie) w tym wszystkim - nie potrzeba odpowiedzi. Nie dowiadujemy się, jaka siła wywołuje zamianę ciał i dlaczego to się dzieje (można za to wysnuć kilka ciekawych teorii), ale to wcale nie ma żadnego znaczenia. Nie to nas zajmuje. I to jest, moim skromnym zdaniem, bardzo piękne.

Wiecie co, kiedy dowiedziałam się, że ten film ma wspólnych twórców z 5 centymetrów na sekundę, gdzieś tak w połowie oglądania, mój zapał odrobinę osłabł, ale nie żałuję czasu spędzonego z tymi bohaterami. Bo to błyskotliwa historia i emocjonalna jazda bez trzymanki. Może nie miażdży światopoglądu i nie robi ze mnie lepszego człowieka, ale zdecydowanie zapewniło wspaniałą rozrywkę i hektolitry łez, a to się ceni.
Więc jeśli ci się nudzi, a wiem, że tak, to znalazłam ci zajęcie na następne trzy godziny - obejrzyj Kimi no Na wa, a potem płacz. Myślę, że nie pożałujesz. (A ja może przeboleję i obejrzę 5 centymetrów na sekundę).

(I serio, to było duuużo lepsze niż Czerwony Żółw, ale to może dlatego że jestem nastolatką).

  • Share:

You Might Also Like

9 komentarze