Witam na Deszczach!


To ja!

Pisarka-amatorka, blogerka, mądrala, marzycielka. Jestem Alicja. Może się poznamy?


Czego szukasz?

Więcej mnie

  • zbyt bajkowo
  • Blog z opowiadaniami, gdzie znajdziecie teksty własne oraz fan fiction (Harry Potter, Percy Jackson, Disney i inne). Serdesznie zapraszam :).
  • Chasing Barbie
  • Blog, na którym dzielę się moją nową pasją - lalkami. Nowe, stare, piękne i brzydkie, na chwilę i na całe życie - wszystkie przeżyją tu swoje 5 minut.

Zostańmy w kontakcie!


Subskrybuj, lajkuj, followuj!



czwartek, 17 sierpnia 2017

Fred i Kudłaty są menedżerami zespołu? - 6 myśli o Josie and the Pussycats

Nigdy nie odmawiam kreskówce, która zapowiada dobre piosenki i kreskówce, która z jakiegoś powodu jest kultowa, więc kiedy już nie umiałam wskazać Josie na obrazku, przyszedł czas na rewatch.

Jednym z największych szoków mojego życia było odkrycie, że Hanna-Barbera to nie kobieta, tylko dwóch mężczyzn. Bez kitu.

Nie ma chyba jednak osoby, która by nie kojarzyła choć jednego dzieła tego duetu, chociażby Scooby'ego Doo (i jeszcze Flintstonowie, Jetsonowie, Tom i Jerry, Miś Yogi i w ogóle cała masa różnych rzeczy), a mnie się akurat tak zdarzyło, że obejrzałam Josie i Kociaki (tak, to te same kotki, co w Riverdale). I mogę wam trochę opowiedzieć o tej kreskówce.

Po pierwsze - wygląda jak zrobiona z resztek Scooby'ego i to najpewniej Scooby Doo, gdzie jesteś? chociaż prawda jest taka, że nie odróżniam od siebie Scoobich. Ale faktem pozostaje, że Gdzie jesteś? skończyło się w tym samym roku, co zaczęło Josie and the Pussycats. I generalnie nie tylko formuła jest bardzo podobna, ale też muzyka w tle (ta akurat jest identyczna), a nawet same postacie. No słowo daję - Alan i Alexander (menedżerowie zespołu) budzą niesamowite podobieństwo do Freda i Kudłatego (w okularach), nie tylko mają praktycznie identyczne osobowości, czyli przywódcy i tchórza, ale też przypominają siebie wyglądem, a w szczególności - postawą i sposobem poruszania.
Macie obrazek z Daphne, żebyście wiedzieli, który to Fred.

















Po drugie - to nie jest kreskówka o Josie. Stwierdzę nawet, że Josie jest tam najmniej potrzebną postacią. Technicznie rzecz biorąc, wszystko miałoby się kręcić wobec niej, ponieważ Josie i jej dwie koleżanki (Melody i Valerie) tworzą zespół, którego menedżerami są Alan (chłopak Josie) i Alexander. Razem z nimi po świecie jeździ siostra Alexandra - Alexandra i jej kot Sylwester. Grupka niestety nie jest światowymi gwiazdami, bo o drodze na koncerty zawsze wpakują przypadkowo w jakąś szpiegowską misję albo plany genialnego, szalonego naukowca. Więc według obrazka to Josie powinna być na pierwszym miejscu, tymczasem nie. Melody gra rolę komediową, bo jest głupia, Valerie jest mózgiem, bo wszystko, co techniczne, nie sprawia dla niej żadnego problemu. Alexander wymyśla plany, które potem boi się realizować, Sylwester wszystkich nienawidzi, a i tak ratuje im skórę, a wreszcie Alan, w którym podkochuje się Alexandra. I to Alexandra, moim skromnym zdaniem, gra pierwsze skrzypce. Większość fabuły napędzana jest jej nienawiścią do Josie i bardzo często jej okropny (według założeń twórców) charakter pakuje wszystkich w kłopoty. Zaryzykuję też stwierdzenie, że większość kwestii wypowiada Alexandra. W gruncie rzeczy postać Josie jest najbardziej bezbarwna z całej gromady i nie pełni żadnej roli, poza bycie obiektem nienawiści Alexandry, więc równie dobrze można było Josie i Valerie złączyć w jedną postać i jedyna szkoda dla fabuły byłoby z tria zrobienie duetu (prawdopodobnie zespół musiałby zmienić nazwę).

Być może układ sił zmienia się w sequelu (Josie and the Pussycats in Outer Space - jak cool to jest?!), ale wątpię.
Po trzecie - odnalazłam wśród bohaterów Josie swoją ulubioną postać kobiecą wszech czasów. Naprawdę. Zakochałam się w głupiutkiej Melody, która mogłaby być typową głupią bohaterką, ale jest napisana tak uroczo, że nie potrafi mnie irytować. Co więcej - naprawdę mnie bawi, a to coś nowego, bo zazwyczaj ten typ postać mnie w ogóle nie bawi. 


Po czwarte  - dubbing. Z jednej strony myślę, że mamy ogromne szczęście, że w ogóle go dostaliśmy, bo dubbing jest całkiem świeży i fajne, że jest. Nie jest też zły - jest ze wszystkich stron poprawny, ale nie mogę się oprzeć, że zrobiony na łatwiznę, jeśli chodzi o obsadę. Głosy bohaterowie dzielą z Barbie (Vanessą z Fineasza i Ferba), Fretką Flynn i Pinkie Pie, a chłopaków dubbingują Leszek Zduń i Janusz Zadura, którzy głosy podkładali chyba wszędzie i to nie jest przesada. A to nie były jakieś super wymagające role i r a z można się było pokusić o kogoś świeżego, przecież Josie to idealne pole do eksperymentów.
Po piąte  - muzyka. Która jest fajna, ale jest jej zaskakująco mało, jak na kreskówkę o zespole muzycznym (nijak się mają do Jem, nawet nie biorąc pod uwagę różnicy w liczbie odcinków), ale tak w praktyce to nie jest kreskówka o zespole muzycznym, tylko taki Scooby Doo bez elementu zdejmowania maski i bez psa, czyli dwóch najlepszych rzeczy w Scoobym. A zamiast gadać o Scooby chrupkach, wszyscy mówią Groovy! W każdym razie zaskakująca kwestią, jak na kreskówkę o zespole jest to, że najlepszą piosenką jest czołówka, a jednak po obejrzeniu pozostaje to niemiłe wrażenie, że współcześnie piosenki do kreskówek pisze się banalnie i na odczepnego i nikt nie przykłada do nich należytej uwagi. A szkoda, bo w piosenkach jest siła - i te z Josie dają radę.


Po szóste - nie wiem, dlaczego aż tak mi się to podoba? Naprawdę, mogłabym narzekać na Josie godzinami najpewniej, a jednak oglądanie sprawiło mi naprawdę pewien dziwny rodzaj przyjemności i nie żałuję czasu poświęconego na ten serial. Ba! Na pewno obejrzę Outer Space, mimo że nigdy nie planowałam. Wydaje mi się, że to trochę ponadczasowa produkcja. Oczywiście znakiem czasu jest język czy nieśmiertelne gadki na podryw (Well I'm not a star but you sure make me twinkle - prawdziwa kwestia z tej kreskówki), bo to zawsze zdradza wiekowość produkcji. Niemniej Josie prezentuje znaną i lubianą formę niefortunnych przygód i dające się bez problemu lubić postacie oraz uniwersalny humor. I może nie jest to dzieło trzęsące światem w posadach ani nic, co bym poleciła przypadkowym osobom, ale na pewno jest to coś, co każdy fan kreskówek powinien mieć w swoim repertuarze - choćby dla porównania z innymi przygodówkami czy kreskówkami o zespołach. To taki łącznik między Jem a Scoobym Doo, który w swojej formie jest dobrze wyważony, bo nikt nie ociera się o śmierć co odcinek (Jem), ani niekoniecznie serwuje wytłumaczenie do wszystkiego, więc nie trzeba się krzywić na dźwięk pseudo-nauki (Scooby).
I ma tę nieśmiertelną zaletę kreskówek sprzed lat - nikt nie krzyczy, wystarczy tylko mówić.




PS: Pamiętajcie, że moje kreskówkowo-serialowe wyczyny można śledzić na TVTime, ostatnio jestem tam podejrzanie aktywna.



3 komentarze:

  1. No proszę, a ja właśnie wczoraj zaczęłam swoje ślamazarne oglądanie całego Scoobiego ;). Kurczę, szkoda, że nie ma tej apki na Windowsa :(. Ala, stało się coś z twoim insta ostatnio, czy po prostu nie masz ochoty nic wrzucać :P?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Można wchodzić przez komputer (tvtime.com), ale przeglądarkowa wersja jest trochę upośledzona.
      Wrzucałabym, ale telefon mi świruje i odmawia instagramowi (i kilku innym apkom) dostępu do większości funkcji. Muszę się zebrać w sobie na format.

      Usuń
  2. Muszę spróbować obejrzeć Josie. Po mojej miłości, czyli Scooby-Doo, zostało ugrzane miejsce dla następnej kreskówki z dawnych lat. Po za tym w życiu nie wpadła bym na to, że Hanna-B to faceci. Chociaż trochę przypomina mi to Victoria secret, gdzie podobno sekretem Victori była męska płeć, :')

    OdpowiedzUsuń

Proszę o zachowanie kultury słowa i nieprzeklinanie w komentarzach, a także szanowanie innego człowieka i mojej pracy - każdy przejaw hejtu czy opryskliwości będzie usuwany.
Proszę również, żebyś nie spamował i nie podpisywał się linkiem do swojego bloga. I tak nie zajrzę, chyba że odczuję potrzebę dowiedzenia się czegoś o Tobie. Ale wtedy sama znajdę link ;).
Z góry dziękuję :).