Piękna i Bestia jest meh, czyli nic niewnosząca opinia

By Alicja Kaczmarek - 4/06/2017

Recenzji tego filmu pojawiło się tysiące i to dużo szybciej niż moja, więc możecie sobie pominąć. Nie mówię nic ciekawego.

Post zawiera drobne spoilery, bo i tak wszyscy już to widzieli.

Mówiłam w styczniu, że na Piękną i Bestię idę z obowiązku, żeby wiedzieć, o co chodzi i że stawiam, że raczej mnie nie powali. Z drugiej strony to samo mówiłam o Kopciuszku, a którego pokochałam. Z trzeciej strony to samo mówiłam o Czarownicy - a ona była tragiczna. I wcale nie dlatego, że nie było tam księcia, tylko że to rozwiązanie fabularne nie było ani świeże, ani nowe, a zaraz po Frozen robiło jeszcze mniejsze wrażenie. Plus, XIV wiek i kobieta walcząca w spodniach na zawsze pozostaną mi w pamięci.

Tak więc ostatecznie film miał u mnie w miarę czystą kartę. Jest tylko jeden problem. Klasyk Disneya znam na pamięć i nie mam tu na myśli dialogów. Ja znam każdą klatkę tego filmu, dosłownie, to jeden z moich ukochanych klasyków Disneya i jedna z ulubionych baśni (uważam, że jest feministyczna,  na pewno bardziej niż Maleficent, deal with it).

Miałam wiele uwag jeszcze przed rozpoczęciem seansu, a przede wszystkim - wygląd wszystkiego. Po seansie stwierdzam, że jest trochę lepiej niż na zdjęciach promo, ale niewiele. Serio, film z takim budżetem powinien się wstydzić tak biednych efektów specjalnych. Dlaczego biednych? Scena przebierania Belli przez szafę będzie mi się śnić w koszmarach, szczególnie ta opadająca jak kawałek drewna halka czy jak tam się nazywa ta część garderoby. Ohyda.

Ale wiecie, kiedy zobaczyłam różę i usłyszałam znany motyw muzyczny, moje serce zadrżało i pomyślałam sobie - może będzie dobrze.

A potem Sylwia Banasik zaczęła śpiewać i się skończyło. To nie tak, że ja głosu Sylwii nie lubię. Oczywiście uważam, że jest tak samo nieinteresujący w kwestii dubbingu, jak zalew wszystkich o podobnej barwie (Kasia Łaska, Zofia Nowakowska, Weronika Bochat etc.) - to nie są złe aktorki, ale ten typ głosu w tłumie po prostu ginie. Niemniej, ostatecznie Sylwia poradziła sobie lepiej niż zakładałam, mając w pamięci wyprute z emocji covery z Accantusa (#mojezdanie).

Ubódł mnie okropny tekst tej piosenki. I każdej innej. Jedyne wytłumaczenie, jakie przychodziło mi do głowy dla właściwie przepisania tych piosenek tylko tak, żeby były o niczym i nie miały sensu, to dopasowanie tekstu do ruchu ust. W dialogach to się sprawdziło, naprawdę, wyglądają świetnie i to naprawdę dobry dubbing. Nie zmienia to faktu, że uważam, że należało pójść w kwestii piosenek na kompromis i jeśli dialogista czy inna osoba odpowiadająca za ten element naprawdę chciał się wykazać inwencją twórczą, to niech chociaż będzie konsekwentny i zmienia wszystko, to zrzuciłabym to na prawa autorskie i nie byłoby problemu. Niestety albo stety, zdecydujcie sami, z jakiejś przyczyny dwie pierwsze części Be Our Guest i Beauty and The Best pozostały niezmienione, a dopiero w drugiej części piosenki kogoś poniosła fantazja i dokonał zmian, które nic nie wnosiły. Zamienienie połowy wersu na jakąś francuską frazę zamiast może poprawienia tego jednego wersu, który się nie rymował może, no cóż. I jaka to artystyczna motywacja stała za zmianą "Tej historii bieg jak melodii ton" na "Tej historii bieg, tej melodii ton"? Bóg raczy wiedzieć. To było dużo bardziej irytujące niż całkowicie nowe teksty. A warto mieć na uwadze, że to już trzecie tłumaczenie tych piosenek w Polsce i trzecie wykonanie. Wersja 2002 nadal najbardziej mi się podoba, ale jestem w mniejszości.

Nie uszło jednak mojej uwadze, że w oryginalnych tekstach musiała zajść przynajmniej jedna zmiana, bo nie ma opcji, że tłumacz sam wymyślił tę kwestię Le Fou w The Mob Song. Ale szczerze powiem, że kwestia nie zainteresowała mnie na tyle, żeby słuchać angielskich wykonań piosenek i raczej nie palę się do ponownego oglądania filmu, nawet z napisami, tym bardziej że sam dubbing był dobry, zdecydowanie lepszy niż ten do Kopciuszka. I dialogi lepsze, bo jakoś nie krzywdziły inteligencji i motywacji postaci.

Zostając przy piosenkach, poza fatalnymi w mojej ocenie tłumaczeniami, bardzo odczułam brak Human Again, a te dwie dodane piosenki jakoś tej luki nie wypełniły, szczególnie ta o Paryżu (wiecie, że nie ma innych miast we Francji? To ZAWSZE jest Paryż). Btw. brzmiały jakoś Broadwayowsko czy były w wersji na Broadway czy to totalny wymysł? Jak ktoś posiada taką wiedzę, to może się podzielić.

I jeszcze jedno pytanie do osób oglądających oryginał - czy tam też Płomyk/Lumiere ma słabszy francuski akcent od tej jego miotełki do kurzu?

Ale to nie koniec moich uwag.

Wiecie, o czym myślałam, oglądając film, poza tym że boję się następnej piosenki? Że bardzo spodoba się tumblrowi. Wyglądało to mniej więcej tak, jakby ktoś przeglądał tumblra przed pisaniem scenariusza i pisał go tak, żeby się przypodobać tamtejszej społeczności. Matka Belli? Jasne. Emma Watson? Zgadza się. Wątek rodziny mieszkańców zamku? Już podajemy. Backstory Bestii? Udało sie wcisnąć. Dlaczego mieszkańcy nie zwieją? Zmieścimy (okazuje się, że nie dlatego że są pieprzonymi czajnikami i innymi przedmiotami z twarzą i to i tak nie zmieni klątwy - NIE, JEST GŁĘBIA). Nawet zabrakło pamiętnej kwestii o 21 roku życia, dzięki czemu została kwestia o dziesięciu latach rdzewienia i ostatecznie nie wyszło na to, że książę został zaklęty, mając jedenaście lat. O tym też buczał właśnie tumblr. Tylko może zdenerwują się za zrujnowanie sceny z biblioteką i naukę czytania. Książkofilki to lubiły.

Ja nie mówię, że to źle, ale mnie, tylko mnie, zwyczajnie źle się ten film oglądało, mając tę myśl z tyłu głowy. To wygląda tak, jakby koniecznie trzeba było naprawić w tym filmie wszystko to, co nie było idealne w oryginale. Ba, nawet transformację Bestii skrócono i wywalono te fajerwerki i te nieszczęsne promienie (chociaż na zbliżeniu na oczy trochę prychnęłam). I wyjaśniono, dlaczego czar zadziałał, nawet jeśli płatek opadł. Ba, nawet dodano dramatu klątwie. No cud, miód i orzeszki.

Szkoda tylko że to nie znaczy, że ta wersja jest bezapelacyjnie idealna. Po pierwsze latające miotełki do kurzu naprawdę słabo wyglądają, nawet jeśli mają głowę i skrzydła gołębia zamiast rączki. Nie spodobało mi się to. Po drugie zamiana posągów w zamku Bestii była w oryginale historyczna, bo bestie i demony zamieniały się w pozytywne posągi i było radośnie i kolorowo. W tej wersji pegaz zamienia się w jakiegoś husarza z gwiazdką na głowie. Dlaczego? Co jest nie tak z pegazem? Kolejna rzecz, która rzuciła mi się w oczy to właśnie ten brak terminu, do kiedy kwitnie róża. Czy płatki spadały regularnie? Czy może nagle po prostu pewnego dnia zaczęła więdnąć i cała klątwa brała ich z zaskoczenia? Trochę to okrutne.

Wreszcie kwestia rozwinięcia postaci, która zdaje się tematem przewodnim wersji live-action klasyków Disneya (ale nie widziałam Księgi Dżungli). To było potrzebne w Maleficent i czy mi się podobał ten wątek to inna kwestia. Od tego punktu wychodziła cała fabuła, na tym wszystko się opierało. W Kopciuszku nadal pozostawało w pewnej sferze niedopowiedzenia i było zdecydowanie potrzebne.

W Pięknej i Bestii jest potraktowane po macoszemu. Rozumiem, że wszyscy domagali się wieści o matce Belli i dlaczego książę był jaki był (dlaczego tak ciężko uwierzyć, że był zwyczajnie rozpuszczony), ale te opowieści nie mają w sobie nic z tajemnicy i są bardzo schematyczne. Umierająca, łagodna matka i ojciec tyran to wątek chyba starszy od miłości w stylu Romea i Julii. Może przesadzam, ale Jezu, nawet Agatha Christie zrobiła z tego książkę (Morderstwo w Boże Narodzenie). Wątek matki też mnie nie porwał, chociaż doceniam, spoiler, zarazę. Nie rozumiem, dlaczego ojciec nie mógł tego zwyczajnie powiedzieć. Spoiler się kończy.

Wreszcie głośny wątek homoseksualizmu, którego jest tam tyle, że kot napłakał i w ogóle nie wiem, o co chodzi internetowi. Ale okej. Mam uwagę, a jakże, a dokładnie potraktowanie Le Fou bardzo stereotypowo. Aż chciałoby się powiedzieć, żeby Gaston się nie odwracał tyłem, tak właśnie w moich oczach zobrazowano Le Fou. A szkoda. Poza tym uwag nie mam.

Ostatnia uwaga, bo ileż można narzekać - Emma Watson. I tym razem nie dlatego że nie pasuje mi z twarzy do roli, za co Tumblr by mnie wyklął, ale dlatego że jej miny dość często nie pasowały do tego, co dzieje się na ekranie. Naprawdę. To mnie bardzo rozpraszało.

Poza tym film ma też plusy - cholernie dużo nawiązań, które niekiedy trochę walą po głowie, a czasem mniej (Maestro to raczej coś, czego bym się nie spodziewała, mówiąc szczerze). Zdanie Bestii o Romeo i Julii to w ogóle coś, co zrobiło mi ten film. Tak więc były momenty, kiedy film naprawdę mi się podobał i nawet się uśmiechnęłam w kilku momentach.

Niestety, na moją ocenę bardzo rzutują te nieszczęsne piosenki. Dlatego postaram się odseparować ten czynnik i jeśli już niechętnie to zrobię, to film jest okej. Nie jest to wybitne dzieło, ale z Maleficent wyszłam w zdecydowanie gorszym nastroju, a tam piosenek nie ruszali.

Te piosenki to dla mnie naprawdę świętość i należę do tych trzech osób, które gorąco bronią Kasi Pysiak i wersji 2002. Tak więc błagam o zrozumienie.

Wracając do tematu, no to mogło być gorzej, ale film mnie nie porwał. Nie wgniótł w fotel i nie pobiegnę do sklepu kupić DVD przy pierwszej lepszej okazji, a potem pluć sobie w brodę, bo wyjdą ładniejsze okładki (tak zrobiłam z Kopciuszkiem).

Szczerze? Największe, co ten film na mnie wywarł, to strach o kolejne wersje live action. Których wcale nie chcę i na które w ogóle się nie cieszę. Szczególnie na Małą Syrenkę, której Tumblr chyba nienawidzi.

Boże, niech się ten trend na remaki wreszcie skończy, zanim ogłoszą kolejne filmy.

Czujcie się zaproszeni do dzielenia się opiniami, jeśli wam się chce. To wyżej to tylko moja opinia, jeśli się z nią nie zgadzasz, to taki lajf, znajdź inną recenzję, która oddaje twoje uczucia, nie ma problemu.

Uf, no to z głowy, można pisać inne rzeczy wreszcie.

  • Share:

You Might Also Like

8 komentarze