Witam na Deszczach!


To ja!

Pisarka-amatorka, blogerka, mądrala, marzycielka. Jestem Alicja. Może się poznamy?


Czego szukasz?

Więcej mnie

  • zbyt bajkowo
  • Blog z opowiadaniami, gdzie znajdziecie teksty własne oraz fan fiction (Harry Potter, Percy Jackson, Disney i inne). Serdesznie zapraszam :).
  • Chasing Barbie
  • Blog, na którym dzielę się moją nową pasją - lalkami. Nowe, stare, piękne i brzydkie, na chwilę i na całe życie - wszystkie przeżyją tu swoje 5 minut.

Zostańmy w kontakcie!


Subskrybuj, lajkuj, followuj!



piątek, 3 lutego 2017

Jak powstawały syrenki? Planowanie opowiadania

Lud prosi, Ala pisze.

Zanim zacznę: jestem amatorką i wszystko, co robię, jest totalnie amatorskie i tylko po to, żeby mi było wygodnie. Absolutnie nie zalecam korzystania z moich metod na siłę, własna metoda to najlepsza metoda.

Problem omówię na podstawie, jakżeby inaczej, Lamentu oceanu (można pobierać tutaj), ale czasem robię coś inaczej przy innych opowiadań, a czasem w ogóle nic nie planuję i też żyję - nie ma metody. Są pisarze, którzy lubią sobie zaplanować wszystko w najmniejszych szczegółach i są tacy, którzy nie planują absolutnie nic, tylko siadają i piszą. Ja jestem gdzieś pomiędzy.
One-shoty z zasady piszę bez planu, bo jestem za leniwa na to i zabija mi to część zabawy. Plan pomaga przede wszystkim w niepogubieniu się i z kryzysami, kiedy trzeba popchać fabułę do przodu. Moje niezależne badania przeprowadzone przeze mnie, mnie i mnie wykazują, że większość blogowych opowiadań-powieści umiera, bo zwyczajnie autorzy nie mają już pomysłów. Bo sobie tego nie zaplanowali. To nie ma nic wspólnego z utratą miłości do dzieła, przykro mi. I wiecie, wizja zakończenia to nie jest plan. Trzeba wiedzieć, jak do tego zakończenia doprowadzić - łącznie z eliminacją wszystkich potencjalnych nudnych kawałków. Czasem po takiej eliminacji wychodzi na to, że ta powieść to w sumie takie opowiadanko lepsze będzie. Nie ma co wypełniać na siłę, serio.
Do Lamentu założyłam sobie specjalny zeszyt, nie tylko z planami, ale też zwyczajnie pisałam w nim w szkole, kiedy nie miałam pod ręką komputera. Zapełniłam prawie cały, więc zobaczmy czym.

Okładka służyła mi do komunikacji między mną a mną, żeby nie zapomnieć o drobnych pomysłach (latające syrenki podrzucone przez Amelę czekały na wzmiankę rok, zapomniałabym na bank). Część z tych haseł niestety musiała pozostać niewykorzystana (echolokacja na przykład), ale sam fakt, że mam tam tych karteczek co najmniej cztery warstwy mówi, że to był dobry pomysł. Poza tym pisałam tam jakieś bzdety typu tututu czy coś, no ale to chyba zrozumiałe, korzystałam z tego zeszytu głównie w szkole.

Jest tam też karteczka z listą ofiar Ali, Amela kazała mi zrobić.
Jako że jestem szanującym się autorem epickiej sagi fantasy, machnęłam sobie też mapkę.Ale nie od razu, myślałam, że nie będzie mi potrzebna. Niestety, moje braki umiejętności geograficznych wyszły na światło dzienne (kolejny raz), kiedy opisywałam sceny szukania Jima przez Sagarę. Wiecie, wtedy, kiedy podsłuchała dwóch rybaków i gnała jak głupia z powrotem. Trochę mi się tam poplątały kierunki i chcąc nie chcąc, musiałam sobie tę mapkę machnąć. Ale to było 30 sekund roboty i jakaś stara, zapisana już kartka, więc wygląda, jak wygląda.

Ten kółkopodobny kształt to zamek (i port obok), a kwadrat plaża, gdzie Sagara zostawiła księcia. Duże wyspy na zachodzie (dalej droga do Laguny), mniejsze bardziej na północy. No i tajemniczy wielorybnicy, których miałam nadzieję gdzieś w którymś opowiadaniu wcisnąć, ale nie pykło. To sąsiedni kraj, większość ludzi tam łowi właśnie wieloryby, pochodzi stamtąd też wielu łowców syren i wszystkie największe klany. W mojej głowie wyglądają trochę jak wikingowie.
Czy musisz mieć mapkę? Nie. Ja nie mam wyobraźni przestrzennej ani orientacji w terenie i w ogóle jestem zielona, a i tak nieźle sobie bez niej radziłam, bo poza tą sceną prawie z niej nie korzystałam potem. Ale to zawsze jakaś pomoc i pewność, świadomość, że masz, na czym się oprzeć, no i gdyby nie wspomniana scena, to nie nabrałabym takiej wprawy, co gdzie się znajduje.

Co jeszcze wydaje mi się, że jest dla mnie ważne, to zamieszczanie w takim zeszycie inspiracji. Żeby w razie kryzysu móc poczytać i mieć wszystko w jednym miejscu. Stąd, oprócz pojedynczych haseł losowo zapisywanych tu i tam, mam też tam na przykład Nihan:
Jak kiedyś mówiłam, na początku miała wyglądać zupełnie normalnie, ale potem Amela narysowała to i nic już nie było takie samo. Więc jeśli ktoś ma problemy z wyobrażeniem sobie Nihan, no to wygląda tak.

A teraz już konkretnie do tematu. Planowanie. Najpierw zapisuję sobie pomysły (lista), dosłownie wszystko, co już wiem i co chcę wiedzieć, od narracji czy imion bohaterów, po jakieś małe smaczki, bo to mnie po prostu nastraja do myślenia i przychodzi coraz więcej pomysłów.
To jest też super ważne, bo czasem muszę głęboko pogrzebać w mózgu, żeby przypomnieć sobie jakieś stare rzeczy, wymyślone milion lat temu, ale nigdy nie zapisane. Postać Hänsela na przykład nie powstała z myślą, że to ojciec Jima, ale jakoś tak mi się wpadło na ten pomysł gdzieś w trakcie pisania Szponów. A potem zapomniałam i wróciłam do pierwotnego konceptu zaginionego na morzu Josepha i, jak widać na załączonym obrazku, musiałam nieźle pogrzebać w mózgu, żeby z powrotem odnaleźć tamten pomysł. Więc: warto.

Co robię, kiedy mam już mniej więcej pomysły (mniej więcej, bo zawsze zostawiam sobie wentyl bezpieczeństwa na ewentualne późniejsze pomysły)? Cóż, czas na plan wydarzeń. Różnie to ludzie zapisują, ja robię oś. Sprawdza się u mnie najlepiej, bo pozwala zaplanować coś, ale niekoniecznie od razu w każdym szczególe - zawsze można coś dopisać i też będzie okej. Poza tym szybko się robi, łatwo śledzi i ogólnie - dla mnie same zalety.
Można też odznaczać, co się już opisało. To nie jest jakiś super sposób planowania - naprawdę powierzchowny, tylko tyle, ile potrzeba, żeby po prostu iść do przodu, bo bardzo ważny dla mnie jest ten wentyl bezpieczeństwa, o którym już mówiłam.

Co jeszcze? No cóż, czego tylko potrzebujecie. Jak w czymś się gubicie, to sobie to zapiszcie, żeby się nie pogubić więcej. Na przykład ja musiałam sobie zapisać w pewnym momencie, co się dzieje każdego poszczególnego dnia we Wrzaskach, bo traciłam rachubę. Ale nie zapisywałam sobie, dlaczego Noc Juraty jest taka ważna - początkowo Jurata... dbała o pogodę w Lagunie, ale zapomniałam, że tak napisałam na początku (lol - no i potem musiałam poprawić, zaliczyłam niezłe zdezo, jak znalazłam tamtą wzmiankę) i pisząc dalej wymyśliłam dużo lepszy pomysł (IMO), który pociągnął więcej fajnych wątków - trochę domrocznił samców, ulepszył koncept samotnic czy wreszcie, jeden z moich ulubionych, znamię Sagary. Przykro mi, jeśli was to zasmuci, ale wpadłam na ten pomysł naprawdę późno - dowód na to, że naprawdę nie planuję tych opowiadań w dużym stopniu. Ale gdybym wpadła na to na początku, to na pewno bym zostawiła - problem polega na tym, że kiedy pisałam Lament, nie miałam pojęcia, że napiszę więcej opowiadań, a pisząc Ocean miałam jedynie mgliste, hasłowe pojęcie, co się będzie działo w następnych opowiadaniach.
(8 967 to liczba słów, które napisałam przed listopadem, żeby po NaNoWriMo sobie je odjąć).

Kolejna super ważna rzecz przy pisaniu tych opowiadań, to imiona. Stworzyłam sobie listę imion syrenich z tłumaczeniem (też za późno, jedno musiałam zmieniać, bo zapomniałam, co znaczyło), a także imion lądowych na potrzeby Wrzasków - ponieważ zależało mi na tym, żeby imiona sprzed dwustu lat różniły się od "współczesnych". Oczywiście, nie wszystkie, bo nic nie stało na przeszkodzie, aby i za czasów Jima była jakaś Sarah czy Vivian, ale Frederick czy Ezegielle raczej byłyby już niespotykane, a imiona typu Samewell czy Dorithie w ogóle wyszłyby z użycia.

Mam też ściągę z wyglądem syren - ale głównie chodziło mi o oczy, żeby się nie pogubić, jakie kolory wróżyły dobrze, a jakie niekoniecznie (zielony np. niekoniecznie musiał być dobry).

(Za każdym razem, kiedy widzę to Na lądzie, mam ochotę dośpiewać gdy rozglądasz się, lądując - poważna choroba, a ty i tak powiesz, że fangirling).
Ostatecznie: czasem lubię sobie coś rozebrać na czynniki pierwsze. Bohaterowie nie żyją w próżni i ich akcje mają przyczyny i skutki, a rozpisanie sobie tego pomaga zrozumieć wymiar planowanej akcji. Najbardziej lapidarny przykład to decyzja Sarayu, którą po prostu musiałam sobie tak rozpisać, bo najzwyczajniej w świecie wiedziałam tylko, że miała być tragiczna w skutkach. Dlaczego? Jakie były te skutki? To wszystko trzeba było zaplanować.
No i to w sumie tyle, moje planowanie jest naprawdę bardzo przypadkowe, bo właśnie w takiej formie sprawia mi radość i dzięki temu jest dla mnie tak samo fascynującym procesem, jak wymyślanie czy nawet samo pisanie - trzy integralne procesy, jeszcze pozostaje mi polubić korektę (nigdy).

Po prostu kwestia znalezienia swojego stylu, bo jeśli robienie notatek ma być wrzodem na tyłku i oznaczać jakąś niesamowitą udrękę w procesie powstawania opowiadania, to coś po prostu jest nie tak.

Dlatego ja totalnie zachęcam, żeby nie planować opowiadań, jeśli nie przeszkadza ci to w ich tworzeniu. Problem w tym, że nie znam takiej osoby, bo to zwyczajnie widać przy dłuższych opowiadaniach. Dlatego warto sobie planować i czy to będą listy i osie, pojedyncze streszczenia czy dwustustronicowe konspekty to już do koloru, do wyboru.


(Mówiłam, że moje planowanie wcale nie jest imponujące).



4 komentarze:

  1. Piszesz, że nudny post, ale ciekawy, naprawdę!
    Ja sama wydałam furę kasy na ładny zeszycik z przekładkami i sobie zapisuję tam wszystko: na pierwszej jest statystyka (takie bzdety jak obs na watt czy liczba komci, bo lubię patrzeć na liczby) i wydarzenia w luźnych opkach. Zwykle luźny plan, którego nigdy się nie trzymam, bo wpadają mi lepsze, niekonieczne logiczne, pomysły do głowy, ale z reguły wiem, dokąd zmierzam. Reszta przekładek do WIELKIE EPICKIE SAGI Z PIERDYLIARDEM RoZDZIAŁÓW. Zwykle pierwsza strona to mapka, ogólna, żebym się nie pogubiła. Kolejne to dokładnie, realnie opisany świat przedstawiany - wymyślanie planet w saj faj i wierzeń było najlepszym punktem. Potem mam bohaterów. Głównych, rozpisanych nawet na takie szczególiki jak co lubi jeść, pierwsze wspomnienie i czy boi się ciemności. Potem są poboczni, by w trakcie opka nie zmieniali kolorów oczu etc. Następnie plan. Inne opka od EPICKICH SAG różni to, że plan jest łatwy do zmienienia. W EPICKICH SAGACH każdy punkt jest logicznie rozplanowany, a najmniejsza decyzja ma kilka strzałek na margines, aby niczego nie zapomnieć. W EPICKICH SAGACH zawsze staram się trzymać planu, bo potem wytłumaczenie czemu coś się stało byłoby trudne. A jak zmieniam to staram się, aby jednak punkt A prowadził klarownie do punktu B, bez dodania punktu E, P czy coś. Zwykle planowanie to dla mnie największa zabawa :D.
    Ten post, bardzo, ale to bardzo mi się podoba. Jest interesujący, ale może to dlatego że lubię czytać takie ciekawostki :).

    OdpowiedzUsuń
  2. Post wcale nie jest nudny, zgadzam się z koleżanką wyżej.
    Popatrzeć na Lament z innej strony (tak jakby behind the scenes) - czego pragnąć więcej? <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Czy jeśli dwudziesty raz napiszę, że jestem z ciebie bardzo dumna to będzie przesada? XD A taki zeszyt z zebranymi myślami i pomysłami jest bardzo praktyczny, nawet jak masz przerwę w pisaniu, to zeszycik lezący na biurku przypomina, że trzeba o tym myśleć i że praca nie jest skończona.

    OdpowiedzUsuń

Proszę o zachowanie kultury słowa i nieprzeklinanie w komentarzach, a także szanowanie innego człowieka i mojej pracy - każdy przejaw hejtu czy opryskliwości będzie usuwany.
Proszę również, żebyś nie spamował i nie podpisywał się linkiem do swojego bloga. I tak nie zajrzę, chyba że odczuję potrzebę dowiedzenia się czegoś o Tobie. Ale wtedy sama znajdę link ;).
Z góry dziękuję :).