Witam na Deszczach!


To ja!

Pisarka-amatorka, blogerka, mądrala, marzycielka. Jestem Alicja. Może się poznamy?


Czego szukasz?

Więcej mnie

  • zbyt bajkowo
  • Blog z opowiadaniami, gdzie znajdziecie teksty własne oraz fan fiction (Harry Potter, Percy Jackson, Disney i inne). Serdesznie zapraszam :).
  • Chasing Barbie
  • Blog, na którym dzielę się moją nową pasją - lalkami. Nowe, stare, piękne i brzydkie, na chwilę i na całe życie - wszystkie przeżyją tu swoje 5 minut.

Zostańmy w kontakcie!


Subskrybuj, lajkuj, followuj!



wtorek, 22 marca 2016

Najdziwniejszy dzień w roku

Są takie dni w kalendarzu, takie daty, których widok wywołuje nasz uśmiech - na przykład urodziny czy miła rocznica. Przez inne się smucimy. Jest jednak też dwudziesty drugi marca - zdecydowanie najdziwniejsza data w kalendarzu.
Nie wiem, od czego by tu zacząć. Może od początku?

Był 2011 rok. Chyba listopad, ale nie jestem pewna, w każdym razie już od dawna straszyły nas nagie drzewa. Założyłam konto na dA i jakoś tak się złożyło, że wszyscy artyści, których obserwowałam, mieli w rubryczce "Favorite band" wpisane "MCR". Jako sprytna prawie-że-nastolatka wyguglałam i stwierdziłam, że trzeba posłuchać, co też to My Chemical Romance sobie pogrywa.

Sprawdziłam dopiero miesiąc, ze dwa potem i była akurat wtedy u mnie kumpelka Karolinka (pozdrawiam). Włączyłam pierwszą z brzegu piosenkę, ale niestety kumpelka nakrzyczała na mnie, że mam wyłączyć te smęty. Wyłączyłam. Piosenką było "Welcome to the Black Parade".

Jako ciekawostkę dodam, że pół roku później "Na Na Na" już jej nie smęciło, hehe.

Ale jakoś tak wyszło, że mimo wszystko zostałam fanką. I dalej nią jestem.

I to w sumie mało powiedziane, bo ta muzyka dla mnie naprawdę wiele znaczy. To słowa tych piosenek pomagały mi zasnąć, kiedy poduszka była mokra i pomagały wstać, kiedy myślałam, że prędzej sobie strzelę w łeb niż to zrobię. Wiem, jak to okropnie brzmi. Wiem, że to nie jest tumblr emo-nastolatki. Ale takie są fakty.

Pamiętam 20 marca 2013. Zamówiłam sobie wreszcie dwie płyty MCR.

22 marca zespół ogłosił koniec działalności.

Akurat w momencie, kiedy mieli 3/4 nowej płyty, kiedy cieszyłam się jak głupia, że będzie wreszcie coś nowego i, oczywiście, na trasę po tej płycie. Nigdy nie widziałam ich na żywo. Jedno moje małe marzenie. Zobaczyć MCR na żywo. Jedna piosenka, tylko tyle. Nie udało się. Nie uda się.

Nikt na początku nie wierzył. Wszyscy myśleli, że to przedwczesne Prima Aprilis - no jak to tak? A MCR5? Nie robi się tego. Wszyscy mieli nadzieję, że sytuacja wreszcie się unormuje, że się naprawi.

A tu nagle buch. Grom z jasnego nieba. Sry, nie udało nam się, narka. Kilkuzdaniowa notatka, z której nic nie wynikało, była wszystkim, co dostaliśmy.

Na początku miałam w ogóle wyzuty sumienia, bo zamówiłam płyty i zespół się rozpadł. Głupi zbieg okoliczności, ale tak było. Potem byłam cholernie smutna. Długo.

A potem byłam wściekła.

Wiem, że to dobrze, że zespół się rozpadł, że nie zaczął produkować syfu i że członkowie są szczęśliwi.

Ale pominięcia czegoś takiego jak trasa pożegnalna nie wybaczę.

Nie byłam z MCR od 2001 roku, nie było mnie na OWF ani przy wydawaniu The Black Parade. Nie było przy odejściu któregokolwiek z perkusistów i nie było w żadnym innym ważnym momencie. Ale byłam przy końcu.

I dlatego co roku 22 marca jestem jednocześnie smutna i zła i kompletnie nie wiem, co ze sobą zrobić. Mogę podziękować MCR za wiele. To jedyny zespół, którego absolutnie wszystkie piosenki przesłuchałam. Czy nauczył mnie iść przez życie? No nie. Ale czy poszerzył widzenie? Tak. Czy uratował moje życie? Nie. Ale bardzo je wspomógł. I naprawdę chciałabym napisać wylewny i smutny post, ale szczerze mówiąc już na to za późno - może w pierwszą rocznicę coś bym naskrobała. Teraz już prawie pogodziłam się z myślą, że to koniec. To jest, ja wiem, że zespół się skończył. Ostatecznie. Ale jakoś ciężko przyjąć mi do wiadomości. Brakuje mi dzisiaj tak bardzo słów i to tak zupełnie inaczej niż przy opowiadaniach - to jest jedyny moment, kiedy naprawdę nie wiem, jak ubrać uczucia w słowa. Może dlatego że to prawda, a nie fikcja. Czuję dziwną niemoc i mogę tylko załamywać ręce. Dlatego może lepiej nie będę nic pisać. Po prostu pójdę już spać. A wam zostawię jedną piosenkę, przez którą wszystko się zaczęło:



16 komentarzy:

  1. Piękny post. Personalna wycieczka. Wynurzenie. Wszystko.
    Your memory will carry on...
    Gdyby Gerard przeczytał ten post, natychmiast by zwołał MCR, żeby zagrali dla Alicji Kaczmarek prywatny koncert. Sto pro.
    M.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hah, nie obraziłabym się, jakby podjął taką decyzję :v.

      Usuń
  2. Uwielbiam(y) personalne wycieczki :D Piosenka mega, muszę koniecznie wysłuchać więcej *-*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam, polecam, repertuar dość różnorodny :D

      Usuń
  3. Popłakałam się. Może nie słucham MCR długo, ale wczoraj też jakaś smętna chodziłam, a rozpłakałam się jak dziecko dwa razy: raz przy czytaniu listu pożegnalno-wyjaśniającego Gerarda i drugi raz tutaj, chociaż już troszkę mniej. Żałuję jak cholera, że mnie nie było, jak jeszcze grali. Żałuję, że nigdy nie zobaczę ich razem na żywo. Że MCR5 nigdy nie ujrzy światła dziennego. Po prostu smutno.
    WTTBP ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co prawda byłam na koncercie Gerarda i bardzo lubię jego muzykę, ale to nie to samo.
      A list Gerarda czytałam tylko raz - w dniu, w którym się pojawił - i mi wystarczy.

      Usuń
  4. A ja zaczęłam słuchać MCR niedawno. Naprawdę okropnie jest znaleźć tak genialny zespół prawie trzy lata po rozpadzie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Cudowny post *.*
    Co prawda nie słucham (i za bardzo nie znam) MCR, ale chyba to najwyższy czas to zmienić XD

    OdpowiedzUsuń
  6. Jejku, gdybym ja zapamiętywała tak takie daty... xD Może fanką nie jestem, ale od czasu do czasu lubię posłuchać. I też najpierw natknęłam się na WTTBP

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Welcome jest (a na pewno był, może teraz to jest Na Na Na) pierwszym wynikiem po wpisaniu "My Chemical Romance" na yt, więc to dla wielu pierwsza piosenka :).

      Usuń
    2. A mi się teraz jako pierwsza Helena wyświetla... Akurat poznałam nie przez yt, tylko dzięki MTV czy czemuś w tym stylu. Na Na Na w sumie też xD

      Usuń
  7. Na pewno nie poprawi ci to humoru, gdy powiem ci, że nigdy nie słyszałam o tym zespole.
    Gdy ci powiem, że nie wiem jak to jest stracić autora najukochańszej muzyki bo
    a) staram się nie przywiązywać
    b) słucham wszystkiego, co wpadnie w ucho.
    Ale powiedzieć ci mogę, że rozumiem jak to jest stracić dostęp do nowych pokładów muzyki.
    PIĘKNEJ MUZYKI. Ona podnosi na duchu, dodaje siły... chyba nie muszę ci tego tłumaczyć...
    Szkoda się smucić. Dobrze, że idziesz dalej... Stało się, trzeba to przeżyć.
    Będzie dobrze

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze na tyle mnie nie powaliło, żeby wpadać w depresję przez zespół, więc jasne, że "idę dalej" :D. I jest dobrze, luzik.

      Usuń
  8. serdecznie dziękuję za zaszczepienie miłości do nich :)

    OdpowiedzUsuń

Proszę o zachowanie kultury słowa i nieprzeklinanie w komentarzach, a także szanowanie innego człowieka i mojej pracy - każdy przejaw hejtu czy opryskliwości będzie usuwany.
Proszę również, żebyś nie spamował i nie podpisywał się linkiem do swojego bloga. I tak nie zajrzę, chyba że odczuję potrzebę dowiedzenia się czegoś o Tobie. Ale wtedy sama znajdę link ;).
Z góry dziękuję :).