Witam na Deszczach!


To ja!

Pisarka-amatorka, blogerka, mądrala, marzycielka. Jestem Alicja. Może się poznamy?


Czego szukasz?

Więcej mnie

  • zbyt bajkowo
  • Blog z opowiadaniami, gdzie znajdziecie teksty własne oraz fan fiction (Harry Potter, Percy Jackson, Disney i inne). Serdesznie zapraszam :).
  • Chasing Barbie
  • Blog, na którym dzielę się moją nową pasją - lalkami. Nowe, stare, piękne i brzydkie, na chwilę i na całe życie - wszystkie przeżyją tu swoje 5 minut.

Zostańmy w kontakcie!


Subskrybuj, lajkuj, followuj!



niedziela, 27 grudnia 2015

Polski szpital - najgorsze dni mojego życia

To było dwa? trzy lata temu? Coś koło tego. W święto Bożego Narodzenia po raz pierwszy w życiu przeszłam operację - operację wycięcia wyrostka robaczkowego. W szpitalu spędziłam pięć dni i stwierdzam otwarcie, że to był najgorszy czas w moim życiu.

by Phalinn Ooi from flickr
Post miałam wstawić właśnie w Boże Narodzenie, ale nie chciałam wam psuć święta. Z góry przepraszam, jeśli jakiś lekarz zobaczy tu jakąś nieścisłość, ale bardzo chciałam zapomnieć o czasie spędzonym na łóżku szpitalnym i trochę mi się udało.

Zaczęło się od wymiotowania. Wszystkim. A jak nie było czym, to własną śliną. Nic mnie nie bolało, czułam się po prostu fatalnie, ale raczej ogólnie, bez konkretnych dolegliwości. Pojechaliśmy do lekarza, lekarka popatrzyła na mnie, pokiwała głową i kazała wziąć Aviomarin, to przestanę wymiotować, bo tylko się strułam.

Zwymiotowałam Aviomarinem.

Z Wigilii zapamiętałam wzorek materaca cioci i kwadratową miskę. Przez jakiś czas próbowałam nawet rozmawiać z ludźmi, ale potem dałam za wygraną. Byłam do niczego.

Następnego dnia odkryłam, że boli mnie prawa strona brzucha. Nie skojarzyłam tego z wyrostkiem, po prostu położyłam się na prawym boku i było git. Na szczęście mama nie zgodziła się z lekarką, która zasugerowała, że nic mi nie będzie i tata zabrał mnie na pogotowie. Uratowali mi tym życie.

Czekaliśmy cholernie długo. Nie wiem, czy to czekanie nie było nawet gorsze od całych następnych pięciu dni. W końcu weszliśmy, wyłożyliśmy sytuację, lekarka każe się położyć. Naciska na mój brzuch, niemal krzyczę, bo boli. Lekarka się śmieje i mówi, że to zapalenie wyrostka i trzeba natychmiast operować. Do tej pory nie wiem, co w tym takiego zabawnego.

Czekałam siedem (chyba?) godzin, bo w poczekalni ośmieliłam się napić wody. No dobra, kwestia bezpieczeństwa, można przeżyć. Leżałam na łóżku i wpatrywałam się w ścianę. Po całym tym czekaniu przyszła pielęgniarka, zaraz miałam zasnąć. Moją ostatnią myślą było "Ojcze nasz".

Mam dziwny przebłysk wspomnienia sprzed wybudzenia, ale nie jestem pewna, czy sobie tego nie wymyśliłam, w każdym razie uf. Udało się. Żyję. Do rana nie mogłam nic jeść ani pić, czego nie robiłam już od dwunastej. W nocy nie spałam. To był koszmar. Nic mnie nie bolało, ale w przypływie desperacji prosiłam o coraz to nowe leki przeciwbólowe, bo miałam nadzieję, że ukoją pragnienie i pomogą zasnąć. Głupota? Może. Przestałam, kiedy usłyszałam, że będą musieli wykombinować mocniejsze. Przestraszyłam się. Przez całą noc mama była przy mnie i zwilżała mi wargi wilgotnym wacikiem. Jezu, to było jak ambrozja.

Pierwszego dnia było paskudnie. Wszystko mnie bolało, kroplówka wypadała, ale przynajmniej nie wymiotowałam. Mogłam jeść, czego nie robiłam od kilku dni, więc zjadłam cały talerz kleiku ryżowego na wodzie. Drugiego dnia już tego wyczynu nie powtórzyłam, choć byłam blisko. Trzeciego dnia ledwo kleik tknęłam. Nikomu nie życzę żywienia się tym.

Operacja przedłużyła się, ponieważ po rozbebeszeniu mojego pępka lekarz zorientował się, że nie mam wyrostka i dopiero wtedy wykonał USG. Ciężko było podczas tych kilku godzin, kiedy patrzyłam w ścianę. W każdym razie okazało się, że jestem mutantem i mój wyrostek był za wątrobą, wtf. Teraz mam trzy blizny: na pępku, po drenach i wielką szramę po szwach z prawej strony. 

Ordynator przekazał moim rodzicom kilka faktów: że chodziłam z zapaleniem przynajmniej tydzień, a że wyrostek był tak dziwnie zlokalizowany, to nic nie czułam, że gdybym czekała jeszcze godzinę, to teraz bym tego posta nie pisała i że to wina rodziców, bo to oni doprowadzili mnie do takiego stanu. Zostawię to bez komentarza.

Raz poprosiłam pielęgniarkę, żeby pomogła mi się podnieść. Chciałam usiąść, żeby zjeść śniadanie, tylko tyle. Przychodzi, patrzy na mnie zdegustowana i podaje mi rękę. Wybałuszam oczy. Mam przybić piątkę czy co? No nic, łapię jej dłoń i próbuję się podnieść, a wtedy pielęgniarka zaczyna krzyczeć, że chyba powariowałam i mam jej nie ciągnąć, bo jej wyrwę rękę. Dzięki za pomoc.

Chociaż w sumie i tak byłam nieźle traktowana, starsza pani, która leżała ze mną na sali, zbierała srogi opieprz regularnie. Jedna z sytuacji dotyczyła faktu nietrzymania przez panią moczu. Pielęgniarka nie mogła powstrzymać się od kilku absolutnie koniecznych uwag, że toaleta jest drzwi obok. Przypominam: "nietrzymanie". Ostatecznie pani leżała z basenem między nogami aż do operacji.

Lekarz zalecał spacery po korytarzu, szkoda tylko, że wstawać samodzielnie i bez problemów zaczęłam po kilku dniach spędzonych w domu.

Pomoc przy toalecie porannej? Po akcji ze śniadaniem bałam się zapytać. Codziennie rano próbowałam przemyć się przy umywalce na sali, ale wychodziło mi to średnio, bo nie za bardzo mogłam się wyginać na tym taboreciku. Starałam się, bo chodziło też o mój komfort. Pod prysznic zaprowadziła mnie w końcu mama, ale jeśli byłabym dorosła i nikt by do mnie nie przychodził (tak, jak do starszej pani), to pewnie nie doczekałabym się niczego poza uwagami, że nieudolnie się myję, bo gdzieś jestem brudna. Przepraszam, że psuję paniom widok. Żeby było jasne - przy tych uwagach żadna nie zaproponowała mi pomocy, nawet jeśli był to poranny obchód czy jak to się nazywa.

Po trzech dniach zapadł się pode mną materac i czułam deski łóżka. Jeśli myślisz, że niewygodnie ci się dzisiaj spało, to nie życzę ci spędzenia dwóch dni na czymś takim, kiedy nawet nie ma jak się obrócić. Mniej więcej w tym samym czasie ambitna pielęgniarka stwierdziła, że przypnie mi kroplówkę do drugiej ręki, która leżała przy ścianie, tak więc leżałam z kablem opartym o głowę i z niemal nieuruchomioną ręką, bo wystarczyło ledwo szarpnąć, żeby wenflon wypadł.

Wszyscy znają żarty o szpitalnym jedzeniu i powiem wam, że je potwierdzam. Przynajmniej na sali w miarę czysto było.

Do tego wszystkiego dodajcie kompletną nudę, bo nie miałam nic do roboty. Czytanie? Głowa pękała mi po dziesięciu minutach. Internet? Wtedy nie miałam telefonu z dostępem do niego. Została telewizja, płatna, bez pilota. Żeby zmienić kanał, trzeba było wstać, czego zrobić nie mogłam. Czasem tata przed wyjściem wrzucał mi pieniądze na zapas, a potem nagle zaczynał się przegląd hitów disco polo i trzeba to było oglądać, aż się limit nie skończy albo aż nie zasnę. W życiu nie obejrzałam tylu teledysków disco polo, ale przynajmniej znałam wszystkie hity na dyskotekach...

W końcu nadszedł ostatni dzień. Zaczęło się od tego, że na śniadanie było jajko na twardo. Pół godziny później dostałam listę pokarmów zakazanych na jakiśtam czas. Zgadnijcie, co było na niej pierwsze.

Potem przyszedł ukochany ordynator. Na powitanie oznajmił mi, że po tygodniu mogę wracać do szkoły, a zwolnienie z wfu nie jest mi potrzebne. Przypominam, kiedy zaczęłam wstawać (!). Ostatecznie do szkoły wróciłam po sześciu tygodniach, akurat ferie mi się jeszcze do tego włączyły. Wuefistka była w szoku, że nie mam zwolnienia i z dobroci serca traktowała mnie ulgowo.

Po jakimś tygodniu od powrotu do domu zorientowałam się, że nie mam czucia na sporym kawałku brzucha. Zabawna sytuacja, położyłam sobie spinkę na brzuchu, a potem nagle ją zgubiłam i zaczęłam szukać. Znalazłam tam, gdzie zostawiłam, po prostu nie czułam, że tam leży. Nie chciałam wracać do lekarza, żeby pytać, o co chodzi. Aktualnie czucie trochę mi wróciło i orientuję się, co i jak się dzieje na kawałku między pępkiem a blizną, ale raczej w postaci dziwnego mrowienia (jakby mi brzuch zdrętwiał) niż normalnego czucia. Można się przyzwyczaić, no i to zabawne, kiedy ludzie pierwszy raz słyszą o mojej "przypadłości" i zaczynają mnie dźgać. 2/3 z nich nie trafia w odpowiednie miejsce, ale uśmiecham się z grzeczności.

Wiecie, jakie jest najlepsze uczucie na świecie? Kiedy po całym tym wyrostku i późniejszej diecie, jesz schabowego.
Schabowy>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>> kleik ryżowy na wodzie.

Szpitalne wspomnienia zostawiły we mnie tak wielką traumę, że do tej pory mam dreszcze, gdy widzę ten budynek, a zapach potu kojarzy mi się tylko ze szpitalnym łóżkiem. A minęło już tyle czasu.

Wiem, że nie miałam najgorzej. Wiem, że miałam szczęście, że leżałam tam tak krótko. A i tak oddam wiele, żeby nigdy nie musieć tam wracać. Współczuję wszystkim, którzy muszą wchodzić ze szpitalami w jakieś bliższe związki.

Piszę ten post, żeby przekazać wam, że "szpital-umieralnia" to nie mit. Kto wie, ile osób miało powikłania w wyniku których umarło, bo na śniadanie dostało jajko na twardo. Nie znam się na tym, ale z jakiegoś powodu te pokarmy są zakazane. Są ludzie, którzy przeżywają w szpitalach dużo gorsze rzeczy. Nie powinni milczeć. Nikt nie powinien milczeć na ten temat i nikt nie powinien leczyć się gdzieś, gdzie pacjenta należy "leczyć, ale nie wyleczyć". A mówienie o tym głośno nie jest uskarżaniem się.

Nie pozdrawiam.



11 komentarzy:

  1. Aż mi się nieswojo zrobiło po przeczytaniu takiej historii. Naprawdę bardzo ci współczuję, aż mnie mroziło przy czytaniu, a przecież to się zdarzyło naprawdę...
    Tak z ciekawości, na jakim oddziale leżałaś? Bo mówisz, że była z Tobą starsza pani, co mnie trochę zdziwiło, bo chyba kwalifikowałaś się na oddział dziecięcy/szpital dziecięcy. Wiesz co mam na myśli... Myślałam, że zawsze do osiemnastego roku życia tam kładą.
    Po przeczytaniu twojego posta przypomniałam sobie, że moim największym problemem w szpitalu była nuda i wyjące dziecko, którego nie mogłam uspokoić... I tak sobie myślę, że serdeczność pięlegniarek - a jestem pacjentem, który łapie rękę z igłą i ją od siebie odpycha - mogła wynikać właśnie z tego, że to był szpital dziecięcy...
    Mocny post.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Leżałam na normalnym, nie wiem czemu. W sali obok też leżał mały chłopiec, słyszałam, jak płacze w nocy. Wszystkich moich znajomych kładzie się na dziecięcym, ja jestem uprzywilejowana.
      Dziękuję.

      Usuń
    2. Mama właśnie zaktualizowała moje info, mówiąc, że w naszym mieście nie ma chirurgii dziecięcej, ale w ciągu tych siedmiu godzin zdążyliby mnie przewieźć do najbliższej dwadzieścia razy. Co najmniej.

      Usuń
  2. Zmroziło mnie. Serio. Ja z niedawnego pobytu w szpitalu zapamiętałam głównie silne uczucie "WTF?", ponieważ miałam zabieg w znieczuleniu miejscowym, który trwał pięć minut, a leżałam TRZY DNI. Zrozumiałabym gdybym musiała tyle czasu się kurować albo coś. Tyle że... zabieg był drugiego dnia. Pierwszego nie zrobili ze mną absolutnie nic. Serio, kazali przyjść o dziesiątej, a potem cały dzień leżałam. Na szczęście nie miałam problemu ze wstawaniem, więc mogłam się umyć itp. Mimo to zapamiętałam tamten pobyt niezbyt przyjemnie. Chociaż jedzenie akurat paskudne nie było.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja w szpitalu miałam nie najgorzej. Tym bardziej, że jestem typem, który złapie się kaloryfera i nie da się zaprowadzić do sali. Bądź co bądź, autentycznie to zrobiłam, ale byłam wtedy jeszcze malutka.
    Jedzenie było paskudne, ale to tylko kilka dni, więc raczej nie miałam z tym problemu. Co innego osoby, które są tam na dłużej...

    OdpowiedzUsuń
  4. Dostałam dreszczy od czytania tego posta >.< Powróciły do mnie wspomnienia z mojego pobytu w szpitalu, kiedy to cały miesiąc pękały mi żyły pod wpływem ciągle podawanej dożylnie chemii.
    Jesteś niesamowita, masz dar, za pomocą którego słowami ożywiasz obrazy, mam nadzieje, że kiedyś wydasz książkę!
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Rozumiem jakie masz doświadzczenia że ludzie zaczynają cię obmacywać po powiedzeniu o swojej "przypadłości". Sama mam nadwrażliwość skóry i po drapnieciu czy innym kontakcie z moją skórą zostają mi na ciele czerwone smugi, które wyglądają, jak blizny. Ludzie uważają (chyba) że sama o tym nie wiem, bo wszędzie mnie dotykają i pytają. Po wytłumaczeniu spotykam się z : "Ale super, możesz rysować sobie po skórze" lub "ale ohyda, nie zazdroszcze". Oni nie rozumieją jakie to uciążliwe. Musze to tłumaczyć nawet do kilku razy dziennie, bo nie są w stanie tego zapamiętać. Naprawde podobał mi się ten post. Trzymaj tak dalej ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Skąd ja to znam. Tydzień temu wyszłam ze szpitala. Dokładniej mówiąc z kliniki we Wrocławiu bo nasz kochany lubiński szpital nie wiedział co mi jest. Zaczęło się tak jak u ciebie. Wymiotami i wielkim, cholernie wielkim bólem. W mocy moja mama zawiozła mnie na ostry dyżur. Dostałam kroplówkę przeciwbólową i odesłali mnie do domu. Rano było znowu to samo. Pojechałam do szpitala a tam musiałam czekać 2 godziny żeby mnie przyjęli ale zlitowali się nade mną i dali mi paracetamol (nie żeby mi to coś pomogło...) Męczyłam się 2 dni aż w końcu lekarz zadecydował, że przeniosą mnie do Wrocławia. Dwa razy. Więc w ciągu 3 dni odwiedziłam 3 szpitale i klinikę nefrologii. Całkiem dobry wynik. Każdy myślał, że to wyrostek a okazało się, że byłam jedną nogą w grobie bo miałam sepsę układu moczowego a prawa nerka nie pracowała.
    Gdybym została na Bema to pewnie już by mnie tu nie było.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Bardzo chciałabym to jakoś skomentować, ale nie wiem jak. Ostatnio w szpitalu byłam 15 lat temu, a ten jeden raz i tak się nie liczy, bo nic mi nie dolegało (tak. mam 15 lat .-.).
    Jednak strasznie ci współczuję i aż robi mi się zimno na myśl, że ktoś, kto powinien mieć powołanie do wykonywania swojego zawodu, zachowuje się, jakby to była jakaś kara. Cóż, lekarze to specyficzna społeczność, a mity o "dzieciach lekarzy pchanych na studia" wcale mitami nie są. Jak mówi moja babcia - dziecko może urodzić się bez głowy, byle z plecami. I chyba stąd biorą te wszystkie konowały i piguły...
    Bardzo ci współczuję :(
    Ps. Świetnie piszesz, trzymaj tak dalej ♥

    OdpowiedzUsuń
  8. Matko, aż skóra cierpnie. Coś strasznego... współczuję Ci przeżyć. Kilka miesięcy temu miałam operację (nie tak poważną,nacięcie ropnia), jednak została ona przeprowadzona w prywatnej klinice (w publicznej musiałabym zbyt długo czekać, a ropień był bliski wybuchu). Wiadomo, nie było to najprzyjemniejsze przeżycie, ale lekarze byli naprawdę uprzejmi. Miałam szczęście. No i zabieg trwał bardzo krótko, a niedługo po nim mogłam wrócić do domu. Jak wspominałam, nie było to nic wielkiego, bolesne, ale mało poważne.
    Przykro mi, że musiałaś to wszystko przeżywać. Ech, polska służba zdrowia... coś strasznego. I pomyśleć, że niektórzy siedzą w szpitalach miesiącami albo nawet latami. Aż mnie zmroziło, gdy czytałam niektóre fragmenty. Dobrze, że poruszyłaś ten temat, o tym trzeba mówić (i pisać).
    Jeszcze raz: wyrazy współczucia:(
    Pozdrawiam ciepło,
    P.

    OdpowiedzUsuń
  9. Wracam do tego posta, bo przedwoczraj dostałam wypis. Trafiłam tam z własnej głupoty i cholernie mi wstyd, ale w sumie miałam szczęście - jedynie kilka lekarek było wrednych do oporu, a tylko jedna pielęgniarka wydarła się na mnie o pierwszej w nocy, kiedy odzyskałam przytomność i z płaczem chodziłam po oddziale, nie wiedząc, gdzie jestem. Fakt, szczęściara ze mnie. Ale poważnie, z tego co czytam, to widzę, że miałaś gorzej. B o ż e. Tak jak ty piszesz to ze łzami w oczach, to i tak samo ja to czytam.
    Dziękuję ci za ten post.
    Nigdy więcej szpitali. Nigdy.

    OdpowiedzUsuń

Proszę o zachowanie kultury słowa i nieprzeklinanie w komentarzach, a także szanowanie innego człowieka i mojej pracy - każdy przejaw hejtu czy opryskliwości będzie usuwany.
Proszę również, żebyś nie spamował i nie podpisywał się linkiem do swojego bloga. I tak nie zajrzę, chyba że odczuję potrzebę dowiedzenia się czegoś o Tobie. Ale wtedy sama znajdę link ;).
Z góry dziękuję :).