Witam na Deszczach!


To ja!

Pisarka-amatorka, blogerka, mądrala, marzycielka. Jestem Alicja. Może się poznamy?


Czego szukasz?

Więcej mnie

  • zbyt bajkowo
  • Blog z opowiadaniami, gdzie znajdziecie teksty własne oraz fan fiction (Harry Potter, Percy Jackson, Disney i inne). Serdesznie zapraszam :).
  • Chasing Barbie
  • Blog, na którym dzielę się moją nową pasją - lalkami. Nowe, stare, piękne i brzydkie, na chwilę i na całe życie - wszystkie przeżyją tu swoje 5 minut.

Zostańmy w kontakcie!


Subskrybuj, lajkuj, followuj!



niedziela, 1 listopada 2015

Zabij mnie, panie Marcinie, czyli trochę o "Ja, Fronczewski"

W ogóle nie miałam w planach czytać tej książki. Kupiłam ją, bo chciałam podpis (taki ze mnie burżuj!), a zaczęłam czytać, bo tak sobie przeglądałam i nagle cały dzień mi przeleciał. Zdarza się, prawda?
To mój pierwszy wywiad rzeka, dlatego ciężko ten post nazwać recenzją, bo nie mam punktu odniesienia. Ale poczułam się w obowiązku napisać kilka słów.

Powinnam chyba zacząć od tego, dlaczego nie miałam zamiaru czytać Ja, Fronczewski. Sprawa jest bardzo prosta: przy całej mojej sympatii i szacunku do tego pana, nijak nie mogłam sobie wyobrazić, o czym ciekawym można gadać przez ponad trzysta stron. No i sam zainteresowany miał ten sam dylemat, o czym dowiadujemy się na pierwszej stronie.
Wywiad rzeka? Strumyk raczej. Jakaś strużka marna. Dobrze będzie, jak pan szesnaście stron uzbiera. Kajecik chudy. Tylko właściwie po co? Co komu po tym?
Dokładnie o tym myślałam - no po co?, ale powiem wam, że absolutnie nie żałuję, bo to była przyjemna, miła książka. Fronczewski nie owija w bawełnę, czasem poprzeklina, trochę pożartuje, herbaty wypije i sru! Trzysta stron za nami.
No ale może najpierw coś o wydaniu. Podoba mi się. Co prawda, papier jest do dupy, ale za to książka lekka. Okładka bardzo przyjemna, podoba mi się zdjęcie. Żadnych udziwnień, cytatów, zachęt - zdjęcie, tytuł, rozmówcy (Marcin Mastalerz i Piotr Fronczewski, jakby ktoś się nie zorientował). Bardzo pasuje mi taka forma.

Jak już się napatrzyliśmy na okładkę (przednią, tylną), opis przeczytaliśmy, notkę o Marcinie Mastalerzu też, to możemy się zabierać za czytanie. Po pierwsze: dobór czcionki tytułowej bardzo trafny, bo niby taka prosta, a jednak nietypowa, a ja to lubię. Po drugie: od razu zauważamy, że spisane zostało każde słowo, nawet O, pada. Nie wiem, czy to jakaś norma, czy może nie do końca, ale spodobało mi się. Buduje klimat. A potem już przestajemy zajmować się pierdołami i serio czytamy.
Wywiad prowadzony jest całkiem zgrabnie, czasem idzie chyba innymi torami niż pytający zakładał, ale w gruncie rzeczy nie przeszkadza to w czytaniu. Do czasu, bo potem różne sformułowania czy opowiastki zaczynają się powtarzać, co strasznie drażni, chociaż może gdy rozłożycie lekturę na kilka dni, to będzie mniej się rzucać w oczy, ale to, ile czasu poświęcam na czytanie, nie powinno mieć znaczenia. Raz chyba nawet całe pytanie zostało powtórzone, ale głowy nie dam, bo nie pamiętam.

Ano właśnie. Przez pierwsze dwa czy trzy rozdziały musicie się z góry nastawić, że
Zabij mnie, panie Marcinie, ale nie pamiętam. To było sześćdziesiąt lat temu.
Potem sześćdziesiąt zamienia się na czterdzieści. Ale przynajmniej nie zmyśla, to się ceni. Czasem jak nie wie, to pyta, bo Mastalerz wie wszystko. Co jak co, ale risercz zrobił porządnie. Propsy.
Jako że bardzo lubię chodzić do teatru, chwyciłam się silnie możliwości poznania nieco zakulisowej rzeczywistości. Ale rozdziały o aktorach i pracy w teatrze to nie tylko szansa na wysnucie kilku smaczków, ale cała kopalnia anegdot i cholernie ciekawych historii. Serio, są naprawdę zabawne i dla mnie zrobiły praktycznie całą książkę, jak to się mówi.

Fronczewski nie tylko w teatrze robił, dlatego mamy co nieco o filmach (głównie o Panu Kleksie), a nawet całą stronę poświęconą na umiłowane przeze mnie audiobooki z serii o Harry'ym Potterze. Niestety, nie dowiemy się niczego ciekawego o radiu i dubbingu, nad czym strasznie ubolewam, bo temat został z góry ucięty. Nie pamiętam nic szczególnego. Potem chyba tylko jedna historyjka się na ten temat pojawiła, no i co nieco o Franku Kimono.
Ogólnie zajrzałam do tej książki, ponieważ po spotkaniu Fronczewskiego chciałam się o nim czegoś dowiedzieć. No i dowiedziałam się. Czasem trochę za dużo, rzekłabym, ale aktor też człowiek. A skoro nawet aktor takiego kalibru ma problem z wiarą we własne umiejętności, można odetchnąć.

Zostałam też całkiem mile zaskoczona przez korektę, ostatnio rzadko spotyka się dobrze poprawione książki. Pod koniec się gdzieś jakaś literówka trafiła tylko.

Polecam. Nie zawiodłam się. Książka jest ładna, szybko się czyta i nawet pośmiać się można. Czego chcieć więcej ;)?



2 komentarze:

Proszę o zachowanie kultury słowa i nieprzeklinanie w komentarzach, a także szanowanie innego człowieka i mojej pracy - każdy przejaw hejtu czy opryskliwości będzie usuwany.
Proszę również, żebyś nie spamował i nie podpisywał się linkiem do swojego bloga. I tak nie zajrzę, chyba że odczuję potrzebę dowiedzenia się czegoś o Tobie. Ale wtedy sama znajdę link ;).
Z góry dziękuję :).