Witam na Deszczach!


To ja!

Pisarka-amatorka, blogerka, mądrala, marzycielka. Jestem Alicja. Może się poznamy?


Czego szukasz?

Więcej mnie

  • zbyt bajkowo
  • Blog z opowiadaniami, gdzie znajdziecie teksty własne oraz fan fiction (Harry Potter, Percy Jackson, Disney i inne). Serdesznie zapraszam :).
  • Chasing Barbie
  • Blog, na którym dzielę się moją nową pasją - lalkami. Nowe, stare, piękne i brzydkie, na chwilę i na całe życie - wszystkie przeżyją tu swoje 5 minut.

Zostańmy w kontakcie!


Subskrybuj, lajkuj, followuj!



środa, 26 sierpnia 2015

Najgorsze, co autor może zrobić książce

Jest taka jedna rzecz, która potrafi zniszczyć w książce wszystko, co w niej dobre i przyćmić nawet najbardziej genialny pomysł. A jest tym nic innego jak... przekombinowany styl.
Wiecie, to jest ten moment, kiedy jezioro staje się szklistą taflą wody, w której odbija się nie tylko twarz, ale wszystkie jej smutki i zmartwienia i która mąci się przy każdym podmuchu chłodnego wiatru niosącego zapach brzóz, tak jak ją rozpala każdy jego dotyk i ruch. Brzmi znajomo? Ten przykład akurat wymyśliłam, ale tam niżej znajdziecie kilka wyrwanych prosto z bestsellerów.

Sposób napisania książki jest bardzo ważny - dzięki niemu Rywalki wspominam trochę cieplej, bo tak szybko się czytało, a przez niego wiele obiecujących książek leży od miesięcy (czasem lat!) na półce, nigdy niedokończonych. Obiecuję sobie, że je skończę, ale wiecie. Pierwszy tom Wielkiego północnego oceanu skończyłam na tym zdaniu:

Brzask niemiłosiernie przybywał po nocy i wrzaskliwy krzyk koguta odzywał się niezmiennie, wciąż i wciąż od nowa rozrywając to jedyne ukojenie, jakim w kołowrocie istnienia był sen.

I rozumiem wszystkie te natchnione autorki, które w chwilach uniesienia z wypiekami na twarzy czytają te wzniosłe opisy. To działa na klimat, naprawdę. Ale pięćset stron w tym tonie (i to małym druczkiem, o czym zaraz) sprawia mi ból. Fizyczny. Psychiczny. Każdy. Ocean zebrał wiele wyśmienitych ocen i wiele przychylnych recenzji, ale pięćdziesiąt stron to chyba moje maksimum wytrzymałości w tym stylu (tym bardziej, że nie bardzo było widać, gdzie zmierza fabuła, więc nic mnie przy książce nie trzymało). Bardzo się cieszyłam na tę głębię i genialne portrety psychologiczne i tak dalej, a tu klops. Zaraz mi pewnie powiecie, że do niej nie dojrzałam. Mam to gdzieś. To nie jest książka z półki literatury ambitnej, żebym musiała na bieżąco analizować utwór i topić się w metaforach. Nie po to ją czytam.

Ale wiecie, metaforowanie nie jest tak złe, bo to ma jeszcze jakiś cel. Kiedyś polecałam wam Alibi na szczęście i teraz powróciłam do trzeciego tomu - Zgoda na szczęście. Zostało mi dwieście stron (z tych pięciuset drobnym druczkiem), więc próbuję. Naprawdę. Ale o ile w Alibi tak mi to nie przeszkadzało, to z każdą następną setką stron jest coraz gorzej. I wtedy dopiero zaczyna się ból. To jest ta książka, gdzie szyba zmienia się w taflę szkła i gładką powierzchnię, mimo że nie ma zagrożenia powtórzeniem. Równie dobrze ta książka mogłaby mieć dwieście konkretnych stron, gdyby wyrzucić takie kwiatki:

Plecy Mikołaja były co najmniej tak napięte jak plecy sprintera zgiętego w bloku startowym. Bezruch tych pleców był jej osobistym suflerem. Wciąż szepczącym, podpowiadającym uporczywie słowo po słowie, według tej samej melodii powstającej przez cierpiętnicze wydłużanie samogłosek.

Że coooo. Czaicie? Bezruch pleców mówił do niej. To nawet nie jest jakieś wzniosłe fantasy, żeby robić klimat, jak w Oceanie. To jest romans. Obyczajówka. Tu nie ma to żadnego zadania. Ale dobra, to nie koniec. Czytamy dalej.

Pod zdrętwiałym ramieniem czuła twardość salonowej podłogi, w której jej biodro usiłowało zrobić charakterystyczne dla swego kształtu wyżłobienie. Niestety, szeroka deska tak lubianego przez tatę białego jesionu na to nie pozwalała. 

Jakby ktoś nie zrozumiał - niewygodnie jej się leżało na podłodze. Serio. Tylko tyle. Deska jej się w biodro wżyna. Niektórzy ludzie podobno czują się oczarowani takimi zabiegami. Ja się czuję zażenowana.

Skupiała się na swych zaciśniętych na rączce wózka dłoniach i na jednej mniejszej ściskającej również czarną antypoślizgową gąbkę, którą pokryta była owa rączka.

No to tak. Tłumaczenie: patrzyła jak dziecko siedzi w wózku i ściska rączkę.

No ale dla urozmaicenia, oto powód, dla którego odłożyłam Apetyt na późniejszą godzinę:

Sznury dymu wznoszą się w splotach niczym przędza. Wciągam w płuca tę woń - oto życie. Moje życie, tkane na tym ogromnym krośnie.
Dłoń uwalnia moje ramię, by za chwilę pogładzić pieszczotliwie mój policzek. Odwracam się i chwytam wargami jeden z palców. Czuję smak brzoskwiń i czegoś jeszcze. Kolejna nić rozciągnięta na krośnie, coś, co sprawia, że powietrze staje się lżejsze, coś, co nadaje sens tej wielkiej bestii - naszemu miastu. Naszemu istnieniu.

Okej, tu to ma jeszcze jakieś uzasadnienie, bo chodzi o tę wzniosłość gotowania i to akceptuję, bo sama lubię sobie czasem napisać coś w tym tonie. Ale bardzo łatwo przedobrzyć. Tak, jak tu:

Dłoń unosi się nad klawiaturą laptopa. Usta, drgnąwszy, czytają bezgłośnie napisane przed chwilą zdanie. Opuszki palców dotykają pieszczotliwie klawiatury, po czym podejmują przerwany taniec, klikając cichutko…

Taki tekścik znajduje się przed Grą o Ferrin, gdyby ktoś był ciekawy.

Chyba już łapiecie, o co mi chodzi? Nie róbcie tego. Mam jedną zasadę: jeśli możesz coś napisać prościej, zrób to. Może po prostu mój styl jest prostacki, ale przynajmniej mogę mieć nadzieję, że nikt nie będzie strzelał facepalmów w tempie trzech na sekundę podczas czytania moich krwawic.

Wolę przeczytać coś totalnie prostackiego niż to udziwnione niewiadomoco. To też żenujące (patrz: dialogi w 50 twarzach Greya), ale nie tak żałosne. Sorry, autorzy. Fucha tego od cytatów już jest obsadzona. Weźcie się lepiej za pisanie, zamiast pompowanie tekstu udziwnieniami.



7 komentarzy:

  1. Gra o ferrin, och, najlepsze fantasy spod szyld "co ja czytam?" dawno się tak na polskiej fantastyce nie przejechałam... Bardzo mi się podobał ten wpis, zawarłaś w nim wszystko do już chodziło mi po głowie od pewnego czasu :) więcej takich postów! LeonZabookowiec.blogspot.com 

    OdpowiedzUsuń
  2. Druga walka poprzedzona była podchodami. Wysyłałam zwiadowców, aby rozpoznali najsłabiej umocnione punkty oporu mojego przeciwnika. Początkowo badali oni górne rejony, gdzie napotkali dwie nieznaczne wyniosłości bez strategicznego znaczenia. Następnie przenieśli się niżej i przedzierając się przez splątane chaszcze, natrafili na dwa okrągłe wsporniki, nad którymi wznosiła się Jaspinowa Kolumna,
    I tak dalej.
    Najbardziej żenujący opis seksu z jakim kiedykolwiek się spotkałam. Z książki Wyznania chińskiej kurtyzana. Cały tekst, który miał mnie głęboko przejąć, był zmarnowany takimi właśnie metaforami. Chciało mi się śmiać, a nie angażować w losy bohaterki. Teksty przekombinowany, nijaki.
    Świetny post, bardzo trafny :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Trafnie to opisałaś. Też spotkałam się z autorami, którzy mają przekombinowany styl. Owszem, bywają tacy, którzy naprawdę pięknie potrafią wszystko opisać i brzmi to odpowiednio głęboko, ma swoje znaczenie. Ale są tacy, którzy chcą pokazać, jacy to oni są mądrzy i natchnieni, jakie to piękne metafory walą i jakie wspaniałe mądrości życiowe zawierają w swych dziełach. A w efekcie wychodzi śmiesznie. Bo nie można dopuścić do tego, aby ,,efekciarski" styl sprawił, że fabuła schodzi na dalszy plan. Poza tym, to się zwyczajnie źle czyta. Czytelnik nie jest oświecony elokwencją i kunsztem autora, tylko zmęczony i zniechęcony. Ostatnio czytałam analizę ,,Dziecka gwiazd. Atlantydy" na blogu Czarne owce literatury. I w tej książce właśnie styl był przekombinowany, a jakieś ,,mondre" refleksje brzmiały zwyczajnie śmiesznie. Analizę notabene polecam, można się nieźle uśmiać:D
    Pozdrawiam ciepło,
    P.

    OdpowiedzUsuń
  4. Racja. Nie lubię takich "metafor" bo... po prostu nie wiem o co w nich chodzi :) fajnie że napisałaś wyjaśnienia, bo w życiu bym nie wpadła że tej dziewczynie się niewygodnie leży czy coś. Może to świadczy o tym że jestem głupia ale kiedy czytam takie "perełki" to zamiast się zachwycać, zastanawiam się "co autor miał na myśli", a to mi psuje odbiór.

    OdpowiedzUsuń
  5. Moje uszanowanie, wiele razy napotykałem się na takie właśnie "wyniosłe" opisy, których autor przy okazji stosował, Bóg wie ile, archaizmów. Preferuje książki z gatunku fantasy, więc zawiły język potrafię zrozumieć, ale niektórzy na prawdę przeginają. Aktualnie czytam Wiedźmina. Język jest idealnie wyważony. Wracając do twojego wpisu, kolejny dobry i trafny post. Życzę ci abyś trzymała taki poziom!

    OdpowiedzUsuń
  6. To jest straszne.
    Ale najgorszym co autor może zrobić książce i tak na zawsze pozostanie zfriendzonowanie Jo i Lauriego. Nie związanie ich ze sobą do najgorszy błąd pisarski w historii.

    OdpowiedzUsuń
  7. Jakim cudem ja nie widziałam tego posta?
    Uśmiałam się nad twoimi komentarzami i prawie płakałam z żalu nad cytatami.
    Cóż. Nasza ukochana pani Kasia ma przynajmniej jakiś zaszczyt - zacytowałaś ją na WD!
    Więcej takich postów!

    OdpowiedzUsuń

Proszę o zachowanie kultury słowa i nieprzeklinanie w komentarzach, a także szanowanie innego człowieka i mojej pracy - każdy przejaw hejtu czy opryskliwości będzie usuwany.
Proszę również, żebyś nie spamował i nie podpisywał się linkiem do swojego bloga. I tak nie zajrzę, chyba że odczuję potrzebę dowiedzenia się czegoś o Tobie. Ale wtedy sama znajdę link ;).
Z góry dziękuję :).